Zachwyciła mnie na Sabałowych Bajaniach. W tym, co i jak mówiła, była siła emocji, tradycja i odniesienie do współczesności. Gwara Gór Świętokrzyskich z wieloma jej archaicznymi cechami. Drobne uchybienia wobec spoistości systemu wynikały także z tego, że nie było to pierwszy język zmarłej 25 stycznia 2026 r. gawędziarki. Posłuchajmy fragmentu opowieści z 2014 roku.

Proces zanikania gwar jako języka codziennej komunikacji nie musi oznaczać ich odejścia w niebyt. Gwara przenosi się w nowe sfery użycia: do mediów społecznościowych, reklamy, a nawet sztuki wysokiej.

Przykład Ewy Siudajewskiej wpisuje się w tę teorię jako dowód na żywotność mowy tradycyjnej w sytuacjach niekonwencjonalnych. Jej gawędy, choć oparte na archaicznym materiale, trafiały do współczesnego odbiorcy dzięki autentyczności i emocjonalnej głębi. Słuchając jej na Sabałowych Bajaniach, można było odnieść wrażenie, że mowa ta jest bezpośrednim łącznikiem z rdzeniem narodowej duszy.

Doktor Alicja Trukszyn, która wiele lat pracowała w Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach, tak wspomina Zmarłą:

– Była cudowną osobą. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie u niej w domu, kiedy zgrywaliśmy materiał do obsługi Świętokrzyskiej Zagrody Kultury w Hucie Szklanej, to jak pięknie śpiewała, jak pięknie opowiadała. Jest mi bardzo przykro, że jej już nie ma wśród nas, ale pamięć o niej zostanie. To była bardzo jasno świecąca gwiazda na firmamencie świętokrzyskich wierzeń, świętokrzyskiej gwary, świętokrzyskiego stroju. Niech ją do snu wiecznego kołyszą świętokrzyskie jodły. Niech jej śpiewa ta ziemia, to co jej w duszy grało. (Źródło: https://radiokielce.pl/1377430/byla-kolbergiem-w-spodnicy-nie-zyje-ewa-siudajewska/)

Niech opowieści trwają.

Więcej o Ewie Siudajewskiej można przeczytać tutaj: https://miedziana-gora.pl/asp/pliki/glos2016/glos_miedzianej_gory_16_09_f.pdf

https://echodnia.eu/swietokrzyskie/nie-zyje-ewa-siudajewska-regionalistka-gawedziarka-znawczyni-i-popularyzatorka-swietokrzyskiej-gwary/ar/c1p2-28670409

Niech będzie, że spoganiałem, ale może się jakoś wytłumaczę. Marta Krajewska napisała książkę*, którą powinni polecać profesjonalni pedagodzy, a nie ja, nieneutralny, bo miałem do czynienia z redagowaniem tego tekstu. Specjaliści od wychowania młodzieży mogą dostrzec i przekazać to rodzicom i bibliotekarzom, że opowieści te uczą wrażliwości, stawiania granic, odnajdywania się w grupie, przepracowywania krzywd, odwagi i ostrożności zarazem, a to nie wszystko. Ideał, prawda?

Idealizatorzy prasłowiańskich wyobrażeń na temat pradziejów mogą się zachwycać lub wskazywać na braki względem ich wizji ortodoksji, a miłośnicy pozytywistycznego dydaktyzmu i Starej baśni niech pomyślą, czego brakuje w dawnych narracjach.

Mam nadzieję, że młodszą młodzież ominą te deliberacje, których wizje wyżej przedstawiłem. Młodym czytelniczkom i czytelnikom życzę, by się zachwycili światem sprzed ponad tysiąca lat, jakże odległym od naszej technicznej cywilizacji. Niemało w nim tajemnic i niebezpieczeństw oraz przestróg i zaklęć obronnych. Zjawienia się tego, co inne (takie epifanie mam na myśli), przyprawiają o ciarki i naprawdę fascynują. Nie wiadomo, co się wydarzy.

Ale… Bohaterowie tej opowieści żyją i przeżywają liczne emocje w świecie równocześnie bardzo swojskim: dom, pole i las to rdzeń naszej zbiorowej wyobraźni. Rodzeństwa się kłócą, starcy zrzędzą, przyroda jest groźna, zdarzają się niesprawiedliwe oskarżenia, nieszczęścia i istnieje prawdziwe zło. Toż to słowiańskie wioski, z Bartkami i Marcysiami, tylko pobożne westchnienia umęczonych pracą matek kierowane są, odmiennie niż współcześnie, np. do słodkiej Mokoszy.

