by Artur Czesak·Możliwość komentowania Nie przelewki i niepeć. Wyczesane rozmowy została wyłączona
Sprawa jest poważniejsza niż rozważanie, czy to, co się przelewa ponad krawędź, nazwać przelewką czy przelewkiem. Dziś w Radiu Kraków z Anną Piekarczyk nad tym chwilę podumaliśmy, a Rozmówczyni moja wskazała na związek przelewek, przekwintów według Knapiusza jezuity, z tym, że się komuś nie przelewa. Zapraszam do posłuchania.
Wyczesane rozmowy. Radio Kraków, 7 stycznia 2021
Przy okazji fragment przypowieści Adama z Czahrowa Czahrowskiego, żołnierza i poety, o wojnie
Czahrowski 1597, s. Ev
O nie przelewki pisała nie tak dawno Agnieszka Piela, a o nie peć (zapisanym osobno) — Władysław Lubaś w 1963. W programie na żywo nie zawsze wystarcza refleksu, żeby wspomnieć stan badań.
Pytanie dokumentacyjne: NIEPEĆ
Kto słyszał (i w jakim regionie): widzi, że niepeć 'niebezpieczeństwo, kłopot, tarapaty; nie żarty, nie przelewki’. Proszę mejlować lub fejsbukować. Z góry dziękuję.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Redaktor jest potrzebny została wyłączona
Proszę nie sądzić, że wchodzę w buty profesora Henryka Markiewicza, który w swoich zapiskach, dopowiedzeniach czy w dziale camera obscura publikowanym, jeśli dobrze pamiętam, w „Dekadzie Literackiej” (a wcześniej w „Przekroju”?) wytykał rozmaite błędy, uchybienia, pomyłki, zazwyczaj niebanalne pojawiające się w publikacjach literackich i naukowych. Sam zresztą też nie był nieomylny: proszę zajrzeć do znakomitego jak zwykle wpisu w blogu Kompromitacje. Nie sam sprawę odkryłem, ale chcę ją opisać jako przypadek dydaktyczny, ważny ze względu na sprawę ogólniejszą, na proces, za przeproszeniem, produkcji książki.
Czasopismo „Oberschlesien in Bild” odnotowało przyłączenie Richtersdorf / Wójtowej Wsi do miasta Gleiwitz / Gliwic
Odkrycie Zbigniewa Rokity
Jeden z ciekawszych dających nam wgląd w sposób powstawania książki w wieku XXI przykładów znajdujemy w niedawno wydanej osobistej, a zarazem śląskoznawczej publikacji Zbigniewa Rokity Kajś. Autor opisuje, jak miejscowość Richtersdorf zmieniała swoje nazwy, jak stała się Wójtową Wsią i jak nagle zaskoczył go fragment Dracha, powieści tak znakomicie przecież udokumentowanej i dbającej o prawdę regionalną, materialną, o detale opisywanych przedmiotów czy procesów.
Wójt Richter został ocenzurowany natychmiast po II wojnie. Powojenna nazwa nawiązuje do niego, ale dyskretnie, jest ukryty, ale tuż pod powierzchnią, wspomniany, jednak niezupełnie. Ulice poniemieckiego Śląska roją się od zakonspirowanych wójtów, wójtów wyklętych, trucheł, które ledwo przysypano. Gdy w Drachu Szczepana Twardocha Josef Magnor, idąc z gliwickiego dworca, zbliżał się do mojego rodzinnego domu, coraz bardziej wstrzymywałem dech: Wilhelmstrasse, Ring, Teuchertstrasse, Ostropka i nagle… Gillnersdorf. A powinno być Richtersdorf. Piszę do autora. Odpowiada: „To głupi błąd — jeden z bohaterów pierwotnie nazywał się Richter, potem, o ile pamiętam, zmieniłem mu nazwisko na Gillner i zrobiłem to automatem w moim programie — i jak widać program zmienił również niemiecką nazwę Wójtowej Wsi”. (Z. Rokita, Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2020, s. 70–71)
A jednak chochlik drukarski z kaszt zecerskich przeniósł się do programów pisarskich koordynujących wątki fabularne, losy bohaterów, do kombajnów zarządzających treścią. Błąd ten przeszedł również w edycji śląskiej Dracha, bo tłumacz jest tylko tłumaczem (i że akurat jest z Bytomia, redaktor z Rybnika, korektor z Siemianowic), topografii wędrówki bohatera nie miał tak dobrze utrwalonej jak czytelnik Z. Rokita.
