Pisała w 1898 roku, tak, w 1898, Iza Moszczeńska:

Jest u nas ogromnie rozpowszechnionym patryotyzm frazesów. Hasła narodowe są niezmiernie popularne, posługując się niemi można zyskać poklask u ogółu bardzo tanim kosztem i dlatego używa się ich i nadużywa zbyt często dla osłaniania wszelkiego rodzaju blagi, pustki umysłowej lub namacalnych nonsensów. Wyradza się stąd wielce szkodliwa hipokryzya patryotyczna, która tak się ma do istotnej, szczerej miłości ojczyzny, jak obłuda do cnoty. Tłumi ona zdrowe instynkta narodu, kładzie tamę doskonaleniu się wewnętrznemu, hoduje konwencyonalizm, zabija charaktery.
Jak wszelki fałsz jest ona wynikiem niemoralnym i demoralizującym.

Dla siebie to napisałem, ku pamięci. Nie oczekuję odgłosów ani ciosów nożyc brzęczących po tym uderzeniu w stół 130-letnim tekstem.

Dziennik Zachodni skusił mnie ostatecznym testem z języka śląskiego. Ten ostateczny to chyba jakiś anglicyzm. Przecież ja nie znam języka śląskiego. Pomińmy drażliwą kwestię jego istnienia oraz stopnia ustandaryzowania i terytorium, które się z takim pojęciem utożsamia.

https://dziennikzachodni.pl/quiz/9842,ostateczny_test_z_jezyka_slaskiego_slaskie_slowa_za_ktorymi_jezyk_polski_po_prostu_nie_nadaza,q,t.html

Usiłowałem to sobie sam rozjaśnić, pisząc książkę przez lat dziesięć z górą i czytając, co się dało.

Zrobiłem ten test!

Tu można obejrzeć moje zmagania.

Komentarze dla poprawienia sobie nastroju

Miynsok

Tu miynsoka nie ma, więc wychodzi na to, że to wyraz rzadki.

Ciorok

W słownik B. Kallusa faktycznie ciorok (ciŏrŏk) jest w znaczeniu ogólniejszym,. z jednowyrazowymi synonimami polskimi.

Grample

Ciekaw jestem, jaki faktycznie jest geograficzny zasięg używania słowa grample (plurale tantum) i singularnej grampli i prawidłowego rozpoznawania znaczenia tego wyrazu. Prawdy materiałowej można się doszukać w Słowniku gwar śląskich pod redakcją prof. Bogusława Wyderki. Tak, są to ‘widły do ziemniaków, mające na końcach zębów metalowe kulki zapobiegające kłuciu ziemniaków’.

Czyli bardziej one służą zrzucaniu, niż nakładaniu w miejskiej piwnicy do wiaderka. Zasięg terytorialny niewielki, uzbierane przez opolską kartotekę przykłady pochodzą z terenu województwa opolskiego. Najładniej brzmi ten z Poborszowa (Poborschau), gmina Reńska Wieś, parafia rzymskokatolicka Mechnica: Gramplōma se ściepuje kartŏfly do piwnicy. Ta piwnica przez [pi] trochę niepewna (być może nieśląskie ucho osoby zapisującej nie złapało albo zadziałał mechanizm utożsamienia śląskiego wyrazu podobnego z polskim), bo Atlas językowy Śląska pod red. Alfreda Zaręby na mapie 412 wyraźnie pokazuje, że typowo śląską formą jest pywnica. Poborszów leży 3 km na południowy wschód od punktu 31, tj. miejscowości Mechnica, gdzie materiały zbierał w 1963 roku Józef Bal, a odpowiadali: Paweł Preis (lat 81), jego żona (lat 57), Józef Kapuła (wielki Polŏk, lat 64), Antonina Grelich (lat ok. 50), Franciszek Klemenc (lat 71), Józef Gabor, Konstanty Kura, Helena Gewald, jego córka.

U B. Kallusa zaś z nieznanych powodów grample to ‘grabie duże’

Obawiam się, że autor mógł ulec skojarzeniu brzmieniowemu z pierwszymi głoskami i nie dosprawdzał. W korpusie Grzegorza Kulika (SILLING) nie ma ani jednych grampli. Czyli test był trudny i pokazał, że każdy niemal się ma za ostoję i wyznacznik śląskości rozumianej jako znajomość słów mocno różniących się od polszczyzny czy też własnych o niej przekonań.

