Jest książka Gwara sułkowicka, zawierająca współcześnie pisane gwarą wiersze Ryszarda Kozika oraz dawne opracowanie Jana Magiery, podane do druku przez miejscowe regionalistki. Na Facebooku pojawił się reportaż z promocji, stąd wiem. Gratuluję! I chcę kupić.

Świetna wiadomość! W roku 2020 r. gwara miasta Sułkowic wciąż żyje, choć twórczyni publikacji, Urszula Woźnik-Batko, prezeska Towarzystwa Przyjaciół Sułkowic „Kowadło”, nie do końca jest tego pewna:

Czy mieszkańcy Sułkowic posługują się jeszcze dzisiaj gwarą?
Niestety dzisiaj w Sułkowicach gwara na co dzień już praktycznie nie występuje. Co prawda starsi mieszkańcy umieją posługiwać się gwarowym językiem, jednak nie jest to chyba ten sam język, którym posługiwali się ich dziadkowie za młodych lat. Nie ma już tamtych Sułkowic, gdzie przedmiotom codziennego użytku nadawano własne, nasze i nigdzie indziej nie spotykane nazwy. W codziennym życiu stare słowa czasami wplatają się niepostrzeżenie w język codzienny, czasami jeszcze tu i ówdzie w sklepie ktoś kupuje „pączko” i „pomarańcza”, ktoś zrobi coś „najsamprzód”, pójdzie komuś „na wulo”, a na Wigilię gotuje kompot z „susorek”.
Na koniec, proszę powiedzieć coś w gwarze sułkowickiej?
Nasom gwarom sie godało, dzisiok sie ino mówi. Kcieli my w ksiunszce troche o ty gwarze pogodać, zeby nikt o ni nie zabocył. Bo to, co momy dzisiok, to pszecie insky [właśc. inksy — AC] świat.

Dziennik Polski, 19.06.2020, rozm. Maciej Hołuj

Przed ponad stu laty Jan Magiera w Materiałach i Pracach Komisji Językowej Akademii Umiejętności w Krakowie

opublikował swój tekst o gwarze sułkowickiej. Należały do arcyksięcia Rainera, o którym teraz nie tak łatwo coś znaleźć.

Ileż tam ciekawych obserwacji językowych.

Od 200 co najmniej lat w Krakowie, a ściślej — ze Zwierzyńca ku Krakowu idzie, harcując, konik zwierzyniecki. 200 lat temu to opisano w „Pszczółce”, ale rzadszym znaleziskiem jest poetycka impresja sprzed lat stu.

Wiersz o Koniku Zwierzynieckim z Ilustrowanego Kuryera Codziennego, 11.06.1920

Zazwyczaj towarzyszą tatarskiemu jeźdźcowi jacyś arabscy Mongołowie

2011

Zwierzynieccy muzykanci, zwani ponoć mlaskotami

Ale z nutami?!

Harce pod Domem Katolickim zwanym Filharmonią

I na Kraków!

Lecz w 2020 roku pandemia

Nie konik, nie lajkonik, tylko lajk-konik, lajk dla Lajkonika. Muzeum Krakowa ładnie to urządziło.

Tak, tytuł jest chwytliwy, ale nieprecyzyjny. We wpisie nie będzie zmasowanego, bezprzykładnego i bezpodstawnego ataku na Kościół. Wręcz przeciwnie poniekąd. Będą ledwie dwa przykłady, ale mam podstawy, aby pewne błędy — czy wciąż błędy? — wiązać z wypowiedziami hierarchów kościelnych i ich medialnego zaplecza.

Polski imiesłów z –ąc. Polska zasada

Prof. Hanna Jadacka w słowniku poprawnościowym PWN pod red. prof. Andrzeja Markowskiego sformułowała taki warunek:

