Instytut Języka Polskiego PAN poinformował: „Z wielkim smutkiem przyjęliśmy wiadomość, że 𝟐𝟏 𝐬𝐢𝐞𝐫𝐩𝐧𝐢𝐚 𝟐𝟎𝟐𝟔 𝐫𝐨𝐤𝐮, 𝐰 𝐰𝐢𝐞𝐤𝐮 𝟗𝟖 𝐥𝐚𝐭, 𝐳𝐦𝐚𝐫ł𝐚 𝐩𝐫𝐨𝐟. 𝐝𝐫 𝐡𝐚𝐛. 𝐌𝐚𝐫𝐢𝐚 𝐌𝐚𝐥𝐞𝐜, wybitna językoznawczyni i onomastka, przez dziesięciolecia związana z Instytutem Języka Polskiego PAN”.
Swoją olbrzymią wiedzę i imponujący dorobek monograficzny oraz wkład w dzieła zbiorowe, w tym SSNO – Słownik staropolskich nazw osobowych, umiała przekazać w sposób przystępny, ale zsyntetyzowany w zgodzie z wszelkimi rygorami naukowymi. Te książki może czytać z pożytkiem każdy, kto włada językiem polskim.
Zmarłą cechowały wielka pracowitość i skromność. Pamiętam, jak poszedłem do Zakładu Onomastyki skonsultować się w sprawie potencjalnego zapelatywizowanego antroponimu karpackiego. Przez te ponad dwadzieścia lat wciąż jestem pod wrażeniem życzliwego, autentycznego zainteresowania zagadnieniem, sposobu udzielenia wskazówek, całej postawy. Odchodzi w tym roku pokolenie ukształtowane przez szkołę powszechną w Polsce Odrodzonej.
Pogrzeb w poniedziałek 24 sierpnia 2026 roku o godz. 14.30 w kościele pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Świątnikach Górnych.
Oczywiście, że w niesławnym raporcie, o którym od paru sierpniowych dni huczy w mediach, słowo chlebowość zostało użyte bez sensu, bo bez czytelnego kontekstu. Mam jednak kilka ale.
Jak je tu sparafrazować? Z dobrą wolą można mówić o dużej roli tradycyjnego żytniego chleba w kulturze polskiej, w opozycji na przykład do warzywności czy morskości kuchni śródziemnomorskiej. Niestety, wygląda jednak na to, że mamy tu do czynienia z niczym nieumotywowaną tautologią. Chlebowość chleba jest niczym nieposmarowaną tautologią, czyli masłem maślanym.
Ale pierwsze
Gdy kilkaset tysięcy razy słowo to zostało powtórzone, nie będzie już można mówić, że nigdy go nie słyszeliśmy i nie czytali.
Ale drugie. A skąd wiesz, że nie było wcześniej? Byłeś, widziałeś? Sprawdź!
Wyraz chlebowość był poświadczony w polszczyźnie przed 2025 rokiem w dyskursie blogerów piwnych, degustatorów, komentatorów itp., przede wszystkim w recenzjach piwa i opisach jego właściwości smakowych (może też zapachowych).
Piwo jest przyjemnie świeże, wyczuwalna jest dominacja lekko cytrusowatej słodowości przy słabej goryczce, przy czym ta druga jednak nie robi wrażenia stłumionej – czuć, że ona z definicji ma być lekka. Średnio mocne, ale drobnoperliste, aksamitne wysycenie, ledwo wyczuwalna chlebowość [podkreślenie moje – AC], a może górnofermentacyjność, manifestująca się tu i ówdzie efemerycznymi elementami owocowymi na peryferiach języka, sprawiają że jako piwo do orzeźwienia, jak i do relaksu (również w zimniejsze dni) Früh Kölsch nadaje się świetnie. https://thebeervault.blogspot.com/2011/01/fruh-kolsch-colner-hofbrau-fruh-niemcy.html Styczeń 2011
Ale trzecie. Profesor Bralczyk
Wirtualna Polska, a w ślad za nią liczne inne media, głosi, że prof. Bralczyk orzekł, iż „nie ma takiego słowa”.