Josef dopijŏ, płaci i idzie dalij. Rynek. Uliczkami Starego Miasta doszoł na Teuchertstraße. Wszyjsko znōme. Idzie pōmału, mijŏ piykne panie i kobiyty ôblyczōne po chopsku, piykne panie ôsprawiajom po niymiecku, a chopiōnki niy. (…) Mijŏ małõ kasarniã ôd ułanōw, urzōnd ôd landrata, kasarniã ôd regimyntu infanteryje, przi kerym sużōł, mijŏ Proviantamt, przekrŏczŏ most nad Ostropkōm i wychodzi w Gillnersdorf, ôstawiŏ za sobōm wynośny kōmin ôd cegelnie i idzie dalij. (Szczepōn Twardoch, Drach, edycyjŏ ślōnskŏ, przekłŏd Grzegorz Kulik, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2018, s. 25)
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Bodaj się tacy na kamieniu rodzili! Wyczesane rozmowy została wyłączona
Właściwie najważniejsze dziś, w Sylwestra, są fragmenty wstępne: o do siego roku(kolejny argument przeciwko pochodzeniu od śp. Dosi), o której mówiłem pięć lat temu w Radiu Kraków. Życzyłoby się Dosinych lat czy Dosinego wieku, ale się nie życzy i szlus. Była też autokompromitacja: zamiast matuzalemowego, matuzalowego wieku powiedział mi się !melchizedekowy (i Matuzalem, i Melchizedek z Biblii, stąd figiel pamięci). Pewnie dlatego, że chciałem dwie sroki za ogon chwycić. No cóż, za dużo dwa grzyby w barszcz. Wyjaśnienie jest inne, a ci, co twierdzą, że wszystko wyjaśnili, bodajby… Rozmawiało się więc dziś w sylwestrowych Wyczesanych rozmowach z Panem Redaktorem Pawłem Sołtysikiem chwileczkę o słówku bodaj, niegdyś życzącym — dobrze lub źle, a dziś takim powątpiewająco uprawdopodabniającym (bodaj taki jest jego status).
Ale o co chodzi z tym kamieniem?
Niechżeż mi pomogą położnicy i położne, doule i archeoetnografia wszelka: skąd się wziął obraz o rodzeniu się ludzi na kamieniu? Bodaj się tacy na kamieniu rodzili to pochwała o znaczeniu ‘oby takich było jak najwięcej’, ale przecież jakoś mało się słyszy, żeby rodzenie ludzi na kamieniu było częstsze. To już częściej organizuje się poród w(e) wodzie!
Wyczesane rozmowy, 31 grudnia 2020 r.
O nie rodzić się na kamieniu pisał w 1995 r. na łamach „Języka Polskiego” Stanisław Bąba (1939–2014). Cytował przykłady ze słowników, które się nieco po macoszemu z omawianymi jednostkami frazeologicznymi obeszły, oraz z prasy, gdzie na początku lat 90. XX ubiegłego stulecia wykwitały innowacje takie jak „Tacy ludzie nie rodzą się na pniu”. Nie zajął się jednak poznański uczony objaśnieniem genezy frapującego nas obrazu.
Kamienie od żaren
Noworoczne postanowienia
Kilogramy ciążą jak kamień młyński, więc trzeba by je zrzucić, ale uważać, by się w jakichś odmętach nie pogrążyć. Może by z tych „Wyczesanych rozmów” jakąś książkę zrobić?
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Dwa grzyby w barszcz. Wyczesane rozmowy została wyłączona
Rozmawialiśmy w wigilię Bożego Narodzenia roku Pańskiego 2020 z redaktorem Pawłem Sołtysikiem w Radiu Kraków przed hejnałem o tym, co właściwie znaczy powiedzenie dwa grzyby w barszcz. Czy to jest za dużo takich samych rzeczy, czyli że już jeden grzyb nadałby barszczowi dostatecznie smaku grzybów? Albo że to są różne dodatki, więc mamy do czynienia z niepotrzebnym pomieszaniem.
