Świat stracił 4 marca 2026 roku człowieka, który jak mało kto rozumiał, że wielkość języka nie mierzy się liczbą jego użytkowników, lecz siłą jego trwania, oczywiście wzmacnianą wolą użytkowników. Profesor Aleksandr Dmitrijewicz Duliczenko (Александр Дмитриевич Дуличенко) – wybitny slawista, erudyta i twórca teorii słowiańskich mikrojęzyków literackich – odszedł, pozostawiając po sobie niedokończony dialog z kulturami, którym przez całe życie przywracał należne im miejsce w dyskursie naukowym.

Od piasków pustyni do brzegów Bałtyku

Jego droga do wielkiej slawistyki była nieoczywista i fascynująca. Choć urodził się w Kraju Krasnodarskim, los rzucił go najpierw do Turkmenistanu. To tam, pracując jako nauczyciel w dalekim miasteczku Gara Wekil (dziś: Garabekewül) na obrzeżach pustyni Kara-kum, młody Duliczenko zaczął gromadzić swoją unikatową bibliotekę. Podczas gdy inni szukali wiedzy w wielkich metropoliach, on budował fundamenty swojej nauki poprzez listy – korespondując ze studentami i wykładowcami z najdalszych zakątków słowiańskiego świata.

Pamiętam, jak jesienią 2005 r. w Tartu wspominał z błyskiem w oku ten moment, gdy w taszkienckiej bodaj bibliotece natknął się na książkę wydaną w XX wieku, napisaną cyrylicą, lecz języka tego nie było w żadnym podręczniku, skrypcie, „wstępie do filologii słowiańskiej” opisującym języki słowiańskie. Książka ta była po rusińsku, w wersji wojwodińskiej, z ówczesnej Jugosławii. Zdziwienie jest początkiem filozofii, a w tym przypadku — „mikrofilologii”, teorii słowiańskich (i nie tylko przecież) mikrojęzyków literackich.

Pasja poznawania i dokumentowania ulotnych broszur, okazjonalnych jednodniówek, „gwarowych” kącików z czasopism całej Słowiańszczyzny nie ustawała przez kilka dziesięcioleci. Na uniwersytecie w Tartu Profesor stworzył dom dla idei, które wcześniej uznawano za marginalne, co w tym czasie uczyniło z Estonii światowe centrum słowiańskiej mikrofilologii.

Strażnik „małych” języków

Dla Aleksandra Duliczenki nie było języków nieważnych. Opisywał rusińskie pieśni z Wojwodiny, modlitwy w języku rezjańskim i literaturę kaszubską z taką samą powagą, z jaką inni opisują rosyjską czy polską klasykę. Wierzył, że każda lokalna kodyfikacja wzbogaca słowiańską kulturę, czyniąc ją bardziej odporną na zapomnienie. Jako jeden z nielicznych potrafił pisać o języku rusińskim w jego własnym brzmieniu, tworząc publikacje, które stały się kamieniami milowymi dla tamtejszej społeczności.

Wreszcie: to Duliczenko miał rację, pisząc w swej fundamentalnej pracy opublikowanej w roku 1981 o języku kaszubskim i jego potencjale, a nie polemizujący z nim uczeni, opierający swe tezy na ideach polskiego patriotyzmu doby zaborów, który obawiał się jakichkolwiek zróżnicowań w obrębie polskości i przyszłej Polski.

Pasja odkrywcy

Profesor posiadał rzadki dar łączenia rygoru naukowego z niemal detektywistyczną pasją. To dzięki jego uporowi w archiwach Petersburga „odnalazły się” bezcenne rękopisy Floriana Ceynowy, w tym petersburska gramatyka kaszubska z 1860 roku, którą Profesor z pieczołowitością opracował i wydał. Jego ciekawość świata nie znała tabu – z tą samą wnikliwością analizował stare teksty religijne, co współczesną leksykografię „niecenzuralną” (uczony etymologiczny wstęp do słownika wulgaryzmów z wyrazem ch… jako członem konstytutywnym jednostek leksykalnych) czy język okresu pierestrojki.

Profesor Duliczenko pozostawił cenną antologię tekstów w opisanych przez siebie słowiańskich mikrojęzykach literackich.

Nie zamykał jednak swego dzieła. Z ciekawością słuchał o nowych przedsięwzięciach. Miałem przyjemność referować w obecności Profesora Duliczenki kwestie wzmacniającego się i rozszerzającego zakres użycia górnośląskiego języka literackiego.