Chlebowość? Nie ma takiego słowa. Któż to „guardianka”? Profesor odniósł się również do „tradycyjnej chlebowości”, która w raporcie miała opisywać jedną z cech Polski, nawiązując prawdopodobnie do tradycji witania gości chlebem i solą. Ocenił ją jako „dziwaczną” i potencjalnie niezrozumiałą. Zauważył, że słowo to jest zbudowane poprawnie i regularnie od przymiotnika „chlebowy”. (Źródło: Poprosiliśmy językoznawcę, aby przetłumaczył raport o Polsce na język polski. Nie udało się)
My filologowie, a także ci spośród nas, którzy identyfikują się jako filolodzy, a także filologinie, filolożki i osoby filologiczne, nie jesteśmy skrępowani tak licznymi rygorami metodologicznymi jak nauki przyrodnicze, eksperymentalna część fizyki i inne, spoza naszego horyzontu, ale jakieś zasady chyba są.
Na przykład takie: badacz nie kreuje rzeczywistości językowej ani nie orzeka o niej na podstawie własnego widzimisię, lecz ją dokumentuje i analizuje. Fakty są takie: przed 2025 r. (formalna data powstania raportu) wyraz był niewątpliwie używany, co najmniej od 2010 r., choć pozostawał rzadkim terminem środowiskowym. Oznaczał zwykle ‘chlebowy składnik albo odcień smaku i aromatu’, analogicznie do słodowości, zbożowości, karmelowości, tostowości. Jest derywacyjnie całkowicie regularny: chlebowy → chlebowość.
Może być też tak, że mistrz mowy polskiej i mówienia o niej, prof. Bralczyk, powiedział to, co w zasadzie każdy by mógł powiedzieć, a więc że nie zna słowa chlebowość z własnej praktyki językowej i lekturowej (ponadprzeciętnej, podobnie jak pamięć Profesora), ale zarazem że jest ono formalnie poprawnie słowotwórczo zbudowane.
Chlebowość? Nie ma takiego słowa. Któż to „guardianka”?
Profesor odniósł się również do „tradycyjnej chlebowości”, która w raporcie miała opisywać jedną z cech Polski, nawiązując prawdopodobnie do tradycji witania gości chlebem i solą. Ocenił ją jako „dziwaczną” i potencjalnie niezrozumiałą. Zauważył, że słowo to jest zbudowane poprawnie i regularnie od przymiotnika „chlebowy”. [Źródło, jak wyżej]
Wirtualna Polska nie podaje frazy „nie ma takiego słowa” w cudzysłowie, więc może to być dziennikarskie „podkręcenie” czy też wyostrzenie tezy.
Podsumowując: raport żałosny, chlebowość jako słowo istnieje, a media biją pianę, która obryzguje autorytety, których nie podważamy, bo trza, żeby autorytetne* były.
* Ależ oczywiście, że słowo autorytetneistnieje, tylko przestało być używane. Oto cytat z Mariana Zdziechowskiego:
15 sierpnia. Orawka na Orawie nad Czarną Orawą. W modrzewiowym kościele św. Jana Chrzciciela otworzył się tegoroczny cykl Barok na Spiszu. Paradoks, ale to należy do treści tego dnia.
Zaczęło się od konkretu – wyśmienitych orawskich specjałów z rąk lokalnego Koła Gospodyń Wiejskich (jagodzianka, mmm, zestaw ciast na drogę powrotną, wspaniałe). Chwilę później pochłonęło nas piękno architektury. Lucyna Borczuch przeprowadziła nas przez onieśmielający program ikonograficzny XVII-wiecznej świątyni.
Złożony z polichromii teologiczny mikrokosmos, pełen wizerunków węgierskich królów i nieabstrakcyjnych, ale w pełni inkulturowanych na XVII-wieczną Orawę, grzechów przeciwko dziesięciu przykazaniom, uderza spójnością i historycznym ciężarem.
Bo to były Węgry, diecezja ostrzyhomska, a lud małopolskojęzyczny, katolicki, pod władzą panów luterskich, ale cysorz Habsburg poparł budowę świątyni i przysłał dzwon.
