by Artur Czesak·Możliwość komentowania Żylety zaraz! została wyłączona
W podstawowych sprawach jesteśmy się w stanie porozumieć bez tłumacza z osobami mówiącymi w językach sąsiadów. Chleb, woda, spać, pić — podstawowe wyrazy nazywające podstawowe rzeczy i potrzeby nie stanowią problemu. Różnice pojawiają się przy wyrazach, które były kalkowane, tworzone jako neologizmy, zapożyczane z innych języków, w różnym czasie. Nazywa się takie słowa fałszywymi przyjaciółmi tłumaczy (хибні друзі перекладача) albo uczeniej homonimami międzyjęzykowymi.
Wyczesane rozmowy, 7.04.2022
W Wyczesanych rozmowach o naszych spotkaniach z użytkownikami języka ukraińskiego i z samym językiem, od portek sprzed wieków po potrzebne zaraz żylety (tak słyszymy, choć może chodzić o żyłety albo broneżyłety). Nie kupimy ich w sklepie kosmetycznym, bo to kamizelki (kuloodporne) a zaraz znaczy teraz!
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Znaleźć się w kropce została wyłączona
To fascynujące, że wyrażenie językowe w ciągu kilkudziesięciu lat może nabrać przeciwnego znaczenia w stosunku do tego, które było znane poprzednim pokoleniom. Była o tym mowa w Wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków 31 marca 2022 r.
Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, red. Anna Piekarczyk i Artur Czesak
Umieć się znaleźć
Tak, znaleźć się w kropce dla pokolenia urodzonego pod koniec wieku XIX znaczyło ‘znaleźć z trudnej sytuacji dobre wyjście’, dla większości zaś (…) znaczyło to ‘znaleźć się w kłopotliwym położeniu’ (Język Polski 1939, z. 3, s. 95).
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Bałwan została wyłączona
Słowo, a może i pojęcie przywędrowały do nas z Azji. Jedni mówią, że z sanskrytu, a więc z południa, z subkontynentu indyjskiego, czyli języków indoirańskich, jakoś pokrewnych naszemu. Inni, że z Azji północnej, od koczowniczych ludów z grubsza nazywanych ugrofińskimi. Pierwszy element ugr– ma związek z Hungarami, czy Węgrami.
Poranny Czesak Językowy, 2 kwietnia 2022
Václav Machek pisał o słowie balvan
balvan. V češtině má jedině význam ‘velká neforemná masa kamene’ (nehledíme-li na básnický ,,balvan starostí” apod.), a to od staré doby. Jinde znamená i kládu, špalek (pol.), dřevěný sloup (br.), velkou mořskou vlnu, oblak dýmu (pol., odtud val. laš.), staroslovanskou sochu pohanského boha (pol. ukr. r. sin. sch.), někde pak i špalek, ťulpasa. — Pol. bałwan, slc. sln. sch. balvan (sin. též bo-), ukr. bovvan, br. bolvan, r. bolván (strus. též bъlvanъ, bъlъvanъ). — Slovo velmi sporné; viz i Hujer 1.252. Zdá se, že jest vyjíti ze znění s ba– a bo-, že strus. bъl(ъ)- není než grafika mylně archaisující. Původ slova je asi v Orientě, jenže přesný pramen nelze dosud udati (jsou jen zjištěna slova významu ne zcela stejného). Zdá se, že do Evropy to slovo přišlo ve významu „lovecká figura.” Severní eurasijské národy užívají k lovu jako návnady nebo vábičů nejen zvířat živých (zajíce uvnitř pasti na lišky; ochočené sobí samice na přilákání divokého soba), ale i neživých figur (např. vycpané husy na přilákání divokých hus); ty byly dělány i později i z kovu nebo jiného vhodného materiálu (o tom Sirelius, Jagd und Fischerei in Finnland, Berlin 1934, 50). Termin je