W wyborze prac „Славянская микрофилология” (2018) Uczony podkreślał, że współczesna technologia i Internet dają mikrojęzykom bezprecedensową szansę na przetrwanie i rozwój, pozwalając na budowanie tożsamości poza tradycyjnymi granicami państwowymi.

Chronologia życia i pracy naukowej

  • 30.10.1941: urodził się w posiołku Wysokij, rejonie kurhanińskim, w Kraju Krasnodarskim (300 km na północny wschód od Soczi)
  • 1966: ukończenie filologii na uniwersytecie w Aszchabadzie
  • 1966–1974: praca pedagogiczna w Turkmenistanie (Gara Wekil) oraz Uzbekistanie (Samarkanda)
  • 1974: obrona pracy kandydackiej o literackim języku rusińskim w Moskwie (opiekun naukowy: Nikita Tołstoj)
  • 1976: rozpoczęcie pracy na Uniwersytecie w Tartu
  • 1980: obrona rozprawy doktorskiej (habilitacji) w Mińsku poświęconej słowiańskim mikrojęzykom literacki.
  • 1982: Powołanie serii naukowej Interlinguistica Tartuensis
  • 1985: Powołanie serii naukowej Slavica Tartuensia
  • 1992: Objęcie stanowiska profesora zwyczajnego slawistyki w Tartu
  • 1993: Założenie Narodowego Komitetu Slawistów Estonii
  • 1997: Dołączenie do Instytutu Kaszubskiego
  • 2003–2005: Otrzymanie prestiżowych odznaczeń: estońskiego Orderu Białej Gwiazdy (2003), polskiego Krzyża Kawalerskiego Orderu Zasługi (2005) oraz Nagrody im. Alexandra von Humboldta (2005).
  • 04.03.2026: Śmierć Profesora

Bibliografia

  • Славянские литературные микроязыки (Вопросы формирования и развития), Таллин 1981 – fundamentalna praca teoretyczna wprowadzająca pojęcie mikrojęzyka.
  • Международные вспомогательные языки, Таллин 1990
  • Jugoslavo-Ruthenica, 1995
  • Kurze Betrachtungen über die kaßubische Sprache, als Entwurf zur Grammatik, Göttingen 1998 – krytyczne wydanie gramatyki F. Ceynowy (wspólnie z W. Lehfeldtem)
  • Славянские литературные микроязыки. Образцы текстов, т. 1–2, Тарту 2003–2004 – monumentalna chrestomatia tekstów 18 mikrojęzyków
  • Основы славянской филологии, т. 1–2, Opole 2011 – syntetyczne ujęcie wiedzy o słowiańszczyźnie
  • Славянская микрофилология, Тарту 2018
Tartu, 2005

Zachwyciła mnie na Sabałowych Bajaniach. W tym, co i jak mówiła, była siła emocji, tradycja i odniesienie do współczesności. Gwara Gór Świętokrzyskich z wieloma jej archaicznymi cechami. Drobne uchybienia wobec spoistości systemu wynikały także z tego, że nie było to pierwszy język zmarłej 25 stycznia 2026 r. gawędziarki. Posłuchajmy fragmentu opowieści z 2014 roku.

Proces zanikania gwar jako języka codziennej komunikacji nie musi oznaczać ich odejścia w niebyt. Gwara przenosi się w nowe sfery użycia: do mediów społecznościowych, reklamy, a nawet sztuki wysokiej.

Przykład Ewy Siudajewskiej wpisuje się w tę teorię jako dowód na żywotność mowy tradycyjnej w sytuacjach niekonwencjonalnych. Jej gawędy, choć oparte na archaicznym materiale, trafiały do współczesnego odbiorcy dzięki autentyczności i emocjonalnej głębi. Słuchając jej na Sabałowych Bajaniach, można było odnieść wrażenie, że mowa ta jest bezpośrednim łącznikiem z rdzeniem narodowej duszy.

Doktor Alicja Trukszyn, która wiele lat pracowała w Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach, tak wspomina Zmarłą:

– Była cudowną osobą. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie u niej w domu, kiedy zgrywaliśmy materiał do obsługi Świętokrzyskiej Zagrody Kultury w Hucie Szklanej, to jak pięknie śpiewała, jak pięknie opowiadała. Jest mi bardzo przykro, że jej już nie ma wśród nas, ale pamięć o niej zostanie. To była bardzo jasno świecąca gwiazda na firmamencie świętokrzyskich wierzeń, świętokrzyskiej gwary, świętokrzyskiego stroju. Niech ją do snu wiecznego kołyszą świętokrzyskie jodły. Niech jej śpiewa ta ziemia, to co jej w duszy grało. (Źródło: https://radiokielce.pl/1377430/byla-kolbergiem-w-spodnicy-nie-zyje-ewa-siudajewska/)

Niech opowieści trwają.

