Jakie śmieszne?! Niekonieczne, bo język polski sam w sobie dziwniejszy, niżbyśmy skłonni byli przypuszczać. A tu autor Kapliński Leon (1826—1873), miłośnik Krasińskiego, więc pewnie konserwatysta, choć może i szatanista jaki, pisał:

https://books.google.pl/books?id=0w1AAQAAMAAJ&dq=wrogini&hl=pl&pg=PA17#v=onepage&q=wrogini&f=false

Leon Kapliński (1826–1873) – artysta malarz, pisarz, działacz polityczny. Brał udział w przygotowaniach do powstania 1846, na skutek ujawnienia spisku zmuszony był udać się na emigrację. W Paryżu rozpoczął naukę malowania u Ary Scheffera, następnie kontynuował ją w pracowni Josepha Nicolasa Roberta Fleury’ego. Od początku kariery artystycznej skupiał się na wątkach narodowych (cykle ilustrujące Marię Antoniego Malczewskiego, Pana Tadeusza Mickiewicza, Przedświt Krasińskiego). Zasłynął także jako portrecista członków rodzin arystokratycznych i znanych postaci polskiego życia kulturalnego i politycznego na emigracji (m.in. portret ołówkowy Krasińskiego, trzy portrety Adama Jerzego Czartoryskiego). Kapliński jest autorem powieści Nad Wisłą (1859), a także wierszy o treści religijnej i patriotycznej (zbiory Zorza wieczności, 1860 i Bądź co bądź, 1862). Zob. W. Kalinowska, Kapliński Leon, w: Polski Słownik Biograficzny, t. 11, Wrocław–Warszawa–Krakow 1964–1965, s. 635–637; Ł. Krzywka, Sztukmistrz polski Leon Kapliński (1826–1873), Wrocław 1994, passim (tu m.in. informacje o malarstwie portretowym artysty oraz o jego związkach z fotografią). [Bordzoł, http://rcin.org.pl/Content/69611/WA248_81384_P-I-1269_bordzol_o.pdf]

Bo w żartach to może formą żeńską od wróg mogłaby być wróżka, ale jednak tu żartów nie ma.

Zwróciłem niedawno uwagę, że rzeczownik planeta, nie on jeden, w ciągu minionego stulecia zmienił rodzaj gramatyczny. Był męski — ten planeta, jest żeński — ta planeta. Nie bardzo wiadomo, jak takie procesy zachodzą, czy oddziałuje przymus rozpowszechniany przez media czy zwyczaj rozpowszechniany przez liczniejsze od starego młodsze pokolenia.

Goszczący w Krakowie prof. Josef Bartoň zwrócił uwagę, że takie zmiany zachodziły też i dawniej, także między językami, które były w kontakcie, elitom rzymskim znane:

dobra analogia: gr. margarités (masc.) > łac. margarita (fem.) „perła” (Już jutro jest Małgorzaty!)

Mnie to przypomina dwie sprawy. Że jeszcze do niedawna polskim gwarowym zdrobnieniem było Margośka — czyli zachowywało się pierwotne r z Margarity. Takie imię nosi np. bohaterka Komorników Władysława Orkana, co zmienił sobie nazwisko, bo mu się ojcowe nie podobało. Ale myliłby się ten, kto by wierzył analizie literackiej z roku 1953: „Powieść Orkana jest jednym wielkim aktem oskarżenia przeciwko ustrojowi kapitalistycznemu”.

Druga — że pismo jest wtórne w stosunku do wymowy i trudne. Gdzieś koło Nowego Wiśnicza, a może już w Królówce, stoi pięknie odnowiona kapliczka. Zachowano zapis imienia Świętej, dzierżącej identyfikujący ją krzyż, którym jak włócznią dźga smoka — Małgożata.

Błąd? Błąd. No i co z tego? Błąd sprzed wieku jest godnym pieczołowitych zabiegów pomnikiem przeszłości.

Cel: zbierać i opisywać gwarę, zapisać życie i kulturę mieszkańców gminy Krzeszowice (i okolic) przed odejściem w niebyt. Nie opis egzotycznego ludu przez „panów”, ale działanie oddolne, z pomocą ciekawego lokalnych słów uczonego.