něm. Balbane, lot. bulvāns, švéd. bulván; z němčiny je č. balabán: „dříve se k přivábení kohoutků [tetřívčích] používalo vycpaných nebo napodobených tetřívků čili balabánů”, Šiman 128. Je tedy možné, že se asijské slovo přes evropský sever, kde se ustálilo ve významu neživé figury pro lov, dostalo k nám a že ho bylo pak užito jednak posměšně pro neumělé figury bůžků apod., jednak pro masu materiálu k takovému účelu se hodící nebo připravenou. Vm. balvan dýmu, balban, balvár t/v jsou významy přejaté z polštiny. Rovněž slc. bolvan lenoch, povaleč, bolvaniť žíti zahálčivě bude pod vlivem pol. bałwanić zevlovati, civěti, tuhnouti. (Etymologický slovník jazyka českého, Praha 1968, s. 44)
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Zamek Królewski na Wawlu została wyłączona
Z decyzją czekano dość długo, ale wreszcie krakowska tradycja nazewnicza zostanie uszanowana i wznowiona. Gdy tylko się ociepli i ożywi się ruch turystyczny, wszyscy wchodzący na Wawel będą informowani, że są… na Wawlu. Chodzi mianowicie o ruchomość „e”, staropolską właściwość językową, pozostałość jeru tylnego „ъ”, rzecz dla polonistów oczywistą.
Przechadzający się po bulwarze Czerwieńskim dr S. Mock, na co dzień pracujący u stóp wzgórza, zapewnia: „Wawel, na Wawlu! Mówiono tak i pisano w Polsce jeszcze niecałe 400 lat temu”. Istotnie, choćby Sebastian Petrycy z Pilzna, więziony w 1607 r. przez Moskali. Gdy zaś wrócił do stolicy, wyrażał zachwyt:
Nie tak mnie trwałość Sparty, nie tak urodzajne laryskie role łudzą, jak zwyczajne miłej ojczyzny miejsca, gdzie Krakowe prace przy Wawlu widać, Wisłę i pałace, gdzie budowne ogrody, gdzie są gęste sady – ludzkiej uciechy nieomylne ślady.
Dodał też autorskie objaśnienie, które zarazem dowodzi, że przytoczona forma nie jest na przykład skróceniem podyktowanym wymaganiami rytmu i liczby sylab w wierszu: „Krakus założył na górze Wawlu zamek, a pod nim miasto od swego imienia nazwane Kraków” (Sebastian Petrycy, Do Pana Grzegorza Brodowskiego Oda 7, [w:] tegoż, Horatius Flaccus w trudach więzienia moskiewskiego, Kraków 1609).
Ruchomość „e” w nazwie krakowskiego wzgórza, a raczej w przymiotniku „wawlowy” (nie „wawelski”!) poświadcza też poezja Adriana Wieszczyckiego:
Rozkoszna rzeko Lechowej dziedziny, Która z Karpatu wziąwszy pierwociny, Naprzód oblewasz gmachy Krakusowe, Które piastują ramiona Wawlowe. (Adrian Wieszczycki, Sielanki abo Pieśni, Kraków 1634)
Jeśli prawdą jest, co powiadają uczeni o archaiczności mowy górnośląskiej, to trzeba wziąć za wzór uzus panujący wśród rudzkich, chorzowskich i zabrskich kibiców piłki nożnej. W mediach i w żywej mowie klub sportowy grający w Wirku odmienia się jak w cytacie:
W czwartek swój drugi mecz w ciągu tego tygodnia piłkarskiego rozegra jeszcze zespół trenera Sławomira Podlasa, a więc młodzicy młodsi, którzy udadzą się Rudy Śląskiej na wyjazdowy mecz z Wawlem Wirek. (http://www.akademia.ruchchorzow.com.pl/7-aktualnosci/4146-gwk)