Więcej o Ewie Siudajewskiej można przeczytać tutaj: https://miedziana-gora.pl/asp/pliki/glos2016/glos_miedzianej_gory_16_09_f.pdf

https://echodnia.eu/swietokrzyskie/nie-zyje-ewa-siudajewska-regionalistka-gawedziarka-znawczyni-i-popularyzatorka-swietokrzyskiej-gwary/ar/c1p2-28670409

Niech będzie, że spoganiałem, ale może się jakoś wytłumaczę. Marta Krajewska napisała książkę*, którą powinni polecać profesjonalni pedagodzy, a nie ja, nieneutralny, bo miałem do czynienia z redagowaniem tego tekstu. Specjaliści od wychowania młodzieży mogą dostrzec i przekazać to rodzicom i bibliotekarzom, że opowieści te uczą wrażliwości, stawiania granic, odnajdywania się w grupie, przepracowywania krzywd, odwagi i ostrożności zarazem, a to nie wszystko. Ideał, prawda?

Idealizatorzy prasłowiańskich wyobrażeń na temat pradziejów mogą się zachwycać lub wskazywać na braki względem ich wizji ortodoksji, a miłośnicy pozytywistycznego dydaktyzmu i Starej baśni niech pomyślą, czego brakuje w dawnych narracjach.

Mam nadzieję, że młodszą młodzież ominą te deliberacje, których wizje wyżej przedstawiłem. Młodym czytelniczkom i czytelnikom życzę, by się zachwycili światem sprzed ponad tysiąca lat, jakże odległym od naszej technicznej cywilizacji. Niemało w nim tajemnic i niebezpieczeństw oraz przestróg i zaklęć obronnych. Zjawienia się tego, co inne (takie epifanie mam na myśli), przyprawiają o ciarki i naprawdę fascynują. Nie wiadomo, co się wydarzy.

Ale… Bohaterowie tej opowieści żyją i przeżywają liczne emocje w świecie równocześnie bardzo swojskim: dom, pole i las to rdzeń naszej zbiorowej wyobraźni. Rodzeństwa się kłócą, starcy zrzędzą, przyroda jest groźna, zdarzają się niesprawiedliwe oskarżenia, nieszczęścia i istnieje prawdziwe zło. Toż to słowiańskie wioski, z Bartkami i Marcysiami, tylko pobożne westchnienia umęczonych pracą matek kierowane są, odmiennie niż współcześnie, np. do słodkiej Mokoszy.

Ilustracje, a właściwie cały projekt graficzny książki to wizja Alicji Filiacz. Mógłbym próbować opisywać ją jako (słuszne!) zaprzeczanie różnego rodzaju ścieżkom wyobrażania naszej pradawności — nie są to malunki pseudoludowe, w których by widać było jakieś fascynacje prymitywizmem czy malarstwem na szkle, nie jest to pseudośredniowieczna hieratyzacja postaci ani wschodniosłowiańska postsowiecka grafika pełna pucołowatych gąb i pustej dynamiki. Już prędzej dostrzec tu można inspiracje japońskie, delikatność i finezję. Ilustracje są tu także opowieścią towarzyszącą, umożliwiającą pogłębienie przeżycia.

To wciąż nasz świat. Znakomita lektura nie tylko na jesienny czas. Ponadświatowe istoty, rusałki, kikimory, wodniki i południce pozwalają młodym bohaterom dotknąć tajemnicy, przeżyć grozę i oczyszczenie, wstąpić na nowe poziomy (samo)świadomości.


* Marta Krajewska, Rusałki, licha, kikimory i inne słowiańskie strachy w opowieściach, ilustracje Alicja Filiacz, Warszawa: Wydawnictwo Kropka, 2025.


Nie byłbym sobą, gdybym nie docenił słowniczka z pojęciami dotyczącymi kultury tradycyjnej, a nie mitologii, na końcu książki.

Lektura doniesień prasowych potrafi niekiedy dostarczyć językoznawcy materiału do analizy. Tak było w moim przypadku, gdy natrafiłem na artykuł poświęcony nowej inwestycji deweloperskiej w Poznaniu. Budynek, wzniesiony na wyjątkowo wąskiej działce, został określony przymiotnikiem „fifny”. To z pozoru proste słowo, dla wielu użytkowników języka polskiego niezrozumiałe, stanowi doskonały przyczynek do rozważań nad semantyką, etymologią i współczesną kondycją leksyki regionalnej, w tym wypadku – wielkopolskiej.