Równoważnik i zdanie główne powinny mieć wspólny podmiot mianownikowy (wyrażony wprost lub pośrednio, przez właściwy morfem słowa osobowego), wskazujący wykonawcę czynności, o którym mowa w obu częściach zdania złożonego, np. Krzysztof podbiegł do koleżanki, widząc jej ogromne bagaże; Wszedłszy na scenę, aktor wyczuł niezwykłe napięcie widowni; Oglądając program rozrywkowy, rozpoznał wśród wykonawców przyjaciółkę z dzieciństwa; Pomagając ojcu, podziwiał jego dokładność; Obejrzawszy najnowsze modele, zdecydowała się na kupno szykownej garsonki.
Podany warunek spełnia tylko zdanie z orzeczeniem w stronie czynnej; w innych konstrukcjach wskazanie wykonawcy czynności tożsamego z podmiotem, wspólnego dla równoważnika i części nadrzędnej nie jest możliwe. Zdanie: Odezwy zostały rozesłane do domów, wzywając Anglików do oporu ma wprawdzie ten sam podmiot w obu częściach, ale jeden z wykonawców czynności (ten, kto rozesłał odezwy) nie jest znany (wymieniony).

A tymczasem w Kościele…

Oczywiście nie tylko w Kościele i nie tylko w języku Kościoła — jest jednak w wypowiedziach polskich duchownych rzymskokatolickich pewien rys rozmywania podmiotowości, np. asekuranckie liczby mnogie: pochylmy się; trzeba nam się pochylić… A można by (bezosobowo piszę) stawiać sprawę jaśniej: kto ma co robić, kto co i do kogo mówi, kto czego od kogo oczekuje, kto za co odpowiada.

Przykłady

Na początek papież Franciszek, 11 marca 2020 roku. Modlitwa

O Maria,
tu risplendi sempre nel nostro cammino
come segno di salvezza e di speranza.
Noi ci affidiamo a te, Salute dei malati,
che presso la croce sei stata associata al dolore di Gesù,
mantenendo ferma la tua fede.

(https://w2.vatican.va/content/francesco/it/prayers/documents/papa-francesco_preghiere_20200311_madonna-divinoamore.html)

Jezuici.pl przetłumaczyli to samodzielnie i brzmi to sensownie po polsku: zostałaś złączona (…) i zachowałaś. Spór o to, czy współczesną polską formą imienia wzywanej osoby jest Maryja czy Maria nas teraz nie zajmuje:

O Mario,
Ty która jaśniejesz na naszych drogach, jako znak zbawienia i nadziei.
Powierzamy się Tobie, Uzdrowienie Chorych,
Tobie, która pod krzyżem zostałaś złączona z cierpieniem Chrystusa i zachowałaś silną wiarę.

(tłum. prawdopodobnie Henryk Droździel SJ, źródło: https://jezuici.pl/2020/03/biskupi-rzymu-wobec-zagrozenia-koronawirusem/)

Każdy jezuita jest samodzielny, toteż relacjonujący to samo zdarzenie Krzysztof Ołdakowski SJ podał inną wersję niż zacytowana powyżej.

Maryjo, Ty jaśniejesz zawsze na naszej drodze jako znak zbawienia i nadziei. Zawierzamy się Tobie, Uzdrowienie chorych, Tobie, która pod krzyżem towarzyszyłaś cierpieniu Jezusa, zachowując niewzruszoną wiarę

https://www.vaticannews.va/pl/papiez/news/2020-03/dzien-postu-i-modlitwy.html

Ksiądz Ołdakowski użył imiesłowu przysłówkowego współczesnego zachowując, ale czasownik towarzyszyłaś jednoznacznie odnosi się do Maryi, więc nie ma ani niejasności, ani niezgodności z przytoczoną wyżej regułą tożsamości wykonawców czynności.

Oficjalna watykańska polszczyzna, niestety

Uznaję, że język włoski, w którym modlitwa została po raz pierwszy wygłoszona, był tekstem źródłowym, choć zasadniczo językiem „A” papieża Franciszka jest kastylijski (z jakimiś cechami argentyńskimi?) i piemoncki język jego babci.
Niestety, polska wersja oficjalna, opublikowana na stronie internetowej Watykanu i rozpowszechniona przez polskojęzyczne media katolickie oraz powtarzana w parafiach, łączy stronę bierną zostałaś powiązana z imiesłowem przysłówkowym współczesnym trwając i jest to zarazem niepoprawne gramatycznie i niejasne pod względem znaczenia:

O Maryjo,
Ty zawsze jaśniejesz na naszej drodze jako znak zbawienia i nadziei.
Powierzamy się Tobie, Uzdrowienie chorych, która u stóp krzyża zostałaś powiązana z cierpieniem Jezusa, trwając mocno w wierze.