Ankieta na Twitterze, 15 głosujących
Funkcjonuje też w polszczyźnie porównanie tani jak barszcz i to ono zapewne sprawia, że w młodym pokoleniu użytkowników polszczyzny pojawia się innowacyjne znaczenie, że dwa grzyby w barszcz to jest malutko czegoś, licho, słabo, byle co dodane do byle czego.
Dwa grzyby w barszcz, 24.12.2020
Jakie to grzyby i jaki barszcz? Tego nie sposób rozstrzygnąć nawet w wielkich ankietach. Tylko żmudne studia nad kulinariami mogą nas w stronę prawdy prowadzić. Jednym z pierwszych notowań tego obrazu dwóch grzybów jeden barszcz rzucanych znajdujemy w autotematycznej fraszce Wacława Potockiego, noszącej tytuł Na fraszki:
Na fraszki
Radem ci zacny gościu w domu swoim cale, Ochoty nie przebierzesz, wina mam o małe; Jeżelić się podoba, nim od stołu wstaniem, Zabawić się, przy piwku, tych fraszek czytaniem. A gość: „Miej sobie — rzecze — gospodarzu, fraszki, Każ jeszcze beczkę ścisnąć, a natoczyć flaszki, Potym czytaj po polsku, czytaj po łacinie, Będziem się śmiać, bo żarty ładniejsze przy winie.” Jam rozumiał, że wina ochronię księgami: „Wolicie pić, niżeli być audytorami? Chłopcze, schowaj te książki, a kielichem sporem Daj wina, pewnie i ja nie będę lektorem. Siła by to dwa grzyby w jednym barszczu topić; Jednym się kontentować: albo kpić, albo pić.”
Siła — dużo
Wydaje się, że to jedno z wcześniejszych zaświadczeń mówi, że dwa grzyby w barszcz to za dużo, ale że reprezentują one nadmiar wynikający ze zmieszania dwóch różnych elementów — picia i czytania. Wygrywa picie. I tak oto otwieramy się na sylwestrowo-karnawałowe szaleństwa, które bardziej nam już w głowie (szumieć mogą), bo tańców i balów się nie przewiduje.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania W bród Wam powiem. Wyczesane rozmowy została wyłączona
Bród na rzece to miejsce, gdzie jako tako można się przeprawić na drugi brzeg konno, wozem, pieszo bez mostu czy łodzi. Miejsce płytsze, bezpieczniejsze, rozpoznane. Nieraz w takim właśnie miejscu organizowano przeprawy promowe. Oczywiście miały one wielkie znaczenie strategiczne, dlatego od wieków w ich pobliżu umieszczano strażnice, które takich miejsc strzegły. Na przykład Tyniec, gdzie Wisła przedziera się pośród wapiennych skał.
Widok z murów klasztoru tynieckiego na stronę Piekar. Bród jest tam, gdzie droga dochodzi do Wisły.
W bród powiedzieć. Wyczesane rozmowy odkrywają (w słownikach i tekstach)
To nie jest sensacja, ale skoro ja tego nie wiedziałem lub nie pamiętałem o tym, to może jeszcze kogoś to zainteresuje. Dziś gdy czegoś jest w bród, to jest tego ‘dużo, pod dostatkiem’. A dawniej można było w bród coś komuś powiedzieć, oświadczyć. Samuel Bogumił Linde podał następujące synonimy: najkrótszą drogą, najprościej, niedługo myśląc, co pierwszego to lepszego, obces, z kopyta, od razu, wzręcz, bez ogródki, nie ochylając, wbrew.
S.B. Linde, Słownik języka polskiego, 1807
Rozmawialiśmy o tym w Radiu Kraków z redaktorem Paweł Sołtysikiem. Proszę posłuchać.
W bród. Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, 25 listopada 2020 r.
Oto cytat z Satyr Krzysztofa Opalińskiego:
Ale spyta mie ktory/ Jaka ma bydź miarka Tego naszego mienia. Powiem w brod i krotko: Ile człowieku trzeba do skromnego życia?