O 16:30 w to wielowiekowe wnętrze (chłodne, mimo prawie 30 stopni na zewnątrz) wlała się muzyka i rozbrzmiał śpiew. Koncert Jam jest Pasterz dobry w wykonaniu Scepus Baroque zabrzmiał w składzie: Katarzyna Wiwer (sopran uśmiechnięty charyzmatyczny ;-)), Katarzyna Czubek i Radosław Orawski (flety proste), Maria Korzeniowska (lutnia), Tomasz Sobaniec (instrumenty perkusyjne) oraz Artur Szczerbinin (pozytyw).
Repertuar precyzyjnie poprowadził przez kompozycje Jarzębskiego, Wacława z Szamotuł, Gomółki i Meruli, zgrabnie poprzedzone syntetycznym miniwykładem Katarzyny Wiwer o biblijnych radach dla rządzących.
Jako słuchacz chłonąłem perfekcyjną fuzję instrumentów. Wiem, że dla muzyków to tylko dobrze wykonana robota, ale laik z rzadka obcujący z takim pięknem, czyli ja, był jak Janko Muzykant. Renesansowe flety prowadziły czuły, misterny dialog, któremu lutnia i instrumenty perkusyjne nadawały godny puls. Urokliwe grzechotki i bęben – ten zwłaszcza w głębokich, miarowych uderzeniach – bezbłędnie podkreślały majestat i powagę królowania.
Dwa momenty uderzyły mnie jednak najmocniej. Wydobycie ze staniąteckiego kancjonału melodii Psalmu 30. Zabrzmiał z porywającą dynamiką, życiem i żarliwością.
A podk koniec olśnienie: Ein Pollnischer Dantz z Tabulatury Ammerbacha (1583). Utwór, przyznaję bez bicia, dotąd mi nieznany. A trzeba go w tej interpretacji docenić nade wszystko. Lipski intabulator uchwycił w nim sam rdzeń polskiej duszy. Ten szesnastowieczny nerw i rytmiczna swada wciąż brzmią tu zaskakująco znajomo – rozpoznawalne natychmiast i bezbłędnie po czterech stuleciach.
Festiwal (szczegóły: https://baroknaspiszu.pl/barok-na-spiszu-2026.html) wystartował ze wspaniałym impetem. Muzyka ożyła. Kto może, niech dziś jedzie do Łapsz Wyżnych, spotkać się z Georgiem Philippem Telemannem. Od dziś to już całą gębą i całą mocą strun i płuc: BAROK NA SPISZU!
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Przepiękne maszkarony została wyłączona
Pomysł dręczący duszę te „książki do pisania”. Boć one są ładne same w sobie, a po książkach uczono mnie nie pisać. Niemało stron pustych zachęca jednak, żeby coś skrobnąć, ale wtedy pokusy i udręki się wzmagają, bo: 1) czy notatki muszą być tematyczne?, 2) czyż ja mogę swoje myśli zestawiać z wielkimi, klasycznymi obserwatorami oraz z błyskami lapidarnego geniuszu? Bądź tu mądry. Pewnie, że chciałbym być mądry i słuszne to jest zalecenie, ale zarazem konstatacja bezradności.
Maszkaron (wł. mascherone), motyw dekor. o genezie staroż., wywodzący się z greckich masek (dionizyjskich, nast. teatr.), w formie stylizowanej głowy ludzkiej bądź na wpół zwierzęcej, o zdeformowanych, groteskowych rysach, popularny zwł. w sztuce renesansu; w Kr. związany przede wszystkim z renes. attyką → Sukiennic; 1557 w księgach miejskich wzmiankowano zakup kamienia w Pińczowie na wykonanie masek do dekoracji attyki; modele m. wykonał prawdop. S. → Gucci; w zwieńczeniu attyki ustawiono wówczas 20 masek (wyobrażających pół ludzi, pół zwierzęta) rozdzielonych wazonami (…) Encyklopedia Krakowa, wyd. 2, red. J. Purchla, Kraków 2023, t. 1, s. 945
Książka uczy czułości dla otaczającej nas przestrzeni. Wrażliwość na sztukę, jej kanoniczność i innowacyjność, łączy się ze ścisłością w opisie źródeł przywołanych i skojarzonych ze zdjęciami myśli.
Na czarno-białych fotografiach brzydota i piękno zamieniają się rolami. Mienią się i współgrają z nastrojami odbiorców, jak przymierzając właśnie, a nie nie przymierzając, bo etymologia ciągle mi w głowie, s i sz w pokrewnych, a w różnym czasie pożyczanych wyrazach: maska, maskarada, maszkara, maszkaron.