Pamięci Honoraty Skoczylas-Stawskiej (1934–2018)

Honorowa Obywatelka Wielunia, 2006. Źródło

Nie jest to deklaracja ludomana, współczesnego miłośnika gwar, widzącego gwary nawet tam, gdzie nie widzą i nie słyszą ich rodowici użytkownicy językowych odmian polszczyzny danego terytorium. Mam przed sobą dowód, czyli książkę pani Pauliny Wyrębak, co mi ją podarowała. Ale o tym za chwilę.

Zapowiedziana książka czerpie z bogatej historii gwar ziemi wieluńskiej — ciekawego i odrębnego terytorium na pograniczu Małopolski, Wielkopolski i Śląska. Każdy dialektolog, gdy usłyszy „ziemia wieluńska”, natychmiast ma przed oczyma nazwisko, pozycję bibliograficzną Fonetyka w gwarach dawnej ziemi wieluńskiej (1977) albo twarz i uśmiech doktor Honoraty Skoczylas-Stawskiej. 

Autorka pochodziła spod Wielunia — Dąbrowa jest obecnie w granicach tego miasta, związana też była z Wierzbiem. Przeprowadziła mnóstwo wywiadów terenowych, utrwaliła mowę mieszkańców badanego obszaru na taśmach magnetofonowych zdeponowanych w archiwum fonograficznym przy poznańskiej uniwersyteckiej dialektologii. Tym wszystkim, którzy sądzą, że w tak zwanej Polsce centralnej gwar w ogóle nie ma, a jeśli są jakieś resztki, to nieciekawe, mogę zalecić tylko jedno: zajrzenie do książki. Monografia ta nie jest poświęcona wyłącznie zjawiskom fonetycznym. Są one przedstawione w kontekstach leksykalnych, a ich terytorialne subregionalne rozmieszczenie i interregionalne związki przedstawiają liczne mapy.
O, na przykład ta: przechodzi się przez Prosnę ze Śląska w charbołach, już po chwili na nogach pojawiają się chapcie, a za kawałek, przed wieluńskim rynkiem zmienią się one cudem jakimś w kurpie.

Przed najnowszą reformą administracyjną Wieluń był w województwie sieradzkim, więc pomyślałem, że poezje Pauliny Wyrębak nie są taką zupełną nowością na tym obszarze. Miałem w pamięci bardzo dobry zbiór gawęd ludowych z Sieradzkiego Trzy palice w nosie (1988), napisany przez Kazimierza Maurera. Okazuje się jednak, że Babice koło Lutomierska, z których pochodził ten folklorysta i gawędziarz, między innymi zwycięzca Sabałowych Bajań, znajdują się aż 100 km od Chotowa, w którym mieszka młoda autorka.

Bardzo chciałbym zdobyć teksty pani Marii Marchewkowej (1925–2000). Była to poetka i gawędziarka związana z Siemkowicami — to już w powiecie pajęczańskim, po drugiej stronie Wielunia w stosunku do Chotowa, ale wspólnym elementem jest to, że w obu miejscowościach jest kościół pod wezwaniem Świętego Marcina. Maria Marchewkowa pisała z duszy:

Polecom ludzkie wspominki
Cłek pójdzie w zapomnienie
Śpiwecka chłopsko nie zginie
Jak woda, jak wiatr.

Mniej udatną językowo, ale bardziej etnograficzne opracowaną książką z terytorium w miarę bliskiego wspominanej dziś Badaczce i chwalonej Poetce jest książka Jana Piotra Dekowskiego pod tytułem Strzygi i topieluchy (1987).

Autor prowadził badania etnograficzne w okolicach Salamon, Kuźnic, Brąszewic, Godynic i Klonowej — czyli także kilkadziesiąt kilometrów od Chotowa, którego gwarę przedstawia ciągle zapowiadana książka Gwarzom ptoki, szumiom drzewa (2020).

Napisałem, że książkę Pauliny Wyrębak będę chwalił. Tak, jest za co: między innymi za uchwycenie tonu prostej wiejskiej skargi przemieniającej się w wiersz, nie zawsze pod względem formalnym doskonały, ale ujmujący głębią szczerości.

