Dziś tłusty czwartek i Wyczesane rozmowy miały być o pączkach i słodkościach. Napaść Rosji na Ukrainę odwiodła nas od tego. Można rzec, że wojna cofnęła nas o wiele wieków, a skumulowana mądrość ludzkości wiele ma do powiedzenia o wojnie.

Si vis pacem, para bellum

Ten, komu przypisuje się autorstwo tej maksymy, powiedział to zupełnie inaczej. Wegecjusz (Publius Flavius Vegetius Renatus), żyjący w IV wieku naszej ery, w Epitoma rei militaris sformułował to tak: „qui desiderat pacem, praeparet bellum”.

Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, 24.02.2022. Artur Czesak i Paweł Sołtysik

Najpierw był Heraklit (544–484 p.n.e.)

Heraklit z Efezu w jednym z zachowanych fragmentów mówił, iż wojna jest wszystkiego ojcem i królem.

Polskie mądrości równie gorzkie

Pieniądze — cięciwa wojny (Fabian Birkowski, 1613). Wojna ludzi nie rodzi, ale gubi (tenże, 1621). Miło, doma siedząc, o wojnie słuchać (Knapiusz, 1632). Kiedy się wojna poczyna, to się piekło otwiera.

Kraków, Stradom. Si vis pacem, para bellum.

Prawidłowy zapis tytułu jest na okładce książki. Na pewno ma on swoje znaczenie i uzasadnienie.

Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka, Mikołów 2021

Poczta przyniosła do mnie książkę Maestra Krzysztofa Bartnickiego pt. Myśliwice, Myśliwice. Może i dałoby się ją z czymś porównać, ale nie dysponuję tak szeroką wiedzą ani odwagą. Zanurzę się w lekturę, a jeśli przetrwam i będę w stanie coś napisać, to napiszę. Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka — bardzo dziękuję!

Nie dość, że blogi są już podobno przeżytkiem, to jeszcze niektóre z nich są wydawane w wersji książkowej. Ale ta blogerka ma swój urok, bo łączy nie tyle przeciwieństwa, ile nieczęsto się spotykające rzeczywistości: studia polonistyczne, bycie zakonnicą, szczerość i otwartość, dobry styl, znajomość teatru od maleńkości i twórcze działania teatralne, pracę nauczycielską i Dom Chłopaków w Broniszewicach, recenzowanie Gambitu królowej… Jest też trochę poetyckich medytacji plus pandemiczny #Hot16Challenge2.
Ten blog dominikanki Benedykty Karoliny Baumann jest ciekawy dla mnie właśnie dlatego, że ani nie jestem zakonnicą, ani teatr nie jest moim światem i językiem. Ale łączy nas (zaocznie) sentyment do podwóreczka z podpisami pisarzy na Wydziale Polonistyki UJ przy ul. Gołębiej.

Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2022

To nie jest recenzja ani reklama. Po prostu w ramach czytelni Czesaka dzielę się niekiedy nabytkami książkowymi i wrażeniami z lektur. Ta siostra to jedna z ciekawszych osobowości współczesnej Polski, mimo że w ubraniu nie najmodniejszym. Jakoby.

Kim jestem, żeby pisać o zmarłym 7 listopada 2021 r. językoznawcy, leksykografie, z którym się nigdy osobiście nie zetknąłem? Aby zniwelować retoryczność tego pytania, od razu odpowiem. Czytelnikiem, przede wszystkim wdzięcznym, czasem rozdrażnionym. Wdzięczność odczuwałem, gdy podczas opracowywania Słownika współczesnego języka polskiego pod redakcją prof. Bogusława Dunaja sięgałem do świeżo wówczas wydanej, komputerowo wyedytowanej „nowej sondy słownikowej” Polszczyzna, jaką znamy Jana Wawrzyńczyka i Andrzeja Bogusławskergo.