Ilustracje, a właściwie cały projekt graficzny książki to wizja Alicji Filiacz. Mógłbym próbować opisywać ją jako (słuszne!) zaprzeczanie różnego rodzaju ścieżkom wyobrażania naszej pradawności — nie są to malunki pseudoludowe, w których by widać było jakieś fascynacje prymitywizmem czy malarstwem na szkle, nie jest to pseudośredniowieczna hieratyzacja postaci ani wschodniosłowiańska postsowiecka grafika pełna pucołowatych gąb i pustej dynamiki. Już prędzej dostrzec tu można inspiracje japońskie, delikatność i finezję. Ilustracje są tu także opowieścią towarzyszącą, umożliwiającą pogłębienie przeżycia.

To wciąż nasz świat. Znakomita lektura nie tylko na jesienny czas. Ponadświatowe istoty, rusałki, kikimory, wodniki i południce pozwalają młodym bohaterom dotknąć tajemnicy, przeżyć grozę i oczyszczenie, wstąpić na nowe poziomy (samo)świadomości.


* Marta Krajewska, Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie strachy w opowieściach, ilustracje Alicja Filiacz, Warszawa: Wydawnictwo Kropka, 2025.


Nie byłbym sobą, gdybym nie docenił słowniczka z pojęciami dotyczącymi kultury tradycyjnej, a nie mitologii, na końcu książki.

Lektura doniesień prasowych potrafi niekiedy dostarczyć językoznawcy materiału do analizy. Tak było w moim przypadku, gdy natrafiłem na artykuł poświęcony nowej inwestycji deweloperskiej w Poznaniu. Budynek, wzniesiony na wyjątkowo wąskiej działce, został określony przymiotnikiem „fifny”. To z pozoru proste słowo, dla wielu użytkowników języka polskiego niezrozumiałe, stanowi doskonały przyczynek do rozważań nad semantyką, etymologią i współczesną kondycją leksyki regionalnej, w tym wypadku – wielkopolskiej.

FIFNY, czyli…

Przymiotnik „fifny” charakteryzuje się interesującą polisemią, a jego pole semantyczne ogniskuje się wokół pozytywnych cech, które można przypisać zarówno obiektom, jak i osobom. Analiza materiału słownikowego oraz poświadczeń tekstowych pozwala wyróżnić co najmniej trzy główne wektory znaczeniowe:

  1. Estetyka i wygląd: „Fifny” jako synonim słów zgrabny, szykowny, kształtny. W tym ujęciu odnosi się do harmonii i proporcji, jak w przypadku wspomnianego budynku czy „fifnej…” (jak jest DZIEWCZYNA po wielkopolsku?).. To najczęstsze, potoczne rozumienie tego słowa w dzisiejszym Poznaniu.
  2. Intelekt i spryt: Znaczenie bliskie określeniom sprytny, pomysłowy, inteligentny, a nawet chytry (w pozytywnym sensie). „Fifny szczon” (chłopak) to ktoś obrotny, potrafiący sobie radzić w różnych sytuacjach, obdarzony życiową zaradnością.
  3. Sprawność i kompetencje: „Fifny” jako określenie zręczności, biegłości i fachowości. Można być „fifnym” rzemieślnikiem, co implikuje wysokie umiejętności praktyczne i skuteczne działanie.

Korzenie etymologiczne

Genezy przymiotnika „fifny” należy upatrywać, podobnie jak w przypadku wielu innych regionalizmów wielkopolskich, w języku niemieckim. Stanowi on fonetyczną i morfologiczną adaptację niemieckiego słowa „pfiffig”, które oznacza 'sprytny’, 'przebiegły’, 'pomysłowy’. Jest to klasyczny przykład zapożyczenia leksykalnego, będącego następstwem wielowiekowych kontaktów językowych i kulturowych w regionie, historycznie stanowiącym część zaboru pruskiego. Proces adaptacji świadczy o kreatywności użytkowników gwary, którzy nie tylko przejęli obcy leksem, ale również rozszerzyli jego zakres semantyczny na sferę estetyki.