Mówiliśmy, że ducka to nie po prostu ‘koszyk’. Trzeba spróbować opisać, czym się różni od zwykłego koszyka. Albo wyciągnąć z szopy na światło dzienne i zrobić zdjęcie. Otrzepać z kurzu i pokazać, jak się nosiło duckę na plecach.

Tabelka do pobrania i uzupełniania.
Zachęcam do przysyłania materiałów gwarowych: godkakrzeszowice@gmail.com

Relacja zdjęciowa na Facebooku

Praca domowa

Z czasopisma Prace Filologiczne sprzed 120 lat wyciąłem słowniczek (można go ściągnąć) ze słówkami zanotowanymi przez pana W. Prackiego. Czy jego opisy znaczeń są poprawne? Czy w Waszej miejscowości dane słowa były znane? Wszelkie potwierdzenia, zaprzeczenia i komentarze mile widziane.

Fragment słownika W. Prackiego

W. Pracki 1895, Przyczynek do słownictwa ludowego okolic Krakowa

Skróty nazw miejscowości

B = Bachowice               Li = Libiąż

Ba = Baczyn                  M = Mników

Ch = Chełmek                Mor = Morawica

Cz = Czerna                   Mł = Młoszowa

Ć = Ciężkowice              My = Myślachowice

D = Dubie                      N = Nielepice

Fi = Filipowice               Re = Regulice

g = wyraz górniczy         Ru = Rudno

Jaw = Jaworzno              T = Tenczynek

Krz = Krzeszowice         Trz = Trzebinia

L = Luszowice               Zl = Zalas

Ambus, żelazo rozpalone, które szewcy kładą w wosk czarny i tym buty pocierają. Krz.

babka, garnek. ,,Zwący jak rozbita babka“. Ba.

bagniac, świnie bagno (ledum palustre. L.). Jaw.

bajakowaty, gruby. „Dąb bajakowaty ścieni”. N.

bałuszyć; przeszkadzać, mruczeć. „Dziecka bałuszą“. T.

barańcuch, trzmielina. Ba.

bląk, zagięcie. „Hań na tym błąku rzeki“. M.

błona, galerka w szybach, na której górnicy odpoczywają, g. Jaw.

bobownik, glon przy źródłach. Krz. bondziorka, kaftan tandetny. Ru.

braci, brat. 2 pp. braeiego. Dałem braciemu ziemniaków. M,

brzym, modrzew. Balin.

bukowiec, borówka (czarne jagody). B.

byłek, miejsce głębsze w wodnie, doiek. Ba. „Na byłku zlanazłem pstrąga“.

bzdycyć, gniewać, grymasić. „Cegoj sie panna bzdycy?“ Krz.

carga, klepka u koła wodnego. Krz.

cieciora, roślina (coronilla varia L.). Ba.

cieluch, byk. Ru.

ciemko, ciemno.

cieplica, źródło z ciepłą wodą. Krz.

cioska, mała siekierka. Ba.

ciracz, kij przy żarnach. M.

ciućmok, smoluch, brudas. B. „Wzionem takiego ciućmoka“.

ciuremka, czeremcha. Krz.

cuchać, rwać, skubać, drapać, „Pocuchał mie za łeb“. Ru.

cudzić, trzeć, wycierać. Ru. „Leleń cudzi rogi o świerka“

cułka, onuczka. Krz.

cupkać, szturchać, popychać. Krz.

cyrzyć telegrafować, dawać sygnał drugiej stacji. B. „Cekam cekam, az ton pan zacon cyrzyć*4.

cywić, gnić, „Nasienie tak wycywiało“. Krz.

czichý, wołanie na konie w lewo. Krz.

czyrliwy, robaczywy. Krz.

ćmokiem, pociemku. „Ćmokiem posed do łasa“, B.