Zapisana w 1611 roku w polskim przekładzie Kroniki Marcina Kromera forma „na pagorku Wąwelu” ma nieco mniejszą wagę, bowiem tłumacz Marcin Błażowski pochodził z ziemi samborskiej, więc ulegać mógł innym wpływom językowym. Przy tej okazji trzeba także wskazać nową możliwą etymologię nazwy. Nie można się bowiem zbyt pochopnie zgodzić, że „Wawel” to coś stojącego nad czymś mokrym, wilgotnym, bo wtedy co druga wioska musiałaby się tak nazywać. Tym bardziej nie przemawia do nas teza lansowana przez prof. A. Pisowicza, że „Wawel” to „Babel”, tylko ktoś odczytał jakiś dawny zapis na modłę bizantyńską lub ruską. Mogłaby to być ‘narośl’, ‘wypukłość’. Oto kolejny trop znajdujemy w książce Polska aż do pierwszej połowy XVII wieku pod względem obyczajow i zwyczajow Wacława Aleksandra Maciejowskiego; mowa bodaj o księciu Władysławie legnickim: „Góral z ogromnym pod gardłem wawlem, czyli wolem, którego nabył górzyste pijając zdroje” (Petersburg – Warszawa 1842, s. 81). Pisarz pochodził z Cierlicka na Śląsku Cieszyńskim, z części dziś w granicach Republiki Czeskiej. Ów „wąwel” na gardle potwierdził z Rzeszowskiego Hieronim Łopaciński pod koniec wieku XIX, lecz nosowość nie musi być przesądzona. Być może uczeni pisarze opierali się na przekazie Kroniki wielkopolskiej: „Wawel enim quidam tumor dicitur, quem homines in montibus demorantes ex potatione aquarum in gutture habere consueuerunt, sic et mons, ubi nunc castrum Cracoviense situm est Wanwel dicebatur”. W każdym razie przyzwyczajajmy się, że Kraków to gród podwawlowski. W Krakowie pod Wawlem tak się mówiło, a na Śląsku do dziś godo.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Gdzie są woluntariusze? została wyłączona
Woluntariusze pisani przez „u” pochowali się w słownikach i w tekstach siejących nam angielszczyznę na każdej rabatce. Za to wolontariusze i wolontariuszki przez „o” są na miejscu i ze swej woli, woli dobrej i woli czynienia dobra robią, co trzeba: pomagają, informują, wysłuchują, kierują, współpracują z organizacjami pozarządowymi (część z nich współtworzą) i państwowymi służbami oraz urzędami.
Wyczesane rozmowy, 24 marca 2022
W Radiu Kraków z red. Anną Piekarczyk opowiedziałem o zmienności znaczeń i form tej pożyczki pierwotnie łacińskiej.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Propaganda, naziści i grabie została wyłączona
Jest wojna, więc przyglądać się trzeba nie tylko agresji fizycznej i językowej, ale bardziej perfidnym manipulacjom językiem, historią i znaczeniami. Zbrodnie i kłamstwa. Smutne Wyczesane rozmowy z gorzkimi konstatacjami o wciąż dużej efektywności wywracania sensów.
W tle rosyjski frazeologizm o następowaniu wciąż na te same grabie, czyli poniekąd słuszne napomnienie, by nie popełniać stale tych samych błędów i nie padać ofiarą własnych manipulacji — ani mocarstwowych, ani narracji o niewinności i byciu obiektem nieuzasadnionej wrogości.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Profesor Taborskiej zapiski z doskoku została wyłączona
Zapiski prof. Hanny Taborskiej, znanej wielu slawistom pod swym „bibliograficznym” podwójnym nazwiskiem jako Popowska-Taborska, to lektura bardzo ciekawa, ale nie urocza. Autorka jest bowiem osobowością silną, choć często podkreśla swą bezradność wobec sytuacji wymagających życiowego sprytu czy użycia łokci w sprawach bytowych albo naukowych. Z drugiej strony – jakość jej prac naukowych broniła się sama, nawet gdy podłość w urzędniczych zarękawkach lub żądląca pod pozorem koleżeństwa usiłowały czynić despekty.