Ku temu zaś przychodzą groza, niepokój wzbudzane przez wizerunki i zachwyt wywoływany trafnością doboru cytatów (cóż za erudycja, od Reja i Twardowskiego, Samuela, po Sapkowskiego, nie bez udziału oszołomionych pięknem krakowskich gąb kamiennych Polewki i Gałczyńskiego). Autorskie miniatury narracyjno-refleksyjne zachwycają finezją i spostrzegawczością, uważnością, jak modnie się dziś mówi. Komentarze do zdjęć zwracają uwagę na detale, niuanse, a nawet paradoksy takie jak podobieństwo jednej z rzeźb na fasadzie Teatru Słowackiego do uśmiechającego się z naszych wspomnień i muru Teatru Starego Jerzego Bińczyckiego.
Dobór cytatów pomiędzy świetnymi zdjęciami Zbigniewa Kosa – mistrzowski, co w ogóle nie dziwi, bo Karolina Grodziska jest mistrzynią wynajdywania cytatów, czego koronnym dowodem wtajemniczająca w Kraków księga cytatów „Gdzie miasto zaczarowane…” (2003).
Od dziś spaceruję z głową podniesioną ku fascynującym wizerunkom. Może dostrzegę w jakimś zaułku równie fascynujący. A może tylko skręcę kostkę na dziurze w chodniku. Ale i wówczas pociecha w książce.
Niech mi też będzie wybaczony styl mej lektury, ale lata terminowania w cytowanej wyżej Encyklopedii Krakowa wyrobiły we mnie odruch: nie znam, więc sprawdzam. Złowiłem drobiażdżek, a to dzięki temu że dziś da się zajrzeć do starodruku bez wyprawy do biblioteki, choćby najżyczliwiej udostępniającej zbiory. Passus z poematu Samuela Twardowskiego o Władysławie IV (1650), umieszczony w Maszkaronach na s. 34, zawiera nie „meduzę”, lecz meduziną maszkarę.
Tedy już ciężkie na się blachy Wziąwszy Encelladowe, skąd na wszytkę strachy Uderzyły Azyją, i szyszak, i z stali Tarcz kowaną, gdzie Etna i wściekła się pali Meduzina maszkara, miecąc sprosne węże Ze łba rozczochranego. (…)
Nie byłbym sobą, gdybym też nie dodał, że zarówno cytowane wyżej hasło encyklopedyczne, jak i narracja padły ofiarą zmian ortograficznych AD 2026. Teraz wedle zasad i deklaracyj winno się pisać: „wyobrażających półludzi, półzwierzęta”. A to już nie to samo, jak mówi głos z sąsiedniego universum pojęciowo-estetycznego. Podobnie piękna jest historia o Domu Matejki, „Pod Trzema Pyskami” (mniejsza o duże i małe litery). Skąd była Teodora Matejkowa? Z „Pod trzech pysków” czy na przykład „Spod Trzech Pysków”? Smętne me oblicze w maskę się zamienia, gdy uroki sztuki pisownia zacienia.
Podsumujmy
Najwyższy czas, by i z naszej epoki pozostało coś trwałego, choćby detal, a nie tylko bity i bajty. Ano właśnie. Książka bywa trwalsza niż mury. Zanotuję sobie to i owo ku pamięci, a jest w czym. Książka do pisania ośmiela, by jednak coś zapisać. Choćby de se ipso ad posteritatem.
Maszkarony krakowskie. Książka do pisania. Wybór tekstów i fotografii Karolina Grodziska Fotografie Zbigniew Kos Wydawnictwo Austeria Kraków – Budapeszt – Syrakuzy 2026
Spotkanie bardzo udane w Bunkrze Sztuki, fascynacja maszkaronami i wrażliwością Autorki oraz Fotografa udzieliła się licznemu gronu uczestników. Prowadząca zapytywała taktownie i sympatycznie, co mam prawo oceniać, bo się spóźniłem tylko półtora kwadransa.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Umarł prof. Jerzy Reichan została wyłączona
Dziś pogrzeb. Był to człowiek dobry i mądry – uczył skrupulatności i dokładności w pracy leksykograficznej.
