Doznałem wniebowzięcia

Barok na Spiszu zaczął się na Orawie

15 sierpnia. Orawka na Orawie nad Czarną Orawą. W modrzewiowym kościele św. Jana Chrzciciela otworzył się tegoroczny cykl Barok na Spiszu. Paradoks, ale to należy do treści tego dnia.

Zaczęło się od konkretu – wyśmienitych orawskich specjałów z rąk lokalnego Koła Gospodyń Wiejskich (jagodzianka, mmm, zestaw ciast na drogę powrotną, wspaniałe). Chwilę później pochłonęło nas piękno architektury. Lucyna Borczuch przeprowadziła nas przez onieśmielający program ikonograficzny XVII-wiecznej świątyni.

Złożony z polichromii teologiczny mikrokosmos, pełen wizerunków węgierskich królów i nieabstrakcyjnych, ale w pełni inkulturowanych na XVII-wieczną Orawę, grzechów przeciwko dziesięciu przykazaniom, uderza spójnością i historycznym ciężarem.

Bo to były Węgry, diecezja ostrzyhomska, a lud małopolskojęzyczny, katolicki, pod władzą panów luterskich, ale cysorz Habsburg poparł budowę świątyni i przysłał dzwon.

O 16:30 w to wielowiekowe wnętrze (chłodne, mimo prawie 30 stopni na zewnątrz) wlała się muzyka i rozbrzmiał śpiew. Koncert Jam jest Pasterz dobry w wykonaniu Scepus Baroque zabrzmiał w składzie: Katarzyna Wiwer (sopran uśmiechnięty charyzmatyczny ;-)), Katarzyna Czubek i Radosław Orawski (flety proste), Maria Korzeniowska (lutnia), Tomasz Sobaniec (instrumenty perkusyjne) oraz Artur Szczerbinin (pozytyw).

Repertuar precyzyjnie poprowadził przez kompozycje Jarzębskiego, Wacława z Szamotuł, Gomółki i Meruli, zgrabnie poprzedzone syntetycznym miniwykładem Katarzyny Wiwer o biblijnych radach dla rządzących.

Jako słuchacz chłonąłem perfekcyjną fuzję instrumentów. Wiem, że dla muzyków to tylko dobrze wykonana robota, ale laik z rzadka obcujący z takim pięknem, czyli ja, był jak Janko Muzykant. Renesansowe flety prowadziły czuły, misterny dialog, któremu lutnia i instrumenty perkusyjne nadawały godny puls. Urokliwe grzechotki i bęben – ten zwłaszcza w głębokich, miarowych uderzeniach – bezbłędnie podkreślały majestat i powagę królowania.

Dwa momenty uderzyły mnie jednak najmocniej. Wydobycie ze staniąteckiego kancjonału melodii Psalmu 30. Zabrzmiał z porywającą dynamiką, życiem i żarliwością.

A podk koniec olśnienie: Ein Pollnischer Dantz z Tabulatury Ammerbacha (1583). Utwór, przyznaję bez bicia, dotąd mi nieznany. A trzeba go w tej interpretacji docenić nade wszystko. Lipski intabulator uchwycił w nim sam rdzeń polskiej duszy. Ten szesnastowieczny nerw i rytmiczna swada wciąż brzmią tu zaskakująco znajomo – rozpoznawalne natychmiast i bezbłędnie po czterech stuleciach.

Festiwal (szczegóły: https://baroknaspiszu.pl/barok-na-spiszu-2026.html) wystartował ze wspaniałym impetem. Muzyka ożyła. Kto może, niech dziś jedzie do Łapsz Wyżnych, spotkać się z Georgiem Philippem Telemannem. Od dziś to już całą gębą i całą mocą strun i płuc: BAROK NA SPISZU!

Dodaj komentarz