ćwikła, cwikla, część koszuli pod pachami. L.

dłużyca, drzewo długie (langholz). Krz.

duclák, gołąb mniejszy (columba oenas.) Krz.

dwoiścina, drzewo rosohate, dwukonarowe. Krz.

dziedzic, drzewo nasienne. Nasiennik. „Pozostawili po lesie ino same dziedzice.“ M.

dzięgwa, buła, narost. ,,Hańta sosna miała dzięgwe”. Krz.

dziubrys, łotr, gałgan. „Ty dziubrysie, grylu!” Krz.

dziurawiec, dziewczyna „Ma ta Pán Bóg u mie śtyry dziurawce i dwa ogóny“ (krowy). B.

fucha, potrawa z wody i mąki. Krz.

gadówka, gadówa, grzyb niejadalny. B.

gaj, drzewo. „Na gaja wlaze. Cosik śeeno gaja. Sedem gajamy, aze leśny wyleci“. B.

garusy napój z owoców. Krz.

garuz, kupy gałęzi, śmiecia. Krz.

gawiedź, bydło, drób. B.

gąza, u wozu na luszniach żelazka, łączące kłonice. Krz.

gizd, 1) nieporządek, np. gałęzie, wióry, bezładnie rozrzucone. „Narobił gizdu takiego!“ Krz. 2) brudas, brzydal.,, Moje małe gizdy szły sie kąpać.” M.

gnatt zdr. gnatek, pniak, klocek. Krz.

gobić nagobić, giąć. „Ónego trudno nagobić“. B.

gorko, gorąco. My.

gość, choroba u dzieci. Ch.

graniatka, butelka czworograniasta. Krz.

grępa, błoto na łące, bagno. Mor.

grubelák, człowiek gruby, nieokrzesany. Mor. ,,A cy ja chce ta­kiego grubeláka“.

gruch, hałas. „Psy zrobiły gruch na polu“. Ba.

gryl, nazwa pogardliwa mieszczan. Krz.

gudziu! wołanie na świnie. Po.

guzy. kusy, obdarty. „Wcora byłaś, jak kwiat róży, dziś wyglądás jak pies guzy“. (Z pieśni weselnej). Mor.

Kocham Ministerstwo Kultury i kawałek Ministerstwa Nauki, a zwłaszcza ten nie znane mi z nazwy ani z autopsji departamenty i jednostki, które łożyły środki, szkoliły i zachęcały biblioteki i bibliotekarzy do digitalizowania zbiorów.

Zdaje się, że polskie zasoby biblioteczne są bardziej dostępne i bezpieczniejsze fizycznie dzięki upowszechnieniu w Internecie. To gorzka lekcja wyciągnięta z losów naszych bibliotek i archiwów przez stulecia wojen z apogeum zbrodni i pożogi w latach 1939–1945.

Ale mimo że nie powinno się darowanemu koniowi w zęby zaglądać, a zwłaszcza o niekorzystnych wynikach zaglądnięcia rozpowiadać, odważę się i zapytam. A nuż się dowiem, dlaczego jest tak, jak jest i strapienie moje zmniejszy się lub remedium jakieś się znajdzie.

Chodzi mi o jakość materiałów digitalizowanych. Zapewne różni się ona z powodów oczywistych, to jest rozwoju techniki skanowania i opracowywania skanów. W przypadku druków można pewne niedogodności zniwelować powiększeniem. W przypadku rękopisów bywa, że obraz przetworzony na plik .djVu mimo np. 400% powiększenia jest trwale nieczytelny. Wygląda tak, jakby jakiś filtr usuwał część tekstu, a inną wyjaskrawiał. Oto jeden z milionów przykładów.

http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/docmetadata?id=396232&from=publication, powiększenie 400%

Co robić? Czy da się temu zaradzić jakimś algorytmem? Ponownym rozpoznaniem skanów, bez szarpania dzieł, bez ponownego kładzenia ich na skaner?

Dziś Rozmowy wyczesane w Radiu Kraków o motylach w brzuchu. Czy trzepocą one tylko w kobiecych wnętrzach (i wnętrznościach)? Czy łączą się z tylko z flirtem, zakochaniem, impulsem, fascynacją erotyczną? A może ktoś tak mówił o strachu, przerażeniu i towarzyszących im somatycznych objawach? Proszę posłuchać.