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Umarł w butach. Wyczesane rozmowy została wyłączona
Najnowszą definicję tego wyrażenia przynosi Dobry słownik, którego jestem współredaktorem:
mówimy umarł w butach, jeśli chcemy zakomunikować, że sytuacja, o której mowa, jest beznadziejna i bez wyjścia; wyrażenie potoczne
Tam także znajduje się ciekawostka na ten temat.
W Radiu Kraków
Proszę posłuchać, jak gwarzyliśmy o tym frazemie w Radiu Kraków z redaktorem Pawłem Sołtysikiem, wszystkim życząc długiego i zdrowego życia:
Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, 10 grudnia 2020 r.
W Wyczesanych rozmowach usiłujemy odtwarzać jakieś pierwotne impulsy i obrazy, które stoją za danym sformułowaniem. Na pewno mówiło się tak z wisielczym humorem już podczas pierwszej wojny światowej, na pewno podobną strukturę znajdziemy w angielszczyźnie amerykańskiej — gdy na Dzikim Zachodzie ktoś umierał w butach, to znaczy, że nie w domu, w łóżku i nie ze starości, lecz zwłaszcza powieszony, w pojedynku czy innej strzelaninie.
Raczej wykluczyłbym hipotezę, że chodzi o śmierć w (hiszpańskich) butach — narzędziu tortur. Nie znalazłem poświadczeń tekstowych takiego jakoby katowskiego powiedzonka żargonowego (profesjolektalnego).
W słowniku Lindego
W pierwszym tomie Słownika języka polskiego Samuela Bogumiła Lindego jest następujący zapis:
W bótach umarł; buty spalił = uciekł, Tr. Er hat das Fersengeld bezahlt
Linde, Słownik, tom I, s. 148
Jest to ciekawy ślad. Niemiecki frazeologizm, dosłownie: zapłacić „piętowym pieniądzem”, nie jest całkiem jasny, ale zawiera w sobie obraz szybko oddalających się pięt. Znaczenie: nie zapłacić za usługę i uciec, spylić. Czyli być może taki, co umarł w butach, wcale nie umarł. A to, że dwieście lat temu pisało się po polsku słusznie bóty, to miła ciekawostka.
To jeszcze nie koniec
Trzeba będzie poczytać Terencjusza i staropolskich pisarzy, dzięki czemu może się jeszcze dojdzie do tego, co oni mieli na myśli, gdy pisali w bociech umrzeć. Poszukiwaniu znaczeń frazeologizmów końca nie ma.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Adwentowy Karpiński została wyłączona
Proszę sobie posłuchać. Okazuje się, że pieśń adwentowa, która wydaje się odwieczna, ma historycznego autora, a jest nim oczywiście Franciszek Karpiński.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Słowa młode i modne została wyłączona
Zaproszono mnie do Radia Zet i weekendowo porozmawialiśmy z red. Beatą Tadlą o najnowszych zjawiskach leksykalnych na tle niespodziewanych emocji, które się ujawniły jesienią 2020 r.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania O zmienianiu zdania została wyłączona
Świetny jest pryncypialny tekst Cata o Miłoszu i jego kolegach, którzy już przed wojną sprzedawali ojczyznę bolszewikom:
Warto na tym miejscu przytoczyć z książki znakomitego publicysty Stanisława Mackiewicza (Cata) „Lata nadziei” (Londyn 1946; str. 145) opinię jego o całej grupie wileńskiej:
„… Było mi smutno i wstyd, że bolszewizm w Wilnie szerzyła grupa utalentowanych młodych ludzi najautentyczniej wileńskiego pochodzenia, których same nazwiska przypominały stronice „Pana Tadeusza” lub „Pamiętniki Kwestarza”. Bujnicki nazywał się Nieściuszko Bujnicki i był prawnukiem starego miłego grafomana, który tak rzewnie opisywał północną Białoruś. Putrament… nazwisko to figuruje w sienkiewiczowskim „Latarniku”, jako symbol starej, tęsknej litewskości, „Putrament z Pikturną…” czytamy w „Panu Tadeusza”. Miłosz… I oto ci ludzie, którzy powinni byli najlepiej rozumieć miłość kraju, pierwsi sprowadzali na niego infekcję wroga, zdradzali go, sprzedawali, sprzedawali także siebie bez godności, o ileż gorzej niż zwykła kurwa [podkreśl. AC]. Jakaż silna jest ta infekcja i jakże wielką mieliśmy rację, gdyśmy z nią walczyli. Dzisiaj podobno niejeden z tych poetów chadza w cylinderku, zajmując dygnitarskie stanowisko, sprzedawszy kraj własny, sprzedaje państwo całe. Może kiedyś poczuje do samego siebie pogardę, gdy znajdzie się po jakiejś czystce na Kołymie, lub w republice Komi”.