Warto wspomnieć nieogarnioną liczbę publikacji. Największą ich zaletą jest wydobycie mnóstwa jednostek językowych (ciągów literowych), dotychczas nie odnotowywanych w słownikach, mylnie (czyli zazwyczaj za późno) datowanych w publikacjach leksykograficznych. Przed ćwierćwieczem toczył Zmarły boje o chronologizację elementów umieszczanych w Nowym słownictwie polskim IJP PAN, a i w „Pracach Filologicznych” wczoraj opublikowanych (ku czci Krystyny Waszakowej) kąśliwie się wypowiedział o swym niezaistniałym wkładzie w datowanie materiału Wielkiego słownika języka polskiego PAN (wsjp.pl).
Dlaczego ze mnie czytelnik rozdrażniony? Bo ważne i ciekawe publikacje ukazywały się niekiedy w wydawnictwach megaarcyniszowych (gdzie sprawdzić, czym pierwszy użył takiego słowa?). Inne, wydane nakładem Autora, dystrybuowane były (lub nie były) kanałami, które do mojej jednak starającej się wsysać wszelkie informacje z dziedziny leksykografii gawry nie docierały.
Takie fakty powodują, że ustalenia metodologiczne, dobre w mniemaniu twórców praktyki, uściślenia proceduralizacyjne itp. nie zawsze były dostatecznie przedyskutowane. Z drugiej zaś strony mogło to sprawiać wrażenie pomijania dokonań Zmarłego, niestrudzonego zbieracza.

Festschrift bez bibliografii

W roku 2020 ukazała się księga ku czci Profesora, nosząca tytuł Wokół jednego cytatu. Ten cytat to myśl Władysława Witwickiego:

(…) człowiek, który kocha prawdę a nienawidzi błędu, nigdy sobie uszu nie zatyka i nie zaperza się, gdy jego oponent uzasadnia zdanie sprzeczne z jego dotychczasowym poglądem. Przeciwnie. Słucha ciekawie i cieszy się, jeżeli swego oponenta zwalczyć nie potrafi. Cieszy się, bo oto się pewnego błędu pozbywa (…). (…) na tym zależy mu najwięcej.

Nie stało się dobrze, że w tomie tym nie znalazła się bibliografia 75-letniego wówczas Uczonego. Odsyłanie do Wikipedii i internetowego Katalogu Biblioteki Narodowej nie budzi mego entuzjazmu. Częściowo zrekompensowała to prof. Katarzyna Wojan, redaktor naukowa Festschriftu-„pamiętnika akademickiego” w artykule o Prof. Wawrzyńczyku na łamach „Studiów Rossiców Gedanensiów”.

Ostatnie próbki stylu

Jan Wawrzyńczyk krytykował ostro, nie zawsze subtelnie; oto nierecenzja Dobrej zmiany Katarzyny Kłosińskiej i Michała Rusinka.

Schronologizować by co i sfotocytacić może

Chciałbym dodać co nieco od siebie, oczywiście do niedostępnych w przyjaznej postaci bazodanowej zbiorów J. Wawrzyńczyka, P. Wierzchonia i ich współpracowników. To może odnajdźmy jakąś jednostkę leksykalną dotychczas nie omawianą? Jak to się robi? Okażę się rzecznikiem zwalczonego już niby wstecznictwa, ale mimo bigdate’owości działań lekturę tekstów, a w ślad za nią ekscerpcję i ekscerptów weryfikację, mam za metodę wciąż prawomocną. Totalistyczne podejście nie może wykluczać metod dawnych.
Może dołowizna?

Wyrazu nie ma w Słowniku języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego, brak go także w dostępnej mi dość wczesnej wersji Słownika bibliograficznego języka polskiego J. Wawrzyńczyka (plik D z roku 2009):

Jest w Słowniku „warszawskim”, w nawiasie kwadratowym, więc uznany za gwarowy:

Z tego też powodu zasadne jest sprawdzenie go w Słowniku gwar polskich Jana Karłowicza, który faktycznie okazuje się źródłem hasła w SW:

Słownik gwar polskich PAN pozwala sprawdzić, że chodzi o powiat kolski (w granicach z 1952 r.)

Jeśli zaś mamy pod ręką źródło, dowiemy się, że to Słownik wyrazów zebranych w Czerskiem i na Kujawach autorstwa Władysława Matlakowskiego (1894).

Zastanawiające, skąd ten Rgilew (dziś urzędowo Rgielew, gmina Kłodawa), boć to ani ziemia czerska, ani Kujawy.

Ha, nie ma w NFJP!