https://w2.vatican.va/content/francesco/pl/prayers/documents/papa-francesco_preghiere_20200311_madonna-divinoamore.html

Zostałaś powiązana — strona bierna, nie znamy wykonawcy czynności (oczywiście można śmiało założyć, że nic bez Boga tu zajść nie mogło) — trwając. Powiązana 1) gdy trwałaś, 2) ponieważ trwałaś, 3) mimo to trwałaś, 4) i trwałaś? Na pewno to zdanie po polsku nie jest jasne. Nie mamy tu do czynienia z archaizmami, bo ksiądz Wujek nie we wszystkim zgadza się ze współczesną normą, ale bełkotliwie raczej nie pisał. Nie można się też zasłaniać tajemniczością tajemnic zbawienia, skoro dało się to wyrazić poprawnie gramatycznie, czego przykładem wyżej przytoczone wersje dwóch jezuitów i wersje obcojęzyczne, chyba że ktoś w nich wynajdzie kontrowersje.

Angielska:

O Mary,
You shine continuously on our journey
as a sign of salvation and hope.
We entrust ourselves to you, Health of the Sick,
who, at the Cross,
united with Jesus’ pain,
keeping your faith firm.

https://w2.vatican.va/content/francesco/en/prayers/documents/papa-francesco_preghiere_20200311_madonna-divinoamore.html

Hiszpańska:

Oh María,
tú resplandeces siempre en nuestro camino
como un signo de salvación y esperanza.
A ti nos encomendamos, Salud de los enfermos,
que al pie de la cruz fuiste asociada al dolor de Jesús,
manteniendo firme tu fe.

https://w2.vatican.va/content/francesco/es/prayers/documents/papa-francesco_preghiere_20200311_madonna-divinoamore.html

Francuska

O Marie,
tu resplendis toujours sur notre chemin
comme signe de salut et d’espérance.
Nous nous confions à toi, Santé des malades,
qui, auprès de la croix, as été associée à la douleur de Jésus,
en maintenant ta foi ferme.

https://w2.vatican.va/content/francesco/fr/prayers/documents/papa-francesco_preghiere_20200311_madonna-divinoamore.html

Niemiecka

O Maria,
du erstrahlst immer auf unserem Weg
als Zeichen des Heils und der Hoffnung.
Wir vertrauen auf dich, Heil der Kranken,
der du unter dem Kreuz mit dem Schmerz Jesu vereint warst
und fest deinen Glauben bewahrt hast.

https://w2.vatican.va/content/francesco/de/prayers/documents/papa-francesco_preghiere_20200311_madonna-divinoamore.html

To się szerzy

Modlitwa papieska czasu powietrza morowego AD 2020 nie jest przykładem jedynym i pierwszym, ale nośnym. Inny problem z imiesłowem przysłówkowym (zakończonym na –ąc) może nam pokazać śmiała paralela przeprowadzona przez biskupa Antoniego Długosza trzy miesiące po papieskiej modlitwie:

Obecnie dwaj przedstawiciele naszej władzy, wybranej przez większość Polaków, uobecniają charyzmat dwóch ewangelistów, piszących słowami i czynami Ewangelię Twojego Syna. Ewangelista Mateusz – premier Morawiecki – pochyla się nad egzystencją naszego narodu, by żyło się lepiej. Z kolei ewangelista Łukasz – profesor Szumowski – jest przedłużeniem czynów Jezusa, troszcząc się o nasze życie i zdrowie.

http://wiez.com.pl/2020/06/13/bluzniercza-kanonizacja-za-zycia/

Franciszkanin Kasper Kaproń wykazuje, że błędu doktrynalnego w tym nie ma, choć znajduje potencjalne bluźnierstwo. Ja gotów jestem dodać, że formalnie nie ma też błędu gramatycznego, ale gdy poskrobać i zapytać, o co chodzi, będziemy mieli problem interpretacyjny. Czy minister Szumowski jest przedłużeniem czynów Jezusa? Już samo to jest dziwaczne, bo człowiek przedłużeniem czynów to figura niezbyt udana. Jakich czynów? Uzdrawiania chorych, jak mniemam, a nie oddania życia za zbawienie ludzkości. I wreszcie imiesłów troszcząc się. Problem z imiesłowem rozpoznajemy wtedy, kiedy chcemy strawestować skracający imiesłów na zdanie, które zostało zastąpione przez imiesłowowy równoważnik. Jest przedłużeniem czynów, bo się troszczy (zdanie okolicznikowe przyczyny) czy gdy się troszczy (zdanie okolicznikowe czasu)?