Wyrazy uznania i podziękowania za inicjatywę należą się także panu Kazimierzowi Lindzie. Doprawdy nie wiem, jaką drogą zetknął się działacz animator i wydawca ze Stalowej Woli z wieluńską licealistką (może Facebook?), ale to bardzo dobrze, że książka powstała.

Sprzeniewierzyłbym się swoim codziennym zajęciom redaktorskim i korektorskim, gdybym nie zwrócił uwagi, że jest w tej publikacji sporo edycyjnych niedociągnięć. W dobie niskich nakładów i możliwości, jakie daje elektroniczny skład publikacji, można by w ewentualnych dodrukach część tych błędów usunąć. Mam tu na myśli na przykład w wierszu Poryc se dziołcha zapisaną tę samą kategorię gramatyczną, tj. trzecią osobę liczby mnogiej, odejdą i wzejdą, na dwa różne sposoby (w zakończeniu). Tam nie ma prawa być innego zapisu, bo nie może być różnego brzmienia tej samej końcówki współrdzennego czasownika.

Ale to oczywiście, i piszę to świadomie, mniej waży niż to, że osoba młoda, biorąca udział w życiu artystycznym swojej miejscowości, realizująca się także w zespole ludowym, przyjmuje gwarę swojej wsi, swoich przodków za swoją i czyni z niej w miarę swoich możliwości tworzywo wyrazu artystycznego. Łączy się świat dawnych formuł obecnych w folklorze i współczesne życie osoby urodzonej w XXI wieku w konkretnym miejscu globalnej wioski.
Oczywiście przydałby się audiobook, żeby gwarową poezję można było usłyszeć. Sam nie wiem, czy lepszy byłby w wersji autorskiej czy „seniorskiej”, to jest ze wspomaganiem doświadczeńszych wiekowo Chotowianek.

DODATEK

Honorata Skoczylas-Stawska

Tekst z miejscowości Wierzbie. Spisane z nagrania wykonanego w grudniu 1967 roku. Opowiadająca Marianna Pęcherczyk miała wówczas 80 lat, to znaczy, że urodzona była w roku 1887!
Jak się dawniej robiło masło („Język Polski” 1972, nr 1, s. 48)

Jak sie downi robiyło masło. Była kierzónka1), w ty kierzónce sie cyniyło2); był tyn przychlybek3), było zatykanie, tyn… zapómniałach — jach sie nazywo… wiyrzkiynko4), nó ji cyniotko5), wycyniyło sie masło. Jak sie zacyniyło, to sie wziyno wody, u̯obloło źimnóm wodóm, zeby sie styngło6). Jak sie styngło, puźni sie wybrało to masło na ładnóm7) miske, wypłókało sie drewnianǫ́ łyzkóm we wodzie. Wypłókało sie, puźni sie włozyło abo do gornysków, maślancki8) takie były drewniane. Nó ji puźni postoło, styngło sie, to było dobre potym masło.

A jak się u Was nazywają części maśnicy / kierzónki?

Za późnośmy się w Polsce wzięli do zapisywania zasobów pamięci „zwykłych ludzi”. Zresztą, takie zapisywanie od razu pokazuje, że zazwyczaj są to ludzie pod wieloma względami niezwykli, a na pewno jedyni w swoim rodzaju.

Wanda Traczyk-Stawska opowiada

Każde świadectwo osoby, która uczestniczyła w wielkich historycznych wydarzeniach jest wartościowe. Pomyślałem więc o pewnym śląskim śladzie w polskim powstaniu warszawskim 1944 roku. Wanda Traczyk-Stawska, pseudonim „Pączek” opowiedziała jedno ze swych przeżyć, o tyle istotne, że mogła wówczas stracić życie. Pojawia się tu wątek śląski.