Nie miał pełnej racji Prof. Wawrzyńczyk, gdy pisał do K. Wojan:

Mam jednak nadzieję, że nie zmartwiłoby Go to zbytnio. Dobrze jest ułowić nowy wyraz.

nfjp.pl, 18.02.2022

Nie wiem, czy rozważano zasadność włączenia potężnego Indeksu alfabetycznego wyrazów z kartoteki „Słownika gwar polskich” przygotowanej przez zespół SGP PAN pod red. Jerzego Reichana. Wówczas dołowizna może by się wyfiltrowała. Wszak jednym z ciekawszych procesów dotyczących polskiej leksyki jest przenikanie elementów ekspresywnych, choć nie tylko, z mowy warstw defaworyzowanych do polszczyzny pisanej i sieciowo ogólnodostępnej. Pisałem o tym kiedyś, od kilku lat znakomicie to przedstawiają publikacje prof. Renaty Kucharzyk.

Google znajduje tylko to, co dostrzegłem przy innej okazji:

Odnaleziony ciąg pochodzi ze zdigitalizowanego tygodnika społeczno-literackiego „Wieś” V: 1948, nr 3 (132), 18 stycznia, s. 8. Adwokat Tadeusz Majewski odnosił się do społeczności warszawskiego „pekinu” (zostawmy to na kiedy indziej) i bohaterów opowieści Wiecha.

Majewski odwołał się do numeru 48 „Wsi” z końca roku 1947, s. 7. Autorem sformułowania był wywodzący się z miejskiej biedoty Jerzy Falenciak, tu autor tekstu Moje pokolenie, później profesor prawa, bibliotekarz i funkcjonariusz aparatu PZPR we Wrocławiu. Pisał o nierewolucyjnym lumpenproletariacie i nizinach społecznych, ale przezornie takich słów nie użył.

Widoczna jest gorsza jakość skanu. Zapewne to było przyczyną nieodnalezienia formy przez Google. Ręczne odszukanie egzemplarza czasopisma i zapytanie Google’a o zidentyfikowane de visu fragmenty tekstu daje pozytywny rezultat:

Gdy poszukujemy formy „dołowizny”, odnajdujemy współczesne derywaty oznaczające nie miejsce w polu i nie warstwę społeczną, ale przynajmniej w pierwszym cytacie stan psychiczny, synonim zdołowania:

Zakończenie

Poszukiwanie prawdy bywa męczące. Bez Profesora Wawrzyńczyka polska leksykografia miałaby mniej energii, narzędzi, wzorów i materiałów.

Staram się uzupełniać listę mniejszych lub większych swoich publikacji i wystąpień (mam na to osobną podstronę: Artur Czesak. Publikacje), ale jest coś, czym chcę się pochwalić. Zostałem bowiem zaproszony, jako jedna z osób redagujących drugie wydanie Encyklopedii Krakowa, do napisania i umieszczenia w „Roczniku Biblioteki Kraków” dwóch tekstów biograficznych.

Całość numeru w formie PDF.

W bardzo bogatym treściowo woluminie znalazły się dwa moje teksty o dwóch kobietach z niezwykłego rocznika krakowskiej uniwersyteckiej polonistyki, rozpoczynającego zajęcia jesienią roku 1938: Irenie Bajerowej (z domu Klemensiewiczównie) i o Janinie Garyckiej, nietuzinkowej, choć skromnej postaci, współtworzącej treściowo i plastycznie programy Piwnicy pod Baranami. To ona napisała taką pracę magisterską, że Kazimierz Wyka uznał ją za doktorat! To u niej długie lata mieszkał Piotr Skrzynecki.

Obie bohaterki studiowały polonistykę, także tajnie podczas wojny, życie każdej z nich było niezależne i twórcze. To miara wielkości trudnych czasów.
Piszę o tym dziś, bo już całkiem niedługo nowy tom rocznika, w którym m.in. będziemy wspominać zmarłego 8 kwietnia 2021 r. doktora Stanisława Dziedzica, twórcy i dyrektora Biblioteki Kraków, redaktora naczelnego Rocznika.
O Bibliotece Kraków mówili niedawno w rozmowie z red. Jackiem Bańką w Radiu Kraków Kultura p.o. dyrektor Agnieszka Staniszewska-Mól i kierujący Działem Promocji Piotr Wasilewski.

Profesor Strutyński był lwowianinem. Nie wiem, czy prof. Strutyński udzielał się w środowiskach lwowskich i kresowych. Do Krakowa przyjechał w 1956. Opowiadał, że gdy przyjechał do Wrocławia i na specjalnym spotkaniu w Ossolineum opowiadał tamtejszym lwowianom, jak się żyło we Lwowie w latach 1945–1956, powiedzieli „To niemożliwe. Nie mogliście tak żyć”. Skwitował: „To przestałem opowiadać”.