Słusznie więc napisała prof. Jadacka:

Niezależnie od popularności równoważników imiesłowowych, szczególnie z imiesłowem na -ąc, należy pamiętać, że są one wprawdzie strukturami ekonomicznymi, ale bardzo trudnymi i mało precyzyjnymi.

Być może wszystkiemu winien jest brak wersji łacińskiej… Głębia przyzywa głębię, a płycizna spłyca.

Może kupię wersję papierową, skoro mnie odmrozili i codziennie teraz wychodzę z domu. Artykuł z pewnością ciekawy, choć tytuł niegramatyczny, a może i mylący, bo może sugerować, że kaszubszczyzna wywodzi się od języków Bałtów (współczesne litewski, łotewski, dawny pruski). Może jednak nie będę brnął w potępianie nieznanych mi wywodów z nieprzeczytanego artykułu.

Niegramatyczny zaś dlatego — to będę kontynuował, bo nagłówek prasowy jest tekstem skończonym, choć osadzonym w kontekście, a ponadto jest ciekawe w szerszym ujęciu, które zamyka się w częstym pytaniu: czy i jak odmieniać elementy z jednego systemu językowego osadzane w tekście polskim  — że kaszëbskô to mianownik. W bierniku: od… po (co?) kaszubską mowę mogłoby być w pełni po kaszubsku: kaszëbską mòwã, wtedy jednak po polsku byłoby mniej zrozumiale. Duże K nie jest zgodne ze współczesną ortografią polską ani kaszubską.

Zapowiada się więc jak zwykle — jakie to ciekawe, państwo w Warszawie zapewne nie słyszeli, że nad morzem żyli, a może i żyją tubylcy, autochtoni, miejscowi, lokalsi zupełnie różni od Państwa, Polaków kontynentalnych, Polskę kochający i za nią oddający życie, którym jednak trzeba przypominać, że są, byli i mają być Polakami (pomijamy separatystów kaszubskich, żeby mimo obiektywizmu naszego opisu nie nagłaśniać szkodliwej propagandy będącej wodą na młyn wiadomych kół z Kopenhagi), bo uparli się, że można należeć do polskiego narodu i mówić oraz pisać innym językiem, bardzo egzotycznym, którego Państwo, Polacy kontynentalni w ogóle nie zrozumieją, ale zasadniczo nie powinien być odrębnym językiem, bo jest bardzo podobny w wielu aspektach do polszczyzny, a wymyślili go inteligenci i sztucznie animują działacze kulturalni.

Tak, kupię. Obym się zawiódł i przeczytał coś mniej przewidywalnego. W końcu podobno polską świadomość przeorał film Kamerdyner, chociaż on chyba był o Niemcach.

Czytamy poezję. A tam duchowieństwo i hazard, hazard to pieniądze (po staropolsku i po góralsku dudki), przy hazardzie mordobicie, to wszystko oczywiście połączone (jakoś) z językową analizą tekstu brzmiącego i drukowanego.

Inne słowa kluczowe to mazurzenie, hiperpoprawność, korekta tekstu.

Są frazeologizmy, które nie zdążyły trafić do słowników, bo najpierw ktoś uznał być może, że to zbyt nowe, ponadto zbyt żargonowe, do tego jeszcze nazywające niesłuszną praktykę, a partia i cenzura decydowały o rzeczywistości, więc i o jej odbiciu w słownikach. W każdym razie w żadnym słowniku tego nie znalazłem. Czasem uda się złowić jednostkę frazeologiczną zupełnie przypadkiem, jak we wspomnieniach towarzysza Albina Siwaka, na które wpadłem, jak widać po tytule materiału filmowego, gdy dociekałem, skąd się wzięła w polszczyźnie publicystycznej gotowana żaba. Nie ma obowiązku słuchania tych wynurzeń, najważniejszy element cytuję pod filmem:

ludzie pracy mieli krzywdę płacową systemy płacowe w Polsce były… być może młode pokolenie na dzień dzisiejszy nawet pojęcia nie ma, co to był długi ołówek, co to było „czy się robi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Jeżeli ja jako brygadzista chciałem, żeby zarobili dniówkę dwaj moi cieśle, jak stawiałem powiedzmy parkan, ogrodzić budowę, to ja im musiałem pisać 2, 3 kilometry, że oni zrobili dziennie tego parkanu, a oni nawet przejść tam i z powrotem by nie przeszli a ja to musiałem pisać (jako przykład podaję naciągania, żeby im wyszła dniówka) – ale to w każdej materii, w każdej branży…