No i świetnie. Tylko że już w 1947 chciał wrócić do Polski i wraz z Miłoszem wspierać entuzjazm modernizacji i odbudowy. Miłosz był tylko poputczikiem, a Mackiewicz premierem niezłomnego rządu na uchodźstwie, biorącym pieniądze od wywiadu Polski Ludowej.
A jednak w sierpniu 1955 roku, krótko po ustąpieniu ze stanowiska premiera emigracyjnego rządu, Mackiewicz podjął kolejną próbę pisząc do Jerzego Putramenta. „Szanowny i Drogi Panie, Dobrze Panu znany Szatybełko gotów jest odbyć z Panem, lub z kimś od Panów poważną rozmowę na zupełnie zasadnicze tematy, na razie oczywiście najściślej poufną i nie gdzie indziej, jak tylko w Londynie”. „Szatybełko” to nazwisko, pod jakim Mackiewicz pojawił się w powieści Putramenta „Rzeczywistość” (Warszawa 1947). Wkrótce Mackiewicz, któremu nadano kryptonim „Rober”, rozpoczął regularne spotkania z agentem PRL-owskiego wywiadu w Londynie Jerzym Klingerem ps. „Oskar”. W rozmowach z nim Stanisław Cat Mackiewicz bronił się przed zostaniem formalnym agentem, jednak z raportów „Oskara” wynika, że chętnie udzielał informacji.
Mackiewicz nie składał pisemnych raportów, jednak godził się na robienie przez rozmówców notatek. Pieniądze przyjmował pod pretekstem „zaliczek” na pisane książki. Z dokumentów zachowanych w IPN wynika, że od marca do czerwca 1956 r. Mackiewicz otrzymał od swojego agenta prowadzącego 1085 funtów oraz 300 dolarów. „Oskar” płacił za niego czynsz, kupił mu kożuch, chodził nawet z Catem na zakupy, a przed wyjazdem pomagał mu się pakować i odwiózł pisarza na lotnisko.
Cat poinformował emigrację o zamiarze wyjazdu. W oświadczeniu drukowanym 11 czerwca 1956 r. przez londyński „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza” pisał m.in.: „Dziś nie możemy liczyć na chęć państw zachodnich wyłączenia kraju polskiego z systemu państw prosowieckich. (…) Nie możemy narażać bytu narodu polskiego dla polityki mirażowej. Chcę także wierzyć, że zapowiadana w Kraju liberalizacja stosunków będzie trwała i przyniesie naszemu krajowi ulgę, o ile nie będzie zerwana przez jakąś nieobliczalną prowokację. W tych warunkach zdecydowałem się na powrót do Kraju”. Na Okęciu wylądował 14 czerwca 1956 r.
Po powrocie Mackiewicz opublikował dwie książki, w których krytykował emigrację – „Londyniszcze” (1957) i „Zielone oczy” (1958), szybko jednak przekonał się, że współpraca z komunistami nie popłaca. Cenzura odrzuciła jego książkę o polityce Józefa Becka, a po tym, jak podpisał „List 34” domagający się złagodzenia cenzury, został usunięty z redakcji „Kierunków” i „Słowa Powszechnego”. Mackiewicz nawiązał wtedy współpracę z paryską „Kulturą”, do której pisywał pod pseudonimem Gaston de Cerizay. Kiedy SB to odkryła, pisarzowi groził proces za publikowanie „fałszywych wiadomości o PRL”. Na 3 listopada 1965 r. gotowy był akt oskarżenia, lecz do rozprawy nie doszło. Stanisław Cat Mackiewicz zmarł 18 lutego 1966 roku. (PAP)
A co wtedy robił Miłosz? Gryzł się w osamotnieniu, uprawiał gospodarstwo polskiej poezji, uczył studentów, nucił nieszporne psalmy Karpińskiego… Litość? Trwoga. Taka to refleksja do samodzielnego przeprowadzenia.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Złote dziecko, złota młodzież. Wyczesane rozmowy została wyłączona
Zgodnie z zapowiedzią sprzed tygodnia, kiedy to podczas audycji Przed hejnałem w Radiu Kraków red. Marzena Florkowska rozmawiała o rtęci, żywym srebrze, zgadało się też o tym, że tak nazywano ruchliwe, energiczne, nadzwyczaj żywe dzieci. Ktoś też powiedział: złote dziecko, więc się zajęliśmy tematem z red. Pawłem Sołtysikiem. Proszę posłuchać.