Nekrolog: https://dziennikpolski24.pl/nekrologi/29-12-2021,2,3,cpo,nes,kos.html
Laudacja: http://archiwum.kpu.krosno.pl/gfx/pwszkrosno/pl/defaultaktualnosci/16/219/1/laudacja.pdf
Pożegnanie ze stron UJ.
Pożegnanie na stronie Wydziału Polonistyki UJ: https://polonistyka.uj.edu.pl/wydzial/aktualnosci/-/journal_content/56_INSTANCE_UOPusOSPHogN/41623/149505196https://polonistyka.uj.edu.pl/wydzial/aktualnosci/-/journal_content/56_INSTANCE_UOPusOSPHogN/41623/149505196

Jest piękne cerkiewne słowo iskoni — słychać w nim koniec, a oznacza początek, arché. Iskoni bě Slovo, czyli na początku było Słowo. W gruncie rzeczy wspólność pochodzenia prasłowiańskich †čęti i *konъ / *konь to znany filologiczny greps. Jednych on ujmie, za-chwyci, wręcz porwie, innych pozostawi obojętnymi lub zbyty zostanie wzruszeniem ramion. A jednak jest w języku moc stara, a w utrwalonych powiedzeniach dochodzą te pramyśli do głosu, nawet gdy to żartobliwe powiedzonko o kiju, co ma dwa końce, o wiązaniu końca z końcem (miesiące jak sznurki łączone) i o łapaniu za lżejszy koniec w robocie.

Co nieco z tego powiedziałem w czwartkowych, ostatnich w roku 2021 Wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków.

Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, 30.12.2021

Życzmy sobie dobrego końca, zdrowych kończyn, wytrwania wśród konieczności, dokonań. Niech końce przemieniają się w obiecujące początki.

To takie ciekawe słowo. W polszczyźnie, bo w liturgicznej łacinie adventus i już. Rozmawiałem o nim z red. Anną Piekarczyk 23 grudnia 2021 roku w Radiu Kraków.

Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, 23.12.2021

W naszej zaś części słowiańskiego continuum dialektalnego istna feeria wariantów, które Kazimierz Nitsch pogrupował w 1946 r. następująco:
I. Z początkowym a
1. adv-
2. agv- (czyli z zamianą d na g, porównajmy np. z miejscami, gdzie na drabinę mówi się grabina)
3. adv́- (miękkość adwientu wydała się K. Nitschowi cechą najbardziej archaiczną, odbiciem sposobu przyswajania wyrazów obcych w najstarszej dobie prapolszczyzny, gdy łacińska liturgia, kalendarz i obyczaj zetknęły się ze słowiańską mową państwa Mieszka)
II. Z początkowym j
1. jadv-
2. jagv-
3. jadv́- (mówiło się jadwient m.in. na Podhalu i w Krakowskiem)

Opowiadanie Bartłomieja Obrochty; spisał Juliusz Zborowski, opublikowane: „Ziemia” 1929, nr 6

4. jagv́-
III. Z unosowieniem
1. jądv- (tu literka ą użyta jest fonetycznie, oznacza nosowe a, inaczej ã, wymawiane jak we francuskim imieniu André)
2. jądv́-
3. janv-
4. janv́-
Były też pluralne janwieta, trochę jak święta, trochę jak koszta. Adwentowy zawrót głowy, na każdy dzień inna forma z terytorium Polski! Lepiej opowiedzieć o tym na sam koniec adwentu, niż nie opowiedzieć wcale.

Jan Kanty (z Kęt)

W słowie adwent mnóstwo ciekawych rzeczy, a wymowa e przed samogłoską nosową n często bywa taka sama jak wymowa ę, dlatego można było wspomnieć prof. Jana z Kęt, który się zwie również Sanctus Ioannes Cantius, Jan Kanty.

Profesorska stołówka w XV wieku. Obraz wisi na kościele pod wezwaniem Jana Kantego na osiedlu Widok w Krakowie

Mówił Jan Kanty do elitarnego grona profesorów Akademii: Pauper venit, Christus venit. Umarł 24 grudnia 1473 roku.