Poświadczenia w materiale gwarowym

W tekstach dialektologicznych i zbiorach gwary poznańskiej odnajdujemy liczne poświadczenia użycia analizowanego przymiotnika, które ilustrują wspomnianą wcześniej wieloznaczność. Warto przytoczyć kilka przykładów ukazujących słowo w jego naturalnym kontekście:

  • „Wytaśtom przodek zez szafónierki, obłucze fifnom katane z derki” (o zgrabnym, szykownym stroju).
  • „Galubiński to był fifny szczon. Dziwuszki tak za nim zerkały” (o sprytnym, pociągającym młodzieńcu).
  • „Jak będziesz fifny, to cie w nauce zatrzymie a nie, to pójdziesz do kowala” (o zręczności i predyspozycjach do nauki).

Źródło: fifny | Gwara Poznania | Poznan.pl

A zatem

Przykład przymiotnika „fifny”, przywołany przez współczesny tekst dziennikarski, dowodzi, że regionalizmy nie są jedynie zamkniętym w słownikach reliktem przeszłości. Potrafią one przetrwać w uzusie językowym, stanowiąc żywy element tożsamości lokalnej i wzbogacając ogólną polszczyznę. Badanie takich leksemów pozwala nie tylko na rekonstrukcję historii języka na danym terenie, ale również na obserwację jego dynamiki i zdolności do adaptacji. To właśnie w tych „małych słowach” kryje się często wielka historia.

O słowach chętnie dyskutuję, zapraszam do korespondowania.

To jest coś niemożliwego, a istnieje od wielu lat. Zmienia Nowy Sącz i inne miejscowości w przestrzeń dobra i piękna.

Każdy dzień wnosi nową wrażliwość i walory poznawcze.

Warto dodać, że festiwalowi towarzyszy refleksja. Właśnie ukazała się książka będąca pokłosiem konferencji sprzed paru lat.

Więcej informacji na stronie Wydawcy: MCK SOKÓŁ.

W krakowskich latach na przełomie mileniów podobno Sławomir Mrożek przeprosił osoby abiturienckie za to, że jego Tango było na maturze. Pisano o tym na stronie RMF: https://www.rmf24.pl/kultura/news-o-tym-jak-mrozek-chowal-sie-przed-sasiadem-i-inne-anegdoty,nId,1027541

Dziś znowu było. Czy można i trzeba przepraszać za prowokowanie do myślenia? Autor był świadom złożoności recepcji literatury.

O tym dumam w Gabinecie Mrożka przy biurku, na którym powstawała Policja.

Był przymus, ale też przyzwyczajenie i dzień wolny, a po pochodzie „na zakładzie” filmy z projektora dla dzieci.

Ta migawka pozwala docenić brak przymusu w wolny dzień.

Starzy stańczycy pisali, że zła nauka historii przekłada się na złą politykę czy jakoś tak. Nieprecyzyjne i zmienne w czasie pojęcia powodują nawarstwianie się nieporozumień i urazów. Jednym z takich pojęć jest mniejszość narodowa, narodowość, etnos. Ciekawe jest to, że w Republice Słowackiej mówiących po małopolsku Górali uznano za mniejszość. Czy to wpływa na sytuację w Rzeczypospolitej Polskiej? Niekoniecznie. Jak podała PAP:

„Dla nas sprawy regionalne są oczywiście ważne, ale jesteśmy Polakami i polskimi góralami. Nie widzę tu żadnych podstaw, żeby rejestrować się jako mniejszość narodowa. Inną sprawą jest dbanie o sprawy regionalizmu, gwary — ale nie mówimy nawet o odrębnym języku, tylko o gwarze. Zabiegamy o zachowanie naszego dziedzictwa kulturowego, ale absolutnie nie jesteśmy mniejszością narodową. Jesteśmy Polakami i czujemy się Polakami” — powiedział w rozmowie z PAP prezes Kowalczyk.

Prezes Związku Podhalan zwraca uwagę, że górale mają swoją kulturę, w tym charakterystyczne stroje regionalne, muzykę i taniec, podobnie jak inne grupy etniczne i folklorystyczne w Polsce. Związek Podhalan dąży do tego, aby kultura ludowa była trwała i żyła we wszystkich regionach kraju. „Dbamy o nasze tradycje regionalne o to, co przekazali nam nasi przodkowie. Cała Polska jest bogata w folklor, w kulturę regionalną, w tym również góralską” — dodaje Kowalczyk. Źródło: Onet.pl

Nie całkiem jest to odpowiedź na pytania o autoidentyfikację i status, ale jest to stanowisko prezesa reprezentatywnej, a nawet elitarnej organizacji społecznej zrzeszającej ludność identyfikującą się jako górale (Górale).

