Niech będzie, że spoganiałem, ale może się jakoś wytłumaczę. Marta Krajewska napisała książkę*, którą powinni polecać profesjonalni pedagodzy, a nie ja, nieneutralny, bo miałem do czynienia z redagowaniem tego tekstu. Specjaliści od wychowania młodzieży mogą dostrzec i przekazać to rodzicom i bibliotekarzom, że opowieści te uczą wrażliwości, stawiania granic, odnajdywania się w grupie, przepracowywania krzywd, odwagi i ostrożności zarazem, a to nie wszystko. Ideał, prawda?

Idealizatorzy prasłowiańskich wyobrażeń na temat pradziejów mogą się zachwycać lub wskazywać na braki względem ich wizji ortodoksji, a miłośnicy pozytywistycznego dydaktyzmu i Starej baśni niech pomyślą, czego brakuje w dawnych narracjach.

Mam nadzieję, że młodszą młodzież ominą te deliberacje, których wizje wyżej przedstawiłem. Młodym czytelniczkom i czytelnikom życzę, by się zachwycili światem sprzed ponad tysiąca lat, jakże odległym od naszej technicznej cywilizacji. Niemało w nim tajemnic i niebezpieczeństw oraz przestróg i zaklęć obronnych. Zjawienia się tego, co inne (takie epifanie mam na myśli), przyprawiają o ciarki i naprawdę fascynują. Nie wiadomo, co się wydarzy.

Ale… Bohaterowie tej opowieści żyją i przeżywają liczne emocje w świecie równocześnie bardzo swojskim: dom, pole i las to rdzeń naszej zbiorowej wyobraźni. Rodzeństwa się kłócą, starcy zrzędzą, przyroda jest groźna, zdarzają się niesprawiedliwe oskarżenia, nieszczęścia i istnieje prawdziwe zło. Toż to słowiańskie wioski, z Bartkami i Marcysiami, tylko pobożne westchnienia umęczonych pracą matek kierowane są, odmiennie niż współcześnie, np. do słodkiej Mokoszy.

Ilustracje, a właściwie cały projekt graficzny książki to wizja Alicji Filiacz. Mógłbym próbować opisywać ją jako (słuszne!) zaprzeczanie różnego rodzaju ścieżkom wyobrażania naszej pradawności — nie są to malunki pseudoludowe, w których by widać było jakieś fascynacje prymitywizmem czy malarstwem na szkle, nie jest to pseudośredniowieczna hieratyzacja postaci ani wschodniosłowiańska postsowiecka grafika pełna pucołowatych gąb i pustej dynamiki. Już prędzej dostrzec tu można inspiracje japońskie, delikatność i finezję. Ilustracje są tu także opowieścią towarzyszącą, umożliwiającą pogłębienie przeżycia.

To wciąż nasz świat. Znakomita lektura nie tylko na jesienny czas. Ponadświatowe istoty, rusałki, kikimory, wodniki i południce pozwalają młodym bohaterom dotknąć tajemnicy, przeżyć grozę i oczyszczenie, wstąpić na nowe poziomy (samo)świadomości.


* Marta Krajewska, Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie strachy w opowieściach, ilustracje Alicja Filiacz, Warszawa: Wydawnictwo Kropka, 2025.


Nie byłbym sobą, gdybym nie docenił słowniczka z pojęciami dotyczącymi kultury tradycyjnej, a nie mitologii, na końcu książki.

Krapułek czy krapułka. Ilustracja Sebastiana Kudasa do ksiażki Karoliny Grodziskiej Ubożęta, półbożęta, 2023

„Jest inny świat, tak, wiem, gdzieś tu” – śpiewa Antonina Krzysztoń. Ta fraza towarzyszyła mi przy zachłannej lekturze nowej książki Karoliny Grodziskiej Ubożęta, półbożęta*. Fantastyka naukowa wcale nie musi być futurystyką, a nieznane światy nie muszą znajdować się w odległych galaktykach. Piszę, że to naukowa fantastyka, ale proszę sobie nie wyobrażać statków kosmicznych i podróży międzyplanetarnych. Za to nieznane społeczności, organizmy rozumne i inteligentne – owszem.