The Golden Child, das Goldkind, a może i Nawłoć (ta z Żeromskiego)
Frazeologia miewa międzynarodowe koneksje, dlatego można myśleć i o kontekstach popkulturowych, jak film z Eddiem Murphym.
Złote dziecko, grzeczne, miłe, bogobojne, utalentowane, jak z opowieści Zacharjasiewicza Na kresach
— Zrazu myślałem, że stary Dębicz stroi żarty — ciągnął dalej major — a żem sercem do niego przylgnął, więc zostałem, pomagając mu w gospodarstwie. Zuzanna była wtedy jeszcze młodą dziewczyną, bawiła często w Czarnowodach, bo była sierotą. Ach, księże Macieju, co to za złote dziecko już wtedy było! Bywało, iż po całych dniach siedziała przy starym Dębiczu, który jej czytał kroniki i pismo święte, a tak zawsze miała oczęta wzniesione ku niebu, jakby świętą zostać chciała!…
Jan Zacharjasiewicz, Na kresach, 1867, s. 250
Złote dziecko Tuska, złote dziecko Platformy, złote dziecko banków
Nie chce mi się pisać o Nowaku, Trzaskowskim i systemie płatności BLIK. Już ciekawsze jest to, że Goldkind to też nawłoć, a Nawłoć to nazwa miejscowości w Przedwiośniu Żeromskiego, gdzie…
Złota młodzież
Jest też cytat z Iwaszkiewicza, który wspominał żywot złotej młodzieży w przedrewolucyjnym Jelizawietgradzie.
Cytat ze słownika frazeologicznego Stanisława Skorupki
A gdzie ten Elizawetgrad?
Miasto stoi w jednym miejscu, ale idzie na rekord zmian nazw. Najpierw od imienia św. Elżbiety się zwało, ale twierdza w nim się znajdująca związana była z cesarzową rosyjską Elżbietą (panującą 1741–1762); w latach 1924–1934 miasto Zinowjewsk wychwalało urodzonego w tym mieście Grigorija Zinowjewa (który sam miał talent do zmieniania swych imion i nazwisk, bo można o nim też mówić Owsiej-Gerszen Aronowicz Radomyslski, a także Hirsz Apfelbaum); gdy Stalin ogłosił go zdrajcą i zgładził także jako odpowiedzialnego za śmierć Kirowa, miasto nazwą swą — Kirowo (1934), od 1939 Kirowograd, po ukraińsku Kirowohrad, upamiętniało Siergieja Kirowa, którego wprawdzie zgładzono za polecenie zazdrosnego Stalina, ale oficjalnie czczono. W ostatnich latach toczyły się debaty o to, jak nazwać miasto, wreszcie w 2016 przeforsowano wbrew głosom społeczeństwa, które wolałoby nazwy (po pauzach liczba głosów w referendum, po średnikach transkrypcja): Єлисаветград — 35153; Jelisawethrad Інгульськ — 4302; Inhulśk Златопіль — 3509; Złatopil Кропивницький — 1281; Kropywnyćkyj, tj. Kropywnycki Благомир — 708; Błahomyr Ексампей — 624; Eksampej (to coś z Herodota) Козацький — 286; Kozaćkyj, tj. Kozacki nazwę Kropywnycki na cześć dramaturga Marka Kropywnyckiego (Марко Лукич Кропивницький; 1840–1910).
Marko Kropywnyćkyj, tj. Kropywnycki
Tam właśnie szalał Iwaszkiewicz z dwoma Szymanowskimi i dwoma Zbyszewskimi — złota młodzież, zdolni, piękni i bogaci.