Hanna Popowska-Taborska, Zapisywane z doskoku, Wydawnictwo Akademickie SEDNO, Warszawa 2022
Hardość z uśmiechem na twarzy, humorystyczny wierszyk kwitujący absurdy ponurych lat stalinowskich, podziw dla koleżanki jeżdżącej na widzenia z mężem do Wronek czy Rawicza.
Sam się sobie dziwię, że zachwycam się i kręcę nosem równocześnie. Po tej refleksji, zamiast się opamiętać, brnę dalej. Mam niemały żal, poczucie zawodu dlatego, że przygotowując tekst do druku, autorka starała się „usunąć z niego partie zbyt silnie obciążone emocjonalnie oraz opisujące fakty mało interesujące przyszłego Czytelnika”. Do żalu dołącza niezgoda: a odkąd to autorzy cokolwiek wiedzą o przyszłych czytelnikach swoich dzieł i ich zainteresowaniach? Po tych zabiegach redakcyjnych znikają nie pikantne smaczki, bo nie tego oczekuję, ale opinie i fakty, świadectwo czasów, opisy zachowań osób, kulisy życia naukowego. Moje żołądkowanie się jest trochę bezczelne, ale doskonale autonomicznej prof. Taborskiej urazić nie jest w stanie, w żadnym razie też nie miałem takiego zamiaru.
Życie rodzinne i towarzyskie
Dbałość o formy, a formy te nie są typowe. Językoznawczyni była i jest tego świadoma, więc opisuje, analizuje, a my czytamy i reagujemy, jak umiemy.
Zresztą w ogóle tak zwane zwroty grzecznościowe są dziś w nieustannym odwrocie i ma się wrażenie, że ludzie boją się dziś „wygłupić”, zwracając się do siebie według dawnych konwencji. No, cóż, dodać do tego zapewne też należy, że w większości zwroty te są po prostu nieznane, a już na pewno całkiem obce. Tym chętniej — dla zaszokowania i wprawienia w osłupienie — używałam ich w strasznych, zatłoczonych ówczesnych sklepach w stosunku do ponurych i niegrzecznych ekspedientek: „Gdyby pani była tak łaskawa”, „Gdyby zechciała mi pani uprzejmie pokazać”, „Może byłaby pani tak dobra” — patrzyły wówczas zdumione i zaskoczone, że znalazła się „gupia jakaś” (tak właśnie — bez tego zbędnego „ł”), ale osiągałam swój (jakże trudny!) cel i zwracałam na siebie uwagę. W środowisku mego dzieciństwa zwrot „wy, kolego, mówiliście” słyszałam jedynie w ustach Ojca wobec kolegów z wojska i kolegów-lekarzy. „Na ty” przechodziło się wówczas rzadko— tak na przykład przyjaciel mojego Ojca, Barański, do końca życia mówił do mojej Mamy „pani Mario” i nikogo to w zasadzie nie dziwiło, choć znali się od wczesnej młodości. Mój Ojciec zwracał się do matki mojej Matki per „pani”, ona mówiła o nim „pan Stanisław”, a przecież mieszkali przez długie lata w tym samym mieszkaniu. Do dziś wydaje mi się też, jak trudno musi być mówić „mamo”, „tato” do teściów, którzy są w zasadzie obcymi ludźmi. W dzieciństwie kazano mi się do cioć i wujków zwracać poprzez „niech ciocia”, „niech wujek” i do dziś czuję się z tą formą nieporadnie. Do Rodziców mówiłam zawsze „ty”, choć znam do dziś domy, w których obowiązuje forma „niech tata”, „niech mama”.
Wyniosłe pominięcia?
Wygląda na to, że H. Taborska, w przeciwieństwie do swej wieloletniej współpracowniczki Ewy Rzetelskiej-Feleszko (Kamińskiej), autorki książki Życie we wspomnieniach, zamiast opisywać konkretne świństwa, wybrała przemilczenie, a czasem strategię pozwalającą o kimś z przeciwnego obozu ideowego i naukowego napisać dobre słowo. Zacne. Kompromisy? Rażą u innych, gorzej wychowanych.