Tysiącletnie rezydencje możnych czy choćby chłopskie siedliszcza stale zamieszkane przez zmieniające się pokolenia tego samego rodu w naszej części makroświata nie istnieją. Omawiana książka dowodnie przekonuje, że towarzyszą nam byty pod względem swej materialności nieco chwiejne, ale za to przekraczające granice epok i światopoglądów. Może więc nie jest to naukowa fantastyka, ale nadrealizm erudycyjny.

Świat przedstawiony jest najzupełniej naszym światem, Kraków jest jego centrum, każda biblioteka zaś sercem i źródłem energii. Nie z samej wyobraźni zrodziły się opisywane ze skrupulatnością badawczą organizmy z rozgałęzionych drzew systematycznych, których nazwy i samo istnienie jest oczywiste, jakby czytała nam o nich wewnętrzna Krystyna Czubówna.

W kolejnych rozdzialikach poznajemy licznych towarzyszy naszych dni codziennych, lektur, herbat, toczenia kamieni i rysowania trójkątów. Nie tylko wszelakie prasłowiańskie domowe istotki pół boże, pół demoniczne, ale też przybyszów z kart słowników.

Warto wiedzieć, że za moc naszą „orłów, sokołów” i intelektualną finezję planów naprawy miasta i świata, państwa i kościoła oraz niespodziewany potem smutek odpowiadają… niestety, krapułki.

Nowy słownik podręczny łacińsko-polski, opracowany podług najlepszych źródeł przez Łukasza Koncewicza, b. prof. gimn. gub. lubelskiej, Książnica Polska Tow. Naucz. Szkół Wyższych, Lwów – Warszawa MCMXXII, s. 203 —————————-

Fascynuje ta książka szczególnym punktem usytuowania narracji – jest osobista, ale świadomie reprezentująca grono osób podobnie odbierających rzeczywistość, nierzeczywistość oraz absurd, otwarta także na przyuczających się do zaglądania „pod podszewkę świata”. To jest uniwersum inteligenckich domów, różnorodnych ludzkich prac i dni.

Rysunki Sebastiana Kudasa są autonomiczną fantastyczno-artystyczną opowieścią, wy-obrażeniami, czyli słowami przekształconymi w obrazy.

Sebastian Kudas, ilustracja do rozdziału Krapułki
Ilustracja po rozdziale Krapułki

Stłamsiłem w sobie dialektologa komparatystę i etymologa amatora, ale już zachwytu polszczyzną samą i zdolnościami słowotwórczymi, pamięcią i erudycją dusić i ukrywać nie będę. Ileż tu stworów sprawność, nieprzewidywalność, chwytność polszczyzny udowadniających. Rdzenie i przyrostki łączą się radośnie, płodząc coraz to nowe lub wcielając prastare maciupeńkie wyrazki.

Tu delikatne wspomnienie średniowiecznego kronikarza, jakiś poświst czci oddawanej dawnym bóstwom obecnej w odwiecznych, choć niby błahych słowach, tam jakieś bajtałaszki (wspomniane wśród paplaczy), przybysze w niewiadomych krain! Słowotwórcza biegłość oszałamia. Mógłby się pedant spierać, czy lepszym słowem jest nienasytca czy nienasyciec, ale to spór spekulatywisty z Obserwatorką, która przecież widzi lepiej od filologów.