Spokojny, lecz nieprosty, a chwilami heroiczny żywot (1929–2026). Harcerz, anglista, dialektolog, przez długie lata filar i kierownik dialektologicznej części Instytutu Języka Polskiego PAN. Na rowerze jeździł chyba do ubiegłej jesieni, a dzięki temu środkowi transportu przebył wieleset kilometrów, by zebrać materiał językowy do imponujących i inspirujących Małopolskich gwar jednonosówkowych.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Umarł Aleksandr Duliczenko została wyłączona
Świat stracił 4 marca 2026 roku człowieka, który jak mało kto rozumiał, że wielkość języka nie mierzy się liczbą jego użytkowników, lecz siłą jego trwania, oczywiście wzmacnianą wolą użytkowników. Profesor Aleksandr Dmitrijewicz Duliczenko (Александр Дмитриевич Дуличенко) – wybitny slawista, erudyta i twórca teorii słowiańskich mikrojęzyków literackich – odszedł, pozostawiając po sobie niedokończony dialog z kulturami, którym przez całe życie przywracał należne im miejsce w dyskursie naukowym.
Od piasków pustyni do brzegów Bałtyku
Jego droga do wielkiej slawistyki była nieoczywista i fascynująca. Choć urodził się w Kraju Krasnodarskim, los rzucił go najpierw do Turkmenistanu. To tam, pracując jako nauczyciel w dalekim miasteczku Gara Wekil (dziś: Garabekewül) na obrzeżach pustyni Kara-kum, młody Duliczenko zaczął gromadzić swoją unikatową bibliotekę. Podczas gdy inni szukali wiedzy w wielkich metropoliach, on budował fundamenty swojej nauki poprzez listy – korespondując ze studentami i wykładowcami z najdalszych zakątków słowiańskiego świata.
Pamiętam, jak jesienią 2005 r. w Tartu wspominał z błyskiem w oku ten moment, gdy w taszkienckiej bodaj bibliotece natknął się na książkę wydaną w XX wieku, napisaną cyrylicą, lecz języka tego nie było w żadnym podręczniku, skrypcie, „wstępie do filologii słowiańskiej” opisującym języki słowiańskie. Książka ta była po rusińsku, w wersji wojwodińskiej, z ówczesnej Jugosławii. Zdziwienie jest początkiem filozofii, a w tym przypadku — „mikrofilologii”, teorii słowiańskich (i nie tylko przecież) mikrojęzyków literackich.
Pasja poznawania i dokumentowania ulotnych broszur, okazjonalnych jednodniówek, „gwarowych” kącików z czasopism całej Słowiańszczyzny nie ustawała przez kilka dziesięcioleci. Na uniwersytecie w Tartu Profesor stworzył dom dla idei, które wcześniej uznawano za marginalne, co w tym czasie uczyniło z Estonii światowe centrum słowiańskiej mikrofilologii.
Strażnik „małych” języków
Dla Aleksandra Duliczenki nie było języków nieważnych. Opisywał rusińskie pieśni z Wojwodiny, modlitwy w języku rezjańskim i literaturę kaszubską z taką samą powagą, z jaką inni opisują rosyjską czy polską klasykę. Wierzył, że każda lokalna kodyfikacja wzbogaca słowiańską kulturę, czyniąc ją bardziej odporną na zapomnienie. Jako jeden z nielicznych potrafił pisać o języku rusińskim w jego własnym brzmieniu, tworząc publikacje, które stały się kamieniami milowymi dla tamtejszej społeczności.
Wreszcie: to Duliczenko miał rację, pisząc w swej fundamentalnej pracy opublikowanej w roku 1981 o języku kaszubskim i jego potencjale, a nie polemizujący z nim uczeni, opierający swe tezy na ideach polskiego patriotyzmu doby zaborów, który obawiał się jakichkolwiek zróżnicowań w obrębie polskości i przyszłej Polski.
Pasja odkrywcy
Profesor posiadał rzadki dar łączenia rygoru naukowego z niemal detektywistyczną pasją. To dzięki jego uporowi w archiwach Petersburga „odnalazły się” bezcenne rękopisy Floriana Ceynowy, w tym petersburska gramatyka kaszubska z 1860 roku, którą Profesor z pieczołowitością opracował i wydał. Jego ciekawość świata nie znała tabu – z tą samą wnikliwością analizował stare teksty religijne, co współczesną leksykografię „niecenzuralną” (uczony etymologiczny wstęp do słownika wulgaryzmów z wyrazem ch… jako członem konstytutywnym jednostek leksykalnych) czy język okresu pierestrojki.