Nawet kwestia pisowni od małej lub od dużej litery jest kłopotliwa, co oczywiście ma związek z historią, zwłaszcza z ranami wywoływanymi przez sprawę Goralenvolk nie przedyskutowaną w atmosferze wolności po wojnie, bo jej nie było, zakonserwowanej więc, zapiekającej się, a wreszcie popadającej w zapomnienie i poddanej reinterpretacjom i manipulacji z powodu upływu czasu i śmierci świadków epoki.

Już się drukuje.

FISZKI (089.3)

Matka tka?

Nie ma relacji bardziej pierwotnej, biologicznej i oczywistej, a zarazem problematycznej, podważonej i uznanej wręcz za źródło wielu traum przez pewne nurty refleksji psychologicznej jak relacja dziecka z matką. Ale też nakładają się na więzi naturalne przeróżne interpretacje, nieraz bardzo splątane.

Ta pierwotność słowa i pojęcia, wywodzącego się w naszej indoeuropejskiej rodzinie językowej od dziecięcego ma, oczywiście podwajanego, z przyrostkiem –ter (greckie mētēr, łacińskie mater, staropolskie mać, dopełniacz: macierze),  nie powstrzymała jednak wielu pisarzy od fantazji etymologicznych. Na przykład takiej, że słowo matka oznacza, iż „co ma, to tka, czyli daje, wtyka, dzieciom”. Niby racja, zwłaszcza potwierdzą ją ci, którzy po Świętach Wielkanocnych przywieźli torby pełne słoików od swojej mamusi.

Przypisywano tę myśl barwnemu i niezbyt pobożnemu franciszkaninowi, skądinąd prawnukowi Ludwika Justusa Decjusza (kolegi Kochanowskiego, który mieszkał w Willi Decjusza na Woli Justowskiej tak właśnie zwanej od jego imienia). Przestudiowanie wydanego w Krakowie w 1633 roku dzieła Wywód jedynowłasnego państwa świata, w którym pokazuje X. Wojciech Dębołęcki z Konojad (…), że Język Słowieński pierwotny jest na świecie potwierdziło, że owszem, takim sposobem wywodził Jadama właśnie (bo mu Bóg rzekł w raju: „Ja dam tobie…”) czy Babilon zwał Babimłonem, bo Noego żona „babą im była”, ale etymologię „Matka, niby Ma, tka, Dzieciom” zawdzięczamy sarmackiemu encyklopedyście Benedyktowi Chmielowskiemu, bohaterowi Ksiąg Jakubowych Olgi Tokarczuk. Frazę „matka tka” wykorzystał zaś Jeremi Przybora w piosence Dziecię tkaczy, ale to jeszcze inna historia.

Nie oczekuję od siebie i swojego bloga podsumowania pontyfikatu. Raczej migawki o tym, co go tworzyło i konstytuowało — zaskoczenia, radości, zażenowanie, poczucie odmienności kontekstu, niesmak, fascynacja.

Trwały ślad to niecelebrowanie swojej papieskości, łączenie głębi z plebejskością, prostota formy życia. To ważne. W Krakowie trwałą pamiątką są tramwaj, którym jechał z osobami niecelebryckimi w czasie Światowych Dni Młodzieży w roku 2016,

i ławeczka z podstawowym wykładem etyki międzyludzkich relacji: proszę, dziękuję, przepraszam. Zatem ulica Franciszkańska będzie miała podwójne odniesienie.

Zwykły i niezbyt wygodny dla starca samochód osobowy, tramwaj i wózek inwalidzki jednak jakoś bardziej przemawiający niż sedia gestatoria. Człowiek, który został człowiekiem, multum doświadczeń, twardość i czułość.

  1. Konklawe, 2013. 2. Wielkanoc 2025, fot. Yara Nardi / Reuters

Czułość, wrażliwość to nie czysty sentyment, ale miejsce spotkania ludzi i ich światów. Jak Franciszka (!) Karpińskiego, zmarłego papieża i Olgi Tokarczuk.