Ma też książka Pani Doktór Grodziskiej wręcz walor praktyczno-poradnikowy, co potwierdzam niniejszym solennie. Dwa dni się głowiłem, gdzie leży świeżo zakupiona stara monografia wróbla (bezwzględnie konieczna przy pisaniu pewnego tekstu), i już zacząłem się autodestrukcyjnie obwiniać o bałaganiarstwo. Niesłusznie! Teraz wiem, że to jakiś domowy, rozpleniony pośród regałów i starannie wyważonych stert ksiąg i kser chachmęt rozwinął na nią swój ogon. Nie moja więc wina. Q.E.D.

Czy to książka z morałem, w końcu nieco bajeczna? Jam wydestylował taki: wino w domu musi być, skoro są oćmaki.


* Karolina Grodziska, Ubożęta, półbożęta, ilustracje Sebastian Kudas, Wydawnictwo Austeria, Kraków – Budapeszt – Syrakuzy 2023 Do nabycia TUTAJ.

Chimeryczne jest coś podobne do chimery, a właściwie Chimajry greckiej po łacinie Chimaerą nazwanej. Zygmunt Kubiak w Mitologii tak ją opisał:

Potwór ten, określony wyrazem (chimaira) po grecku oznaczającym po prostu „kozę”, jawi się nam w jednym wersie (181) śledzonej tu przez nas opowieści Homerowej: Z przodu lew, z tyłu wąż, a koza pośrodku. Według Teogonii miał on aż trzy głowy: Iwią, kozią i wężową (czy smoczą). W greckiej sztuce jest to szczególnie dziwne, gdy kozi łeb wyrasta ze środka grzbietu potwora. Według Hezjodejskiego poematu Chimera ziała nieodpartym ogniem” (w. 319), a była rodu boskiego: pochodziła od Tyfona (ostatniego syna Ziemi) i Echidny, będącej od góry piękną kobietą, od dołu wężem.

Nasze chimery i chimeryczne zachowania

W języku polskim oczywiście mamy do czynienia z przetworzeniami zarówno rzeczownika, jak i przymiotnika. Chimeryczne są więc marzenia i działania — kapryśne, nieracjonalne, jakby motywowane różnymi zupełnie przyczynami. Chimery zaś zbliżają się do fochów albo focha w liczbie pojedynczej. Tak oto rozmawialiśmy o nich w Wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków:

Wyczesane rozmowy, 23 marca 2023 r.

Obrazy i cytaty

Redaktor Paweł Sołtysik snuł myśl, że polszczyzna jest nieco chimeryczna, przez swoje zawijasy graficzne i niespodzianki w odmianie, ale jam się tym sugestiom nie poddawał, bo polszczyzna piękna i klarowna, choć jej znawcy… Różnie to bywało. Nie wiem, który z luminarzy bardziej był chimeryczny — Kazimierz Nitsch czy Aleksander Brückner, nazwany przez tego pierwszego chimerycznym polihistorem. Chyba przyganiał kocioł garnkowi, jeśli wierzyć wspomnieniom o Nitschu snutym przez jego uczniów, zafascynowanych wiedzą, lecz ze zgrozą wspominających tyrady mistrza, w których nisko oceniał on ich wiedzę i chęci do nauki.

Język Polski, organ TMJP, 1947

Jak wyziera Chimera?

Piękno i groza. Mogłaby Chimera vel Chimajra wyglądać tak jak na rycinie:

Jacopo Ligozzi, przełom XVI i XVII wieku

A gdzie Bellerofon(t) na Pegazie?

Oto pędzi Bellerofon, któremu cząstka –t– w imieniu według erudytów dopiero w przypadkach zależnych pojawiać się powinna, ołowiany grot w pysk Chimajry wraża, ten się w ogniu roztopi, ołów zaleje wnętrzności potworne i ukatrupi monstrum.

Bellerofon na Pegazie Chimerę zabija. Źródło: https://www.museerolin.fr/en/museums-masterpieces

To mozaika z II lub początku III wieku naszej ery, w sensie: po Chrystusie, odkryta w roku 1830. Czy mogła wpłynąć na przedstawienia Świętego Jerzego?