Profesor Duliczenko pozostawił cenną antologię tekstów w opisanych przez siebie słowiańskich mikrojęzykach literackich.
Nie zamykał jednak swego dzieła. Z ciekawością słuchał o nowych przedsięwzięciach. Miałem przyjemność referować w obecności Profesora Duliczenki kwestie wzmacniającego się i rozszerzającego zakres użycia górnośląskiego języka literackiego.
W wyborze prac „Славянская микрофилология” (2018) Uczony podkreślał, że współczesna technologia i Internet dają mikrojęzykom bezprecedensową szansę na przetrwanie i rozwój, pozwalając na budowanie tożsamości poza tradycyjnymi granicami państwowymi.
Chronologia życia i pracy naukowej
30.10.1941: urodził się w posiołku Wysokij, rejonie kurhanińskim, w Kraju Krasnodarskim (300 km na północny wschód od Soczi)
1966: ukończenie filologii na uniwersytecie w Aszchabadzie
1966–1974: praca pedagogiczna w Turkmenistanie (Gara Wekil) oraz Uzbekistanie (Samarkanda)
1974: obrona pracy kandydackiej o literackim języku rusińskim w Moskwie (opiekun naukowy: Nikita Tołstoj)
1982: Powołanie serii naukowej Interlinguistica Tartuensis
1985: Powołanie serii naukowej Slavica Tartuensia
1992: Objęcie stanowiska profesora zwyczajnego slawistyki w Tartu
1993: Założenie Narodowego Komitetu Slawistów Estonii
1997: Dołączenie do Instytutu Kaszubskiego
2003–2005: Otrzymanie prestiżowych odznaczeń: estońskiego Orderu Białej Gwiazdy (2003), polskiego Krzyża Kawalerskiego Orderu Zasługi (2005) oraz Nagrody im. Alexandra von Humboldta (2005).
04.03.2026: Śmierć Profesora
Bibliografia
Славянские литературные микроязыки (Вопросы формирования и развития), Таллин 1981 – fundamentalna praca teoretyczna wprowadzająca pojęcie mikrojęzyka.
Международные вспомогательные языки, Таллин 1990
Jugoslavo-Ruthenica, 1995
Kurze Betrachtungen über die kaßubische Sprache, als Entwurf zur Grammatik, Göttingen 1998 – krytyczne wydanie gramatyki F. Ceynowy (wspólnie z W. Lehfeldtem)
Славянские литературные микроязыки. Образцы текстов, т. 1–2, Тарту 2003–2004 – monumentalna chrestomatia tekstów 18 mikrojęzyków
Основы славянской филологии, т. 1–2, Opole 2011 – syntetyczne ujęcie wiedzy o słowiańszczyźnie
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Umarła Ewa Siudajewska została wyłączona
Zachwyciła mnie na Sabałowych Bajaniach. W tym, co i jak mówiła, była siła emocji, tradycja i odniesienie do współczesności. Gwara Gór Świętokrzyskich z wieloma jej archaicznymi cechami. Drobne uchybienia wobec spoistości systemu wynikały także z tego, że nie było to pierwszy język zmarłej 25 stycznia 2026 r. gawędziarki. Posłuchajmy fragmentu opowieści z 2014 roku.
Proces zanikania gwar jako języka codziennej komunikacji nie musi oznaczać ich odejścia w niebyt. Gwara przenosi się w nowe sfery użycia: do mediów społecznościowych, reklamy, a nawet sztuki wysokiej.
Przykład Ewy Siudajewskiej wpisuje się w tę teorię jako dowód na żywotność mowy tradycyjnej w sytuacjach niekonwencjonalnych. Jej gawędy, choć oparte na archaicznym materiale, trafiały do współczesnego odbiorcy dzięki autentyczności i emocjonalnej głębi. Słuchając jej na Sabałowych Bajaniach, można było odnieść wrażenie, że mowa ta jest bezpośrednim łącznikiem z rdzeniem narodowej duszy.
