Już się drukuje.

FISZKI (089.3)

Matka tka?

Nie ma relacji bardziej pierwotnej, biologicznej i oczywistej, a zarazem problematycznej, podważonej i uznanej wręcz za źródło wielu traum przez pewne nurty refleksji psychologicznej jak relacja dziecka z matką. Ale też nakładają się na więzi naturalne przeróżne interpretacje, nieraz bardzo splątane.

Ta pierwotność słowa i pojęcia, wywodzącego się w naszej indoeuropejskiej rodzinie językowej od dziecięcego ma, oczywiście podwajanego, z przyrostkiem –ter (greckie mētēr, łacińskie mater, staropolskie mać, dopełniacz: macierze),  nie powstrzymała jednak wielu pisarzy od fantazji etymologicznych. Na przykład takiej, że słowo matka oznacza, iż „co ma, to tka, czyli daje, wtyka, dzieciom”. Niby racja, zwłaszcza potwierdzą ją ci, którzy po Świętach Wielkanocnych przywieźli torby pełne słoików od swojej mamusi.

Przypisywano tę myśl barwnemu i niezbyt pobożnemu franciszkaninowi, skądinąd prawnukowi Ludwika Justusa Decjusza (kolegi Kochanowskiego, który mieszkał w Willi Decjusza na Woli Justowskiej tak właśnie zwanej od jego imienia). Przestudiowanie wydanego w Krakowie w 1633 roku dzieła Wywód jedynowłasnego państwa świata, w którym pokazuje X. Wojciech Dębołęcki z Konojad (…), że Język Słowieński pierwotny jest na świecie potwierdziło, że owszem, takim sposobem wywodził Jadama właśnie (bo mu Bóg rzekł w raju: „Ja dam tobie…”) czy Babilon zwał Babimłonem, bo Noego żona „babą im była”, ale etymologię „Matka, niby Ma, tka, Dzieciom” zawdzięczamy sarmackiemu encyklopedyście Benedyktowi Chmielowskiemu, bohaterowi Ksiąg Jakubowych Olgi Tokarczuk. Frazę „matka tka” wykorzystał zaś Jeremi Przybora w piosence Dziecię tkaczy, ale to jeszcze inna historia.