Zakończyła długi żywot Maria Rydlowa (26 II 1924 – 17 XII 2021). Redaktor Maria Rydlowa — w Krakowie tytuły do ludzi przyrastają zgrabnie. Jedynym moim kontaktem ze Zmarłą jest Jej książka Moje Bronowice, mój Kraków, wydana w 2013 r. przez Wydawnictwo Literackie. Doprawdy, byłby to skandal, gdyby trzeba było szukać innego wydawcy.

Autorka wspomnień łączyła dwie perspektywy i tradycje tego skupiska symbolicznej i realnej polskości, czyli Bronowic Małych — ściśle wiejską, gospodarską, włościańską, chłopską (i babską!) z miejską, literacką, inteligencką rodziny Rydlów. Niemało i prawdziwie znajdziemy w książce o niemalownicznym wieśniaczym życiu córki podwójciego Karola Trąbki i Stanisławy Trąbczyny ze Spyrlaków:

Wracaliśmy z Pietrkiem do domu późno, szczęśliwi po udanej zabawie. Matka, nie mogąc się na nas doczekać, nie mogąc doczekać się na ojca, który po pracy szedł na „ważne zebranie”, zmęczona, wpadała w pasję i zaczynała szukać kandziary. Kandziara to rodzaj dyscypliny, metrowa, z cienkiej skórki uszyta kiszka, wypchana włosiem. Skąd się u nas wzięła, nie wiem. Mama zazwyczaj nie mogła jej znaleźć, wtedy my chowaliśmy się za babcię, owijając się jej szeroką spódnicą, ciągnęliśmy ją w kąt izby, by zabezpieczyć tyły. Słyszeliśmy tylko głos babci: „Stasiu, dej spokój, bijesz mnie tylko tą kandziarą po plecach”. Niewiele przejmowaliśmy się karą. Kiedy mama odchodziła do pilnych prac wieczornych, chowaliśmy natychmiast kandziarę i z pewnego rodzaju żalem jedliśmy kolację i szliśmy spać. Mama pracowała za dwoje, bardzo dbała o dom, o nas. Upłynęło wiele lat, nim zrozumieliśmy, że można bardzo kochać i wymachiwać kandziarą. Wydawało nam się, że ojciec jest bardziej wyrozumiały. Był wyrozumiały, bo na co dzień mało w domu przebywał. Pogodny, towarzyski, lubił się napić, co, niestety, było główną przyczyną nieporozumień, a czasem awantur w domu. Najwięcej cierpieliśmy z powodu pasji społecznikowskiej ojca my, dzieci, i babcia.
Od nazwiska męskiego Trąbka w polszczyźnie standardowej tworzy się formę nazwiska żony Trąbczyna i córki Trąbczanka.

Cenne jest wspomnienie o znajomości z Józefą (pierwotnie Perel) Singer, identyfikowaną z Rachelą z Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Życie człowieka jako postaci literackiej na pewno było trudne, o czym wiele powiedział Roman Brandstaetter w Ja jestem Żyd z „Wesela”. Józefa Singer przeżyła opisanie w narodowym dramacie, zmianę wyznania i środowiska, śmierć całej niemal rodziny, przejścia z warszawskimi szmalcownikami (czy komuś zostały opowiedziane?), wygnanie po powstaniu, przez obóz w Pruszkowie i pobyt we wsi Moczydło w gminie Książ Wielki (powiat Miechów), wreszcie powrót do Krakowa. W tym Krakowie musiała żyć jak duch, skoro w zasadzie o jej istnieniu nie wiedziano.

I jeszcze jedno wspomnienie Marii Rydlowej, inne niż Boyowa Plotka o „Weselu”, ale ważne, ciekawe, najpierw zamieszczone w „Bronowickich Zeszytach Historyczno-Literackich”, nr 27, wyd. Towarzystwo Przyjaciół Bronowic, Kraków, grudzień 2009. Ja cytuję z „Gazety Bronowickiej” nr 176–177 (wrzesień 2014), s. 21:

Któregoś ranka, gdy wychodziłam z domu na wykłady, zatrzymał mnie ojciec i zapytał, czy będę się widzieć z Pepą Singerówną. Na moje zapewnienie, że będę na Loretańskiej w południe, powiedział: „Powiedz Pepie, że umarł Antek Dzieża”. W południe zaszłam na Loretańską, bo właśnie malowałam z panną Józefą boazerię w kuchni, korzystając z nieobecności Mrożewskich. W czasie pracy przypomniałam sobie polecenie ojca. Pani Józefa na wiadomość o śmierci Antoniego Dzieży, gospodarza z Bronowic, mimo podeszłego wieku mężczyzny bardzo przystojnego, zapaliła nerwowo papierosa i podeszła do okna. Długo stała w oknie. Nie śmiałam przerwać milczenia. Po jakimś czasie pani Józefa wróciła do pracy. Wieczorem, po powrocie do domu, zapytałam ojca, co łączyło Józefę Singerównę z Antkiem Dzieżą, i dowiedziałam się, że oni się kochali, że ludzie wiedzieli o wielkiej miłości pięknej Żydówki i urodziwego parobka. Młodzi nie zdecydowali się na małżeństwo – za głęboka przepaść ich dzieliła…

I przytoczyła autorka wspomnienia fragment Wesela (scena 36, akt I):

POETA

Pani się kiedy zakocha
w chłopie….

RACHEL

Pan może wywróży.
Mam do chłopców pociąg duży,
lecz być musi ładny chłopiec.
Powrót, powrót do natury.

„Czyżby Wyspiański wiedział o tej miłości, może doszły go plotki, ludzie na wsi wiedzieli najwięcej. Nigdy nie słyszałam o tej miłości pani Józefy ani u Rydlów, ani u Tetmajerów” — skonstatowała Redaktor Rydlowa. Jeden z bronowskich (czy też bronowickich) Antonich Dzieżów zmarł na początku kwietnia roku 1951, choć czy jakaś prawda w tym wspomnieniu i domyśle się kryła, chyba nikt już dziś nie opowie.
Dlaczego o tym piszę? Bo ta śmierć oprócz oczywistego żalu za ludzkim istnieniem przywodzi na myśl fenomen pamięci indywidualnej, rodzinnej i zbiorowej. Odchodzi osoba żywo opowiadająca o kontekstach wydarzeń sprzed 120 lat — pozostaje wiedza i wrażliwość, zmagazynowane w książkach i drukach. Oraz wdzięczność.

Sam siebie nie kojarzę ze sportem, a jednak w pandemicznym roku 2020 doszło do mojego telefonicznego spotkania z Jerzym Chromikiem i nawet powstało kilka audycji, w których o języku sportu, sportowców i komentatorów mówili dziennikarze, a parę słów komentarza dorzucałem ja.
Jerzy Chromik zaś jako koordynator, inspirator, dobry duch, kopalnia pomysłów. Wygląda to jak jakaś litania, ale nic to. Dodam jeszcze: mistrz celnych pytań, wytrwały słuchacz. Te superlatywy nie mogą być czcze, skoro środowisko dziennikarskie nominowało go do nagrody imienia B. Tomaszewskiego. Nie ignoruję Michała Okońskiego, ale nie o nim jest ten tekst.

Żółta ramka z nominowanymi do nagrody komponuje się kolorystycznie z okładką książki wydanej przez wydawnictwo SQN pt. Remanent. Autor bardzo dynamicznie rozpoczął lata swe emerytalne. Poznajdował, posprawdzał i wybrał teksty ważne w historii polskiego sportu i sportowego dziennikarstwa, ujmujące niebanalnymi pytaniami, wrażliwością i dociekliwością. Zapowiada się trylogia.

Dla człowieka dysponującego tak szeroką niewiedzą co do kulisów sportu jak ja każdy tekst z tej książki to odkrywanie nowego świata. Bardzo ciekawe wywiady, przy okazji oddające atmosferę swoich czasów — pogrążonego w kryzysie i korupcyjnym zakłamaniu schyłkowego PRL, pełnego ludzi rwących się do wolności i tłamszonych przez świetnie ustawionych cwaniaków (nie tylko, nie tylko), lata późniejsze z sukcesami i kryzysami drużyn i poszczególnych zawodników…

Czego mi brakuje? Kto czytuje książki od końca, zgadnie od razu: indeksu nazwisk. Przyjemność czytania jest, ale gdyby się chciało z książki korzystać jako źródła wiedzy, szybkiego dostarczyciela ciekawych wspomnień i opinii o poszczególnych osobach, jest się pozbawionym pomocy poręcznego spisu. Ale to nie przeszkadza miłośnikom anegdot, zaś adeptom sportowego dziennikarstwa można radzić chłonięcie całości i robienie notatek.