Rebelia rymu
Agnieszka Taborska, córka swych rodziców, Hanny i Romana, literaturoznawcy i historyka teatru, tak w Tygodniku Powszechnym zapowiadała w ubiegłym roku mającą się ukazać książkę:
Jaką filozofię miała Pani mama? To jest dopiero buntowniczka o żelaznych zasadach! Swoje życie zaczęła opisywać, kiedy po raz pierwszy wyjechałam do Stanów w 1988 r. i nie było wiadomo, jak się dalej wszystko potoczy. Mama uznała, że już się pewnie więcej nie zobaczymy i lepiej spisać dla mnie dzieje rodziny. Koniec końców powstała spora książka, która pod tytułem „Zapisywane z doskoku” ukaże się w najbliższych miesiącach. Urodzona w 1930 r. Hanna Taborska odznacza się świetną pamięcią. Zawsze żyła w sposób całkowicie wierny sobie. Ma nie tylko wszelkie możliwe językoznawcze honory naukowe, ale też tytuł Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata. W warszawskim mieszkaniu dziadków ukrywało się wielu zaprzyjaźnionych Żydów, m.in. ocalona z getta przez działającego w Żegocie dziadka szkolna koleżanka mamy. A ta filozofia mamy? Rebeliancka. Na studiach żadne komunistyczne organizacje, żadne pochody pierwszomajowe, potem żadnych partyjnych znajomych, zaangażowanie w Solidarność i konspirację, zero związków z Kościołem. Krótko mówiąc, niewygodne wybory. Jedno z moich traumatycznych wspomnień dzieciństwa dotyczy jazd autobusami, gdy mama do mnie, kilkulatki, wygłaszała głośne krytyki ustroju. Prawdziwi adresaci tych monologów udawali głuchych.
Tak więc egzamin z marksizmu-leninizmu przy okazji doktoratu łatwiej było oswoić przewrotnie sierioznym wierszykiem, który muszę zacytować:
Pierwsze prawo dialektyczne: że wszystkie ciała są styczne. Na dodatek, miły zuchu, ciała te są w ciągłym ruchu, a na domiar jeszcze (psiakość!) ilość wciąż przechodzi w jakość. Zaś na końcu was zadziwię: postęp w walce jest przeciwieństw.
Perspektywa książki jest zdecydowanie kobieca.
Dwa drobiazgi redakcyjne
Gdy się redaguje książkę napisaną przez językoznawcę, można ulec złudnemu przekonaniu, że nie ma w niej żadnych błędów. Niesłusznie. Rażą więc jakieś zapisy typu „nienajlepszy” i inteligenckie błędy składniowe. Profesor Taborski, który podobnie jak jego żona tuż po studiach pracował w Państwowym Instytucie Wydawniczym, by się gorszył:
To było jedno z najlepszych polskich wydawnictw, do dziś kiedy widzę pięknie wydaną książkę z niedoróbkami redaktorskimi, mówię sobie: „w PIW-ie coś takiego nie byłoby możliwe”.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Kraków i Świat, marzec 2022. została wyłączona
Miesięcznik „Kraków” nazywa się teraz „Kraków i Świat”. Bardzo dobry tytuł, bo Kraków nie jest odizolowany i pogrążony w samozachwycie.