Miałam kolegę ze Śląska, żandarma, którego wzięliśmy do niewoli. Nazywał się Wilhelm Janek, był plutonowym u Bortnowskiego [generał Władysław Bortnowski], a Niemcy siłą wsadzili go do swego wojska. Był kierowcą w żandarmerii, nie strzelał. Przydzielono go do naszego oddziału, ale nikt mu nie dowierzał. Szedł za mną, bo ja zawsze ostatnia. Miałam przykazane zastrzelić go, gdyby próbował uciekać.  
Na samym początku powstania mieliśmy zdobyć punkt w Alejach Jerozolimskich. Był tam sklep tylko dla Niemców, w piwnicy magazyn. Po drodze była dziura w murze zrobiona przez nasze minerki. Chłopcy, wszyscy wysocy, przeskakiwali. Janek też przeskoczył i czekał, aż dołączę. A ja mała wskoczyłam w brzuch zabitego Niemca, który tam od kilku dni leżał. I tak fuknęło, że zalało mi całą twarz i oczy. Straciłam kierunek. Zamiast biec za kolegami, instynktownie pobiegłam do budynku, żeby obmyć twarz wodą.  
A tam byli Niemcy. Dostaliśmy taki ogień. Janek, zamiast biec za kolegami, został, żeby mnie ratować z opresji. Dzięki niemu żyję.
Miałam dwa handgranaty za pasem i krótki pistolet. On, doświadczony żołnierz, zdołał zastopować Niemców tymi granatami. Hałas sprawił, że koledzy zorientowali się, dlaczego za nimi nie idziemy, i pobiegli z drugiej strony. Wzięliśmy Niemców w dwa ognie i bez trudu zdobyliśmy obiekt. Nikt nie został ranny.  
Ale skończyło się jak samo powstanie – źle. Dowódca powiedział, że Janek popełnił samobójstwo. A już po powstaniu okazało się, że jako jeniec został oddany Niemcom. Nie można było wziąć go do nas, bo gdyby ktokolwiek go zdradził, to byłby rozstrzelany, a wcześniej torturowany za zdradę. Próbowałam go odszukać po wojnie za pośrednictwem radia, ale nie było śladu. Prawdopodobnie wysłali go na Wschód i tam poległ.  

Źródło: https://wyborcza.pl/7,82983,26169675,wanda-traczyk-stawska-tak-czesto-bylam-zalana-krwia-kolegow.html#S.strefa_ogladania-K.C-B.3-L.1.videogruby

Sytuację tę opisała W. Traczyk-Stawska także w 2011 r. w warszawskim wydaniu serwisu wyborcza.pl:

Tomasz Urzykowski: Słynne zdjęcie z Powstania Warszawskiego: Chmielną maszeruje powstańczy oddział, z balkonu na rogu Szpitalnej patrzą mieszkańcy. Scenę utrwalił fotoreporter Sylwester Braun „Kris”.

W pierwszej parze sierż. podch. Bogdan Dąbrowski i kpr. podch. Janusz Szatkowski, potem plut. podch. Adam Porawski i w hełmie strzelec Krzysztof Porwit, syn pułkownika broniącego Woli w 1939 r. Z plutonu żyjemy już tylko on i ja. Wymieniam kolejnych: kpr. podch. Boguś Kryś „Marcinkowski” i plut. podch. Andrzej Bobrowski, dowódca drużyny, który płakał na widok niszczonych domów. Omal nie zginął, ratując obraz Malczewskiego, po wojnie został rzeźbiarzem, zaprojektował Krzyż AK. Dalej widać kpr. Zygmunta Łukasiewicza i prawdopodobnie kpr. podch. Heńka Gutowskiego. Na końcu maszerują st. sierż. Wilhelm Janek – żandarm, którego wzięliśmy do niewoli, mój przyjaciel plut. podch. Zdzisław Mroczkowski „Wrona”, najlepszy strzelec wyborowy w oddziale, st. strzelec Jerzy Rutkowski i kapr. podch. Stefan Basak, żartowniś i podrywacz, ale – jak wszyscy w oddziale – bardzo dobry żołnierz.

Żandarm Wilhelm Janek był Niemcem?

– Ślązakiem. Do niewoli wzięty chyba 4 sierpnia. Kierował „wanną” [niemieckim transporterem]. Okazało się, że w 1939 r. służył u gen. Bortnowskiego, walczył nad Bzurą, potem wrócił do domu i Niemcy wcielili go do swojej armii. W oddziale najpierw chodził przede mną bez broni. Przy próbie ucieczki miałam go zastrzelić. Ale już 6 sierpnia uratował mi życie w czasie ataku na niemiecki sklep Meindla.