Socjalistyczna kreatywna księgowość — oto źródło, oto inspiracja. Faktycznie, dokumentacja frazeologizmu długi ołówek jest zbyt bogata, by uznać tę jednostkę za okazjonalizm i efemerydę. Chyba jednak przestało się jej używać jeszcze w czasie prób zwalczania absurdów wprowadzonych przez twórców i nadzorców tego systemu, to jest mniej więcej na początku lat 70., wraz ze zmianą ekipy rządzącej i epoką nowej kreatywności rozsadzającej siermiężne gomułkowskie horyzonty planowania oraz boomem inwestycyjnym.

Rodzime czy zapożyczone?

Nie odnalazłem dowodów na kuszącą hipotezę, że mógłby to być rusycyzm, pożyczka frazeologiczna przybyła na sowieckich tankach wraz z politrukami i metodami socjalistycznej gospodarki planowej (rosyjskie połączenia ze słowem карандаш  — karandasz ‘ołówek’ — mają tylko dosłowne znaczenia). Proszę o wszelkie ślady długiego ołówka we wspomnieniach.

Wyczesane rozmowy w Radiu Kraków, 28 maja 2020 r.

Opowiadałem o swych poszukiwaniach redaktorowi Pawłowi Sołtysikowi w Wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków. Zapraszam do posłuchania.

Zgadzam się, że zaczarowany ołówek lepszy był od długiego, który zamierzano obcinać.

Trzeba chwytać frazeologię na gorąco, bo za lat kilkadziesiąt ktoś będzie mozolnie dociekał, co to był np. ostry cień mgłynowa normalnośćodmrażanie gospodarki i inne oczywiste i częste w języku mówionym i pisanym połączenia wyrazowe.

 

Wykreowana Wisła, dziwiąca polskojęzycznych Polaków fara, brzmi nieźle: 

– A na farze? – resztki nadziei wzbierają w głosie matki. – A może na farze jest jakaś klepsydra?
– Nie, nie ma żadnej klepsydry na farze. Nikt nie umarł – mówię z rosnącym poczuciem winy i schodzę do siebie. 

Dziś te zdania warzą uśmiech wyższości intelektu nad przyziemnością. Czy w mieście Wiśle na farze wisi dziś klepsydra? Na stronie miasta tak, ale czy na farze — nie wiem i nie mam kogo spytać. Za to biskup Jerzy Samiec napisał: 

Luter dla (post)katolickich odbiorców, uciekinier ze świata porządku, porządności i góralskich demonów wprawiających w rozedrganie mieszkających w niedogrzanych chałupach śląskich ewangelików augsburskiego wyznania, stanowczych chrześcijan i innych, o których istnieniu bez Pilcha nic byśmy nie wiedzieli, a w gruncie rzeczy i tak nic nie wiemy.
Po śmierci redaktora Pszona napisał autor Tez o głupocie, piciu i umieraniu: 

Bo w ogóle: jest strasznie. Choćby się nie wiem jak chętnie wierzyło w ciał zmartwychwstanie, życie jest straszne, a świat przeraźliwy. Przeraźliwy i coraz bardziej pusty. 