W numerze marcowym dwa artykuły wstępne napisał Witold Bereś. Ten niby zwykły, bardzo gorzko mówiący o niemocy państwa wobec pandemii i społecznej bezradności lub obojętności. Ale że przyszedł tłusty czwartek 24 lutego i za wschodnią granicą „zaczęło się piekło”, przypominające wrzesień roku 1939, na osobnej kartce pojawił się więc bardziej aktualny artykuł naczelnego o Ukrainie i o nas. Z okładki patrzy na nas głębią własnych przeżyć i zagranych ról jubilat Jerzy Trela, w środku zaś mnóstwo materiałów o lekarzach, od legendarnych patronów ulic, szkół i szpitali jak Rydygier, Cybulski i Bujwid, przez Edelmana, Szczeklika, Skotnickiego do Jacka Madeja, Anny Chrapusty, Mikołaja Spodaryka. Lekarza! — to wołanie nie milknie. Wśród mnóstwa działań i słów sto stron „Krakowa i Świata” to nie ucieczka, lecz spotkanie i otucha. Warto czytać.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Nagły odruch została wyłączona
Tak było kilkadziesiąt lat temu, tak dzieje się i dzisiaj. Nagle sformułowanie „żyć bez kłamstwa” nabiera treści, nagle „siła bezsilnych” nie budzi cynicznego uśmiechu tymczasowo sytych. Wziąłem do ręki książkę ze świadectwami „ludzi radzieckich”, którzy w jakimś momencie swojego życia, nieraz wręcz jakby przypadkiem, postanowili sprzeciwić się mechanizmom systemu, z którym niby dało się jakoś współistnieć.
Wstyd było milczeć. Świadectwa radzieckich dysydentów, zebrał Marek Radziwon, Warszawa 2019
Rosja 2022
Kamran Manafły. Камран Манафлы
Nie chodzi o hagiografię ani porównywanie cierpienia bombardowanych z przykrościami (tylko) prześladowanych. Chodzi o impuls sumienia. Nauczyciel geografii Kamran Manafły (lat 28) napisał kilka niezależnych zdań w mediach społecznościowych. Nie usunął ich na wezwanie dyrekcji. Nie przeprowadził propagandowej lekcji z uczniami. Jego życie bardzo się zmieni.
«Жить надо так, чтобы совесть не мучила. Недавно в школе мне сказали: «У вас не может быть никакой позиции, кроме как официальной, государственной». Так вот, у меня есть свое мнение! И не только у меня, у многих учителей есть свое мнение. И знаете что? Оно явно не совпадает с мнением государства. Я не хочу быть зеркалом государственной пропаганды, я горжусь тем, что я теперь не боюсь писать об этом, я горжусь тем, что я учитель! Меня моя совесть не мучает. Люблю абсолютно каждого ученика, который у меня был, есть и будет».
Ma swoje zdanie, inne niż państwowy punkt widzenia. Trzeba żyć tak, żeby sumienie nie męczyło. A przeciw niemu strach i podłość — oraz prawo pracy; nie przeprowadził lekcji w dniu, w którym nie wpuszczono go do szkoły. Logiczne.
by Artur Czesak·Możliwość komentowania Szybolet. Паляниця została wyłączona
W czasie wojny różnice językowe bywają przyczyną zabijania ludzi. W czasie pokoju i w pokojowej atmosferze systemowe odrębności fonetyczne łatwo zniwelować. Wie to każdy, kto biesiadował w zróżnicowanym narodowo słowiańskim gronie. Szybolet to słowo, którego wymowę sprawdzali Galaadczykowie (tłumaczenie księdza Wujka):
Mówili mu Galaadczykowie: Czy Efratejczykeś ty? który gdy mówił: Nie jestem. Pytali go: Mówże „Szibboleth” (co się wykłada „kłos”). A on odpowiedał „Sibboleth”, tąż literą kłosu wyrazić nie mogąc. I wnet poimawszy go zabijali.
Księga Sędziów 12, 5–6
Tak było i w Krakowie po buncie wójta Alberta:
Rocznik dominikański (Krasińskich), MPH III, s. 133
Wyczesane rozmowy
I o tym mówiłem dziś z Radiu Kraków. Zapraszam do posłuchania.
Ukraina
Od dawna przedmiotem językowych testów ukraińsko-rosyjskich było słowo паляниця (palianycia), w którym Rosjanom sprawia trudność fonetyczną miękkie c pod koniec wyrazu.
Polska 2022
Gdy włączymy dopalacz chęci zrozumienia, ludzkości, różnice językowe mogą być tylko przedmiotem pogawędki przy herbacie. I oby tak było. Kineć. Konec. Kaniec.