Jednostkowy los, rodzina, bliscy, miejscowość?

Wiele już opowiedziano dowcipów (ależ oczywiście), wylano łez i wycierpiano, wspominając udział członków rodzin w wojnie lub „wizytę” wojny w czyimś domu. Może profesjonalni historycy zdołaliby dowiedzieć się czegoś o wspominanym przez weterankę Górnoślązaku? Przepadł bez wieści czy tylko nie umieliśmy dobrze poszukać, np. zamieniając nazwisko z imieniem. A może da się gdzieś sprawdzić składy osobowe jednostek niemieckich, z którymi mógł mieć kontakt pierwszy pluton Oddziału Osłonowego Wojskowych Zakładów Wydawniczych?

Wszystkie portale deklarują, że dostarczają informację i rozrywkę na dobrym poziomie. Chcę w to wierzyć. Ale co do Bydgoszczy — w Onecie bezsensowne uproszczenie:

Mieszkańcy Bydgoszczy i okolic mają swoją własną gwarę. Jest to mieszanka gwary kujawskiej oraz języka niemieckiego. Są w niej mi.in. takie słowa jak: bryle – okulary, luj, rojber – chuligan, bajzel – bałagan, szneka z glancem – drożdżówka z lukrem, bamber – prostak, drachel – parasol, ajnfach – po prostu.

Żródło: https://wiadomosci.onet.pl/kraj/bydgoszcz-najwazniejsze-informacje-i-ciekawostki/h5v5dgg

Chodzi oczywiście o gwarę miejską Bydgoszczy — miasta ciekawie położonego geograficznie, z bogatą i wielojęzyczną oraz wielodialektalną historią. To nie jest żadna mieszanka, a już zwłaszcza nie należy mylić obecności słownictwa pochodzenia niemieckiego z systemem językowym niemieckim.

Drachel

Kiedy się już pozłościłem, na spokojnie powiem, że nie ma tak krótkich i nawet zawierających błędy omówień gwar, w których by się coś ciekawego nie znajdowało. Tu ciekawe jest słowo drachel. W dawniejszych badaniach gwar wiejskich było ono zanotowane w Słowniku chełmińsko-dobrzyńskim J. Maciejewskiego (1969) z Siemonia w powiecie toruńskim w znaczeniu LATAWIEC. Wcześniej, już w 1879 roku, podał to znaczenie Antoni Krasnowolski w słowniczku

Słowniczek prowincyalizmów zebranych w ziemi chełmińskej i świeckiej

zamieszczonym w dziele

Album uczącej się młodzieży polskiej poświęcone Józefowi Ignacemu Kraszewskiemu…

Tak, tak, album było wtedy rodzaju nijakiego, dlatego poświęcone.

Drach więc jest słowem zapożyczanym z niemczyzny w różnych regionach Rzeczypospolitej, wystarczy wspomnieć powieść Szczepana Twardocha pt. Drach, którą przełożył na śląski Grzegorz Kulik. Albo o wierszu Schillera tłumaczonym trochę na szpas na północnośląską gwarę okolic Kluczborka:

Wracajmy do słowa drachel. Nowe (czy na pewno nowe?) znaczenie parasol widzę w Słowniku gwary używanej w Chełmży i okolicach (tzw. gwara chełmińska), którego autorem jest Dariusz Meller (Chełmża 2002):

drachel – 1. latawiec: Jidziem puszczać drachel? 2. parasolka: Pado, wezna drachel. (s. 29)

Być może przez skojarzenie parasola targanego wiatrem i latawca powstało nowe znaczenie i tak się urodził bydgoski regionalizm.

Dopiero co uczestniczył Profesor Ziejka w inauguracji roku akademickiego, a dziś smutna wiadomość. Umarł historyk literatury, aktywny działacz społeczny, znakomity nauczyciel, erudyta, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego czasu jubileuszu 600-lecia jego odnowienia, miłośnik i znawca Krakowa.