„Jest bardzo niedobrze. Z tysiąca powodów jest bardzo niedobrze” — i jak tu nie myśleć cytatami z Pilcha, choć tak wielu się już nie pamięta, a jeszcze innych wcale nie zapamiętało. Luteranie.pl przypomnieli na Facebooku rozmowę pisarza z ks. Łukaszem Ostruszką. W tej konfirmacyjnej Biblii laureat nagrody im. ks. Leopolda Otto szukał psalmu, który nazwał swoim, trzydziestego piątego. Jego początek w wersji nieuwspółcześnionej wprost z Biblii gdańskiej (1632): 

Rozpieraj się Panie z tymi, ktorzy się ze mną spierają, a walcz przeciwko tym, ktorzy walczą przeciwko mnie. Porwij puklerz i tarczą, a powstań na ratunek moj. Dobądź włocznie, a staw się na drodze przeciwko tym, ktorzy mię prześladują. Rzeczże duszy mojej: Jam jest zbawieniem twojim. Niech będą pohańbieni a i zawstydzeni, ktorzy szukają dusze mojej; niech tył podadzą i niech będą zastydzeni, ktorzy mi źle myślą. Niech będą jako plewy przed wiatrem: a Anjoł Pański niechaj je rozproszy. Niech będzie droga ich ciemna i śliska, a Anjoł Pański niech je goni. Abowiem bez przyczyny zastawili na mię w dole sieci swoje, i bez przyczyny ukopali doł duszy mojej. Niechaj na nie przydzie spustoszenie, ktorego się nie spodziewali, a sieć ich ktorą zastawili, niech je ułowi na zginienie (…) 

_____________________________________

Kanon kultury, chociaż jakby wbrew.

Nowa normalność to pojęcie nowe i nietypowe, więc nie ma wiele wspólnego z normą i normalnością. Taki zabieg językowy obnaża i nowość, i nienormalność sytuacji z „odmrażaną” gospodarką. Odmrażaną po zimie, podczas której nie było niemal wcale śniegu (chyba że w górach), mrozu zresztą też. Raczej odmrażaną po tym, jak najpierw nas, a potem gospodarkę zmroziły wieści i doświadczenia pandemiczne. To właśnie coś do niedawna normalnego w zupełnie odmiennej sytuacji wygląda dziwnie. Powrót do pracy, jazda komunikacją miejską, szczególnie dla tych, którzy „pracowali z domu” — następne sformułowanie, może nie całkiem nowe, ale bardzo wiosną roku 2020 upowszechnione.

Albo premiera polskiego filmu w 1940 r.

Nienormalne jest coś zupełnie zwykłego, gdy się dokonuje w zupełnie zmienionych warunkach. Na przykład premiera polskiego filmu w kinie po świętach Bożego Narodzenia roku 1940.

Piszą w Wikipedii, że nie zachowała się żadna kopia tego filmu z 1939 roku, dokończonego już po zajęciu Polski przez okupantów. W bazie Film polski podają jako datę premiery 31 grudnia 1940, co w świetle tego ogłoszenia z „Gońca Krakowskiego” może nie być prawdą. Obsada była przednia: Lena Żelichowska — Kamila; Karin Tiche — Sabina; Ludwik Sempoliński — stryj Władzia; Michał Znicz — Mazurkiewicz — adwokat z Radomia; Zbigniew Rakowiecki — Władzio Mącki; Mieczysława Ćwiklińska — matka Sabiny; Janina Sokołowska — matka Władzia Mąckiego; Stanisław Grolicki — Grzegorz, lokaj Mąckich. Wątpię, by ktoś wysyłał tantiemy emigrantce Żelichowskiej albo mieszkańcowi warszawskiego getta Zniczowi. Nie szukałem danych o frekwencji lub postulowaniu bojkotu.

Żołnierz królowej Madagaskaru

Fototeka Filmoteki Narodowej

Ciekawostka!

Jedyna (?) kopia filmu przetrwała wojnę i przejście frontu, lecz „uległa zniszczeniu pod koniec lat 40-tych” (baza filmweb.pl). Jerzy Zarzycki nakręcił Żołnierza królowej Madagaskaru jeszcze raz, w 1958 r.

Podsumowując: niczego nie ma normalnego w nowych normalnościach bez względu na solenność zapewnień lub demonstrowany spokój. A kina Wanda szkoda.

https://medium.com/psychology-secrets-for-marketing/the-boiling-frog-4ef1d66c9b35

O tej nowej pożyczce frazeologicznej i mentalnej rozmawiałem w Wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków z Panią Redaktor Anną Piekarczyk. Zapraszam do posłuchania.