FIFNY, czyli…

Przymiotnik „fifny” charakteryzuje się interesującą polisemią, a jego pole semantyczne ogniskuje się wokół pozytywnych cech, które można przypisać zarówno obiektom, jak i osobom. Analiza materiału słownikowego oraz poświadczeń tekstowych pozwala wyróżnić co najmniej trzy główne wektory znaczeniowe:

  1. Estetyka i wygląd: „Fifny” jako synonim słów zgrabny, szykowny, kształtny. W tym ujęciu odnosi się do harmonii i proporcji, jak w przypadku wspomnianego budynku czy „fifnej…” (jak jest DZIEWCZYNA po wielkopolsku?).. To najczęstsze, potoczne rozumienie tego słowa w dzisiejszym Poznaniu.
  2. Intelekt i spryt: Znaczenie bliskie określeniom sprytny, pomysłowy, inteligentny, a nawet chytry (w pozytywnym sensie). „Fifny szczon” (chłopak) to ktoś obrotny, potrafiący sobie radzić w różnych sytuacjach, obdarzony życiową zaradnością.
  3. Sprawność i kompetencje: „Fifny” jako określenie zręczności, biegłości i fachowości. Można być „fifnym” rzemieślnikiem, co implikuje wysokie umiejętności praktyczne i skuteczne działanie.

Korzenie etymologiczne

Genezy przymiotnika „fifny” należy upatrywać, podobnie jak w przypadku wielu innych regionalizmów wielkopolskich, w języku niemieckim. Stanowi on fonetyczną i morfologiczną adaptację niemieckiego słowa „pfiffig”, które oznacza 'sprytny’, 'przebiegły’, 'pomysłowy’. Jest to klasyczny przykład zapożyczenia leksykalnego, będącego następstwem wielowiekowych kontaktów językowych i kulturowych w regionie, historycznie stanowiącym część zaboru pruskiego. Proces adaptacji świadczy o kreatywności użytkowników gwary, którzy nie tylko przejęli obcy leksem, ale również rozszerzyli jego zakres semantyczny na sferę estetyki.

Poświadczenia w materiale gwarowym

W tekstach dialektologicznych i zbiorach gwary poznańskiej odnajdujemy liczne poświadczenia użycia analizowanego przymiotnika, które ilustrują wspomnianą wcześniej wieloznaczność. Warto przytoczyć kilka przykładów ukazujących słowo w jego naturalnym kontekście:

  • „Wytaśtom przodek zez szafónierki, obłucze fifnom katane z derki” (o zgrabnym, szykownym stroju).
  • „Galubiński to był fifny szczon. Dziwuszki tak za nim zerkały” (o sprytnym, pociągającym młodzieńcu).
  • „Jak będziesz fifny, to cie w nauce zatrzymie a nie, to pójdziesz do kowala” (o zręczności i predyspozycjach do nauki).

Źródło: fifny | Gwara Poznania | Poznan.pl

A zatem

Przykład przymiotnika „fifny”, przywołany przez współczesny tekst dziennikarski, dowodzi, że regionalizmy nie są jedynie zamkniętym w słownikach reliktem przeszłości. Potrafią one przetrwać w uzusie językowym, stanowiąc żywy element tożsamości lokalnej i wzbogacając ogólną polszczyznę. Badanie takich leksemów pozwala nie tylko na rekonstrukcję historii języka na danym terenie, ale również na obserwację jego dynamiki i zdolności do adaptacji. To właśnie w tych „małych słowach” kryje się często wielka historia.

O słowach chętnie dyskutuję, zapraszam do korespondowania.

To jest coś niemożliwego, a istnieje od wielu lat. Zmienia Nowy Sącz i inne miejscowości w przestrzeń dobra i piękna.

Każdy dzień wnosi nową wrażliwość i walory poznawcze.

Warto dodać, że festiwalowi towarzyszy refleksja. Właśnie ukazała się książka będąca pokłosiem konferencji sprzed paru lat.

Więcej informacji na stronie Wydawcy: MCK SOKÓŁ.

W krakowskich latach na przełomie mileniów podobno Sławomir Mrożek przeprosił osoby abiturienckie za to, że jego Tango było na maturze. Pisano o tym na stronie RMF: https://www.rmf24.pl/kultura/news-o-tym-jak-mrozek-chowal-sie-przed-sasiadem-i-inne-anegdoty,nId,1027541

Dziś znowu było. Czy