Doktor Alicja Trukszyn, która wiele lat pracowała w Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach, tak wspomina Zmarłą:
– Była cudowną osobą. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie u niej w domu, kiedy zgrywaliśmy materiał do obsługi Świętokrzyskiej Zagrody Kultury w Hucie Szklanej, to jak pięknie śpiewała, jak pięknie opowiadała. Jest mi bardzo przykro, że jej już nie ma wśród nas, ale pamięć o niej zostanie. To była bardzo jasno świecąca gwiazda na firmamencie świętokrzyskich wierzeń, świętokrzyskiej gwary, świętokrzyskiego stroju. Niech ją do snu wiecznego kołyszą świętokrzyskie jodły. Niech jej śpiewa ta ziemia, to co jej w duszy grało. (Źródło: https://radiokielce.pl/1377430/byla-kolbergiem-w-spodnicy-nie-zyje-ewa-siudajewska/)
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Słowiańskie epifanie przed Dziadami została wyłączona
Niech będzie, że spoganiałem, ale może się jakoś wytłumaczę. Marta Krajewska napisała książkę*, którą powinni polecać profesjonalni pedagodzy, a nie ja, nieneutralny, bo miałem do czynienia z redagowaniem tego tekstu. Specjaliści od wychowania młodzieży mogą dostrzec i przekazać to rodzicom i bibliotekarzom, że opowieści te uczą wrażliwości, stawiania granic, odnajdywania się w grupie, przepracowywania krzywd, odwagi i ostrożności zarazem, a to nie wszystko. Ideał, prawda?
Idealizatorzy prasłowiańskich wyobrażeń na temat pradziejów mogą się zachwycać lub wskazywać na braki względem ich wizji ortodoksji, a miłośnicy pozytywistycznego dydaktyzmu i Starej baśni niech pomyślą, czego brakuje w dawnych narracjach.
Mam nadzieję, że młodszą młodzież ominą te deliberacje, których wizje wyżej przedstawiłem. Młodym czytelniczkom i czytelnikom życzę, by się zachwycili światem sprzed ponad tysiąca lat, jakże odległym od naszej technicznej cywilizacji. Niemało w nim tajemnic i niebezpieczeństw oraz przestróg i zaklęć obronnych. Zjawienia się tego, co inne (takie epifanie mam na myśli), przyprawiają o ciarki i naprawdę fascynują. Nie wiadomo, co się wydarzy.
Ale… Bohaterowie tej opowieści żyją i przeżywają liczne emocje w świecie równocześnie bardzo swojskim: dom, pole i las to rdzeń naszej zbiorowej wyobraźni. Rodzeństwa się kłócą, starcy zrzędzą, przyroda jest groźna, zdarzają się niesprawiedliwe oskarżenia, nieszczęścia i istnieje prawdziwe zło. Toż to słowiańskie wioski, z Bartkami i Marcysiami, tylko pobożne westchnienia umęczonych pracą matek kierowane są, odmiennie niż współcześnie, np. do słodkiej Mokoszy.
Ilustracje, a właściwie cały projekt graficzny książki to wizja Alicji Filiacz. Mógłbym próbować opisywać ją jako (słuszne!) zaprzeczanie różnego rodzaju ścieżkom wyobrażania naszej pradawności — nie są to malunki pseudoludowe, w których by widać było jakieś fascynacje prymitywizmem czy malarstwem na szkle, nie jest to pseudośredniowieczna hieratyzacja postaci ani wschodniosłowiańska postsowiecka grafika pełna pucołowatych gąb i pustej dynamiki. Już prędzej dostrzec tu można inspiracje japońskie, delikatność i finezję. Ilustracje są tu także opowieścią towarzyszącą, umożliwiającą pogłębienie przeżycia.
To wciąż nasz świat. Znakomita lektura nie tylko na jesienny czas. Ponadświatowe istoty, rusałki, kikimory, wodniki i południce pozwalają młodym bohaterom dotknąć tajemnicy, przeżyć grozę i oczyszczenie, wstąpić na nowe poziomy (samo)świadomości.
* Marta Krajewska, Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie strachy w opowieściach, ilustracje Alicja Filiacz, Warszawa: Wydawnictwo Kropka, 2025.