Myśl na koniec urwało, a dotyczyła tego, że na szczęście eksperymentów na zwierzętach coraz mniej, nawet szlaki migracji żab staramy się chronić odpowiednimi znakami drogowymi.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Co chwilę teraz słyszymy, że ktoś czuje się jak gotowana żaba albo co gorsza ktoś nie widzi, że jest z nim jak z żabą we wrzątku (choć po prawdzie nie we wrzątku właśnie, ale w znakomitej temperaturze, jak w Szarm el-Szejk, a nie w Międzyzdrojach, Dąbkach czy Stegnie).
Jest to nośna metafora polityczna, społeczna, psychologiczna, antyprzemocowa, motywacyjna, marketingowa… Bardziej metafora (lub jeszcze porównanie) niż prawdziwy, nawet popularny opis eksperymentu. Nie ma się co dziwić, odkąd wiemy, że i Malinowski inaczej na Trobriandach mieszkał, niż opowiadano o tym z bezkrytycznym zachwytem uczonym krytycyzmu studentom antropologii, i Zimbardo w szczegółach inny niż w micie.
O syndromie gotowanej żaby mówił już parę lat temu towarzysz Albin Siwak (w antysemickim sosie) i (też) nonkonformistyczny, ale biegunowo bardziej finezyjny stylistycznie od Siwaka Jan Klata:

Brzmi banalnie – ale wcale takie nie jest. Gotowanie żaby wymaga paradoksalnego kunsztu, cierpliwości, utrzymywania tzw. poker face, nie wolno mrugnąć powieką na kamiennej twarzy, nie można zmącić rosołu. Jeśli w jakimś niepożądanym okamgnieniu żaba wyczuje, co ją czeka, zacznie wrzeszczeć, a przedśmiertne skrzeczenie przeszkadza w stanowieniu nowych praw, osadzaniu nowych elit na wszystkich możliwych stolcach, przeszkadza w pospólnej społecznej drzemce. Niech więc rączka nie drgnie, gdy delikatniutko zwiększamy temperaturkę. Zwiększamy, z wyrozumiałym uśmiechem, machnięciem drugiej ręki oddalając zarzuty, absurdalne całkowicie, oszczercze, wręcz śmieszne, totalnie niesprawiedliwie histeryczne. Ani mru-mru, cha, cha, cha, a drugą kończyną przekręcamy pokrętło.

Stopniowo, nie bez narastającej równolegle satysfakcji, obserwujemy reakcję żaby w kolejnych stadiach klimatycznych. Najpierw żaba zadowolona – jest jej jakby cieplej na duszy. Później żaba sobą zachwycona – czuje, że wstała z kolan. Następnie żaba czuje, że całe życie zasługiwała na jacuzzi, więc nierychliwie, ale nareszcie sprawiedliwie spełniają się oczekiwania. Podnosimy zatem jeszcze temperaturkę wody, aby żaba uświadomiła sobie, że przecież jest jak na Islandii, że gorące źródła pełnią funkcję nie tyle nawet odprężającą, co wręcz leczniczą. Czas skończyć z zimną pedagogiką wstydu, żaba zasługuje na najwyższą temperaturę wody. Nie wiadomo, czy żaba przed ugotowaniem zda sobie sprawę, że jest już po herbacie, być może tak, być może nie – wtedy i tak będzie za późno, a wszyscy obserwatorzy uznają, że chcącemu nie dzieje się krzywda. Przecież od początku było widać, o co chodzi, nieubłaganie. (Tygodnik Powszechny, 22.12.2017)

Musiałem o tym opowiedzieć w tym tygodniu, bo opowieści o żabopoczuciu mnożą się i plenią jak kijanki w bajorze. A to ktoś opuszcza jakąś partię, a to rozgłośnię radiową, ten z synekur rezygnuje, ów do niezłomności z bezpiecznej odległości nawołuje. A wszyscy barwnie opowiadają o eksperymencie naukowym z żabą jako obiektem albo bohaterką. Snują paralele w poetyce Ezopowych fabuł, po części nawet ezopową mową. Niewielu sprawdza, że ta żaba, dieser Frosch w eksperymencie urodzonego w Poznaniu, więc metodycznego uczonego Friedricha Leopolda Goltza (1834–1902), podobno opisanym w monografii Beiträge zur Lehre von den Functionen der Nervencentren des Frosches (1869) pozbawiona była mózgu.