Franciszek Ziejka, Karol Musioł, 1 października 2019

Brzmi ten frazeologizm nieco knajacko (cokolwiek to znaczy, ale kto użyje tego słowa, momentalnie staje po stronie kultury i tradycji), lecz z upodobaniem korzystają z niego liczni dyskutanci twitterowi i publicyści o szerszym zasięgu tudzież horyzontach.
Stare czy nowe? Lwowskie czy warszawskie? A jakie jest Wasze zdanie, Szanowni Słuchający?

Rozmawiałem o darciu łacha z Panem Redaktorem Pawłem Sołtysikiem w Radiu Kraków. Zapraszam.

Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, czwartki, ok. 9.40

Raz po raz ktoś z kogoś łacha drze, więc żeby nie było aktualnych odniesień, zerknijmy na wpis blogowy sprzed siedmiu lat.

Źródło: https://www.salon24.pl/u/ryszardczarnecki/527498,rycerze-jedi-kontra-matolki

Ponieważ autor, Ryszard Czarnecki, to w jakimś stopniu Dolnoślązak, a przy tym użył regionalnego lwowskiego czasownika bałakać, to ktu wi, czy ni un to przyniósł do Warszawy.

Kto by myślał, że lewacy wymyślają nazwy żeńskie,
Niech poczyta, jak pan hrabia o boginiach pisze tęsknie.

Forma żeńska od mąż…

Nie tylko ksiądz Jakub Wujek, który stworzył formę mężyna w swym przekładzie Księgi Rodzaju,

Mężyna oddaje grę słów hebrajskiego oryginału (1599)

ale całkiem niedawno, ledwie przed półtora wiekiem Wojciech hrabia Dzieduszycki rozpisywał się o watykańskich freskach Rafela Stanza della Signatura i użył słowa mężyni:

Mężyni — Studia estetyczne Wojciecha Dieduszyckiego, 1878
Mężyni z gałęzią dębową po lewej.

Czy ja coś narzucam?

Skądże znowu. Pokazuję tylko, że polszczyzna ma giętki i bogaty system słowotwórczy oraz że (niemal) wszystko już było.

To niezwykła niedziela, dziś wybory są w Polsce… Cienia agitacji w tym wpisie nie ma, ale będę wieszczył. Wieszczę kres sensownego łączenia zdań, śmierć zaimków względnych znanych też jako relatory, a w ślad za tym upadek składni, stylistyki i zdolności łączenia faktów, zdań i myśli.
Przesada?

Gdzie z tym gdzie?

To tweet z ostatniego kampanijnego tygodnia, więc totalnie zanonimizowany i pozbawiony kontekstu politycznego. Chodzi o użycie gdzie i o to, czy dostawę realizuje przedsiębiorca czy urzędnicy, skoro odmówili dostawy. …telefon, gdzie urzędnicy…

Może to w magistracie odmówili, więc gdzie jest słuszne? Przecież tam są urzędnicy, którzy odmówili. No niby jest to możliwe, ale wówczas odmowa byłaby wyrażona bez pomocy telefonu, ustnie lub pisemnie. Gdy dyskutuję z autorami podobnych tekstów, włączają się obu stronom nadzwyczajne moce interpretacyjne i kreujące mnogość sytuacji. No tak. Telefon mógł być np. z parku, gdzie urzędnicy (podczas czynności służbowych) odmówili dostawy (do magistratu). I tak dalej.

Czy niedziela jest pudełkiem?

Nie z wyników wyborów zapamiętam 12 lipca, ale z tego, że ogólnopolski serwis informuje, że jest to „niedziela, w której Polacy będą wybierać…”.

Ale o co chodzi? To chyba poprawne, bo niby jak? W Narodowym Korpusie jest tylko jedno takie użycie, z Tygodnika Ciechanowskiego, niech mu będzie wybaczone (do Ciechanowa nic nie mam). Okazuje się, że możemy śpiewać „dzień, w którym pękło niebo”, ale o wyborczej niedzieli tak powiedzieć nie można. Poręczny mógłby się okazać zaimek (relator) kiedy, ale przecież wspomniałem na wstępie, że wieszczę ich odejście.

To jak ma być?

Ma być poprawnie po polsku.

Szanowni Państwo, Rodaczki i Rodacy,
zbliża się decydująca druga tura wyborów prezydenckich roku 2020. Jakże nie zabrać głosu, gdy tyle się dzieje? W języku polskim oczywiście.

Nie jest to zupełna nowość, ale proszę zauważyć, że przedstawiciele różnych, a w ostatnich dwóch tygodniach obu komitetów z upodobaniem objaśniają nam i sobie, o czym są te wybory.
O tym właśnie jest niniejszy wpis przed ciszą.

Tak wygląda nowość, która się zaczyna panoszyć

Za pierwszym razem… to jest jak „pęknąć balonik” albo „zniknąć kogoś”. Wygląda nam to na żart, na naruszenie językowej normy, by zwrócić naszą uwagę, powiedzieć coś świeżego, inaczej niż dotychczas, wyrwać się ze sztampy.

Anglicyzm zapewne

Skoro po angielsku pisze się „Elections are about choice, but that simple statement conceals a powerful tension, one which runs underneath this chapter and surfaces at the end” (źródło: Google Books), to sprawa chyba jest jasna, gdzie jest kura lub kukułka, co zniosła nam to jaje.

Czyja wina?

Nie znajdziemy najpierwszego użycia, ale znany językowy trendsetter i zawodowy winowajca Donald Tusk już w marcu roku 2014 mówił:

Te wybory europejskie być może są o tym, czy w Polsce dzieci 1 września w ogóle pójdą do szkoły. Te wybory są o tym, czy Europa – zintegrowana i zjednoczona, NATO świadome powagi sytuacji będą zdolne do realizacji tej fundamentalnej idei, jaka legła u podstaw i NATO, i UE, czyli solidarności w chwilach najcięższych (źródło: RMF; podkreślenia moje)

Innowacja albo zaraza

W roku 2020, po serii kampanii wyborczych, które i spamiętać trudno, o tym, że wybory są o czymś, mówią, jak wspomniałem, wszyscy, a żeby nie być gołosłownym, przytoczę dwa cytaty, z tego samego źródła i województwa, w kolejności alfabetycznej imion i nazwisk kandydatów na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej:

Andrzej Duda: Te wybory są o tym jaka będzie Polska, o tym czy ktoś nam odbierze ostatnie pięć lat i wszystko to, co w tym czasie udało się stworzyć – mówił prezydent Andrzej Duda podczas spotkania z mieszkańcami Trzebnicy (Dolnośląskie). 12.06.2020, https://www.wnp.pl/parlamentarny/wydarzenia/andrzej-duda-te-wybory-sa-o-tym-jaka-bedzie-polska,80014.html

Rafał Trzaskowski: Te wybory prezydenckie są o tym, czy w Polsce dalej będzie się nas dzielić i czy dalej będzie panować nienawiść, czy też będziemy mogli wreszcie być razem – powiedział kandydat KO Rafał Trzaskowski w Świdnicy (Dolnośląskie). 10.07.2020, https://www.wnp.pl/parlamentarny/spoleczenstwo/trzaskowski-te-wybory-sa-o-tym-czy-w-polsce-dalej-bedzie-sie-nas-dzielic,86044.html

Pełny symetryzm cytatów, dowodzący, że mamy do czynienia z nowym elementem w polszczyźnie ogólnej, a nie jednostką w jakiś sposób „dialektalną”, używaną przez użytkowników polszczyzny o określonym profilu ideowym, wyrażanym i wdrażanym przez któreś ze stronnictw politycznych. Tak rozprzestrzeniają się innowacje językowe, które w bieżącym półroczu aż się prosi porównać do wirusa. Czasem taki patogen wypiera inną jednostkę. Oczywiście, możemy się ucieszyć, że główni konkurenci nie mówią, że te wybory są czemuś !dedykowane.

Wyczesane rozmowy. Można posłuchać

W Radiu Kraków, nie naruszając ni na jotę dobrych obyczajów (to ważniejsze) ani ustaw, zżymałem się na tę konstrukcję, podświadomie profilującą wybory, a zwłaszcza kampanię, jako spektakl, opowieść, którą trzeba uwieść i przekonać odbiorców. Proszę posłuchać, jak ja postrzegam, o co kaman, OCB, o co cho, o co toczy się spór…

Radio Kraków, 9 lipca 2020 r., prowadzący rozmowę Paweł Sołtysik