Nie byłbym sobą, gdybym nie docenił słowniczka z pojęciami dotyczącymi kultury tradycyjnej, a nie mitologii, na końcu książki.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Czy FIFNY to poznańskie SMART? została wyłączona
Lektura doniesień prasowych potrafi niekiedy dostarczyć językoznawcy materiału do analizy. Tak było w moim przypadku, gdy natrafiłem na artykuł poświęcony nowej inwestycji deweloperskiej w Poznaniu. Budynek, wzniesiony na wyjątkowo wąskiej działce, został określony przymiotnikiem „fifny”. To z pozoru proste słowo, dla wielu użytkowników języka polskiego niezrozumiałe, stanowi doskonały przyczynek do rozważań nad semantyką, etymologią i współczesną kondycją leksyki regionalnej, w tym wypadku – wielkopolskiej.
FIFNY, czyli…
Przymiotnik „fifny” charakteryzuje się interesującą polisemią, a jego pole semantyczne ogniskuje się wokół pozytywnych cech, które można przypisać zarówno obiektom, jak i osobom. Analiza materiału słownikowego oraz poświadczeń tekstowych pozwala wyróżnić co najmniej trzy główne wektory znaczeniowe:
Estetyka i wygląd: „Fifny” jako synonim słów zgrabny, szykowny, kształtny. W tym ujęciu odnosi się do harmonii i proporcji, jak w przypadku wspomnianego budynku czy „fifnej…” (jak jest DZIEWCZYNA po wielkopolsku?).. To najczęstsze, potoczne rozumienie tego słowa w dzisiejszym Poznaniu.
Intelekt i spryt: Znaczenie bliskie określeniom sprytny, pomysłowy, inteligentny, a nawet chytry (w pozytywnym sensie). „Fifny szczon” (chłopak) to ktoś obrotny, potrafiący sobie radzić w różnych sytuacjach, obdarzony życiową zaradnością.
Sprawność i kompetencje: „Fifny” jako określenie zręczności, biegłości i fachowości. Można być „fifnym” rzemieślnikiem, co implikuje wysokie umiejętności praktyczne i skuteczne działanie.
Korzenie etymologiczne
Genezy przymiotnika „fifny” należy upatrywać, podobnie jak w przypadku wielu innych regionalizmów wielkopolskich, w języku niemieckim. Stanowi on fonetyczną i morfologiczną adaptację niemieckiego słowa „pfiffig”, które oznacza 'sprytny’, 'przebiegły’, 'pomysłowy’. Jest to klasyczny przykład zapożyczenia leksykalnego, będącego następstwem wielowiekowych kontaktów językowych i kulturowych w regionie, historycznie stanowiącym część zaboru pruskiego. Proces adaptacji świadczy o kreatywności użytkowników gwary, którzy nie tylko przejęli obcy leksem, ale również rozszerzyli jego zakres semantyczny na sferę estetyki.
Poświadczenia w materiale gwarowym
W tekstach dialektologicznych i zbiorach gwary poznańskiej odnajdujemy liczne poświadczenia użycia analizowanego przymiotnika, które ilustrują wspomnianą wcześniej wieloznaczność. Warto przytoczyć kilka przykładów ukazujących słowo w jego naturalnym kontekście:
„Wytaśtom przodek zez szafónierki, obłucze fifnom katane z derki” (o zgrabnym, szykownym stroju).
„Galubiński to był fifny szczon. Dziwuszki tak za nim zerkały” (o sprytnym, pociągającym młodzieńcu).
„Jak będziesz fifny, to cie w nauce zatrzymie a nie, to pójdziesz do kowala” (o zręczności i predyspozycjach do nauki).
Przykład przymiotnika „fifny”, przywołany przez współczesny tekst dziennikarski, dowodzi, że regionalizmy nie są jedynie zamkniętym w słownikach reliktem przeszłości. Potrafią one przetrwać w uzusie językowym, stanowiąc żywy element tożsamości lokalnej i wzbogacając ogólną polszczyznę. Badanie takich leksemów pozwala nie tylko na rekonstrukcję historii języka na danym terenie, ale również na obserwację jego dynamiki i zdolności do adaptacji. To właśnie w tych „małych słowach” kryje się często wielka historia.
O słowach chętnie dyskutuję, zapraszam do korespondowania.