Artur Czesak z Wiolettą Gawlik o motylach w brzuchu

Powiedziałem, co wiedziałem. Byłbym bardzo wdzięczny za wszelkiego rodzaju komentarze — od kiedy Państwo znają to wyrażenie, co oznacza, czy używają tego także mężczyźni, mówiąc o swych emocjach (proszę, jaki jestem nowoczesny, że zakładam istnienie uczuć męskich i mówienie o nich), wersje obcojęzyczne…

https://giphy.com/gifs/artists-on-tumblr-99s58SGtbg0F2/links

Jest kompromitujące, ale też po prostu zdradzające pośpiech w pracy nad tekstami, gdy jakieś komentarze, dialogi redakcyjno-korektorskie itp. przedostaną się do wersji ostatecznej publikacji.

Dziś na Twitterze Filip Lachert opublikował rzecz następującą:

Gdy zdarza się to bardzo rzadko, śmieszy.
Źle jest, gdy korekt miało być dwie, ale zleceniodawca „zapomniał”, sam nie sprawdził wersji ostatecznej ani nie przekazał temu profesjonalistom. Bywa, znam z doświadczenia.

Budujący morał, czyli „obrok duchowny”: takie uchybienie świadczy, że ktoś nad tekstem przed jego opublikowaniem myślał i pracował, choć coś poszło nie tak i proces nie został dokończony. Znacznie gorsze są książki i artykuły wrzucone do publikacji zupełnie bez korekty, bo ktoś pomylił pliki (tak bywa), bo ktoś uznał, że to zbędne rzeczy (hańba).

To samo mniej więcej znajduje się tutaj.

W „Dzienniku Górno-Ślązkim” z 18 października 1848 r., na pewno Państwo widzieli, znajduje się „Śpiew Krakusów”. Tekst ten posłuży nam przez chwilę do podjęcia refleksji nad tym, w jaki sposób z tekstu uznawanego za ludowy można wyciągać jakieś informacje o mowie ludu.
Najpierw trzeba by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w istocie jest to tekst ludowy czy tylko na ludowość stylizowany, to jest napisany polszczyzną literacką, jedynie zawierającą pewne elementy kojarzone z mową ludu.
W tym tu śpiewie zwróćmy uwagę na pierwszą osobę liczby mnogiej. Występuje ona w trzech wariantach, z końcówkami –wa, –my i –m.

Najciekawsza jest –wa: bierzwa, krzyknijwa, albośwa. Badania terenowe Karola Dejny i jego współpracowników zaświadczyły istnienie końcówki –wa w znaczeniu albo archaicznym, dualnym (gdy mowa o dwóch ludziach, jeden z nich mówi np.: idziewa), albo już pluralnym. To punkt związany z tradycją kościuszkowską, bo do niej można było nawiązywać w połowie wieku XIX: 765 – Błogocice. Co ciekawe, w nieodległej Sułoszowej (764) jakoby można się spodziewać obok –my także –ma.

Karol Dejna, Atlas gwar polskich. Sektor VII (kielecki), Łódź 1994, mapa 151.

Obok niej wystąpiło w tekście –m. Na polskim obszarze dialektalnym raczej północne. Dzięki choćby Mazurkowi Dąbrowskiego, a w XX wieku Rocie stało się jednym z „sygnalizatorów” stylistycznej podniosłości: przejdziem, będziem Polakamy, nie rzucim. Czasem jednak z tekstach poetyckich może być wymiennie używane z najczęstszą końcówką –my, a decydują o ich użyciu niekiedy prozaiczne sprawy (to złe słowo, gdy mowa o poezji), jak rytm i liczba sylab w wersie. Stąd oczywiste mamy (ten czasownik chyba nie ma wersji krótkiej) i odniesiemy w sąsiedztwie jedziem. Czy dowiemy się z tego publikowanego w Bytomiu tekstu czegoś o mowie Krakusów? Na pewno tego, że mazurzą: zelazem, mamyz, ze, wsak, usyjcie, cyste. Sam tekst jest jednak zapewne pisany nie przez lud, ale dla ludu, stąd to pomieszanie.

W analizie zarówno gwary, jak i tekstów tradycyjnie uznawanych za ludowe konieczne jest pogłębienie spojrzenia, a także ostrożność w wyciąganiu wniosków.

Są sławni youtuberzy — zapytajcie znajomych jedenastolatków! — którzy mają bardzo liczne audytorium. Oto reZigiusz, jeden z tych sławnych ludzi, prezentuje śląskojęzycznego Facebooka, własne poglądy na język i jego używanie. Wszystko w lekkiej, nader lekkiej atmosferze.

Przełamuje wstyd czy utrwala stereotypy? Na pewno nie można tego fenomenu przemilczeć. Wcale też nie sądzę, że należy go gromko potępiać, ale oczywiście nie jestem osobą, która ma komukolwiek dyktować, co należy. Ale śmieszne. „Ogólnie zajebista opcja (…) Mega polecōm”.
Luz, wulgaryzmy polskie, sława i fejm. A po śląsku, w pierwszej części, jak w tytule.

https://youtu.be/6yA3YSKltJ4

Jedno, co o influencerach powiedzieć można: mają wpływ, skoro ludzie wyświetlają ich performanse.

Trzydzieści pięć lat po wybuchu powstania styczniowego zmarł nagle ojciec dialektologii polskiej, Lucjan Malinowski. We wspomnieniu pośmiertnym Hieronim Łopaciński pisał o dzieciństwie i merytorycznych kwestiach, które studiował, wspominając zarazem zapomnianych dziś uczonych z ówczesnej warszawskiej Szkoły Głównej, wcielającej w warunkach ówczesnej liberalizacji (?) z margrabią Wielopolskim w tle ideę odrodzenia i kontynuacji tradycji Uniwersytetu Warszawskiego:

(…) wstąpił (…) w następnym (1862), jako dojrzały już młodzieniec, liczący wtedy 23 lata — do świeżo otwartej szkoły Głównej, gdzie studyował filologię słowiańską. Słuchał tu wykładów przewcześnie z wielką szkodą dla nauki słowiańskiej zgasłego uczonego Czeskiego, Franciszka Bolemira Kwieta

Józef Przyborowski

który w ciągu krótkiego, bo zaledwie półtora-rocznego pobytu w Warszawie, umiał sobie zjednać wielką miłość u uczniów i wywrzeć wpływ na kierunek ich naukowy, i ś. p . Józefa Przyborowskiego, zmarłego przed dwoma niespełna laty; ściśle naukowa działalność tego ostatniego profesora, jak wiadomo, wydała owoc bardzo obfity, gdyż z liczby kilku najwybitniejszych językoznawców polskich, trzech było uczniami Przyborowskiego.

Józef Przyborowski

(…) Współcześnie ze ś. p . Lucyanem studyowali filologię prof. Baudonin de Courtenay, A. A. Kryński, Br. Grabowski i inni, którzy następnie zdobyli imię poważnych uczonych i literatów.

Autor pośmiertnego wspomnienia ostro się odnosi do ówczesnego patriotycznego fermentu, który zaowocował powstaniem i licznymi stratami osobowymi, majątkowymi, prestiżowymi.

Gdy ś. p. Malinowski uczęszczał do Szkoły Głównej, były to czasy burzliwe. Gorliwie i poważnie zajmując się nauką, patrzył krytycznie i rozważnie na otaczające go stosunki, a widząc dobro ogółu w pracy spokojnej, nie przejmował się prądami ówczesnemi, jak zresztą większość jego kolegów: odradzał nawet, odwodził od zgubnych zamiarów swych bliższych kolegów i przyjaciół.

Kolaborant? Łatwo mówić po półtorawiecznej przerwie. „Zgubne zamiary” — wtedy było zupełnie naturalne, dziś, gdyśmy uznali (?) już po roku 1918, że dobrze, iż walczono, brzmią dziwnie, ale może dlatego dają do myślenia. Gdyby bowiem Malinowski studiów nie odbył i zakończył żywot w jakiej potyczce z Moskalami, nie mielibyśmy pojęcia o ówczesnej mowie górnośląskiej, którą opisał w swej nowoczesnej wówczas, a i do dziś wartej szczegółowego wyzyskiwania monografii Ueber die Oppelnsche mundart (1873).

To nie ze złośliwości To obserwacja, że pojawiają się słowa, których nie ma, ale ponieważ się pojawiają, to tym samym zaistniewają. Na przykład zaistniewają albo etnofolologia.

Wszyscy wiedzą, że chodzi o etnofilologię — dyscyplinę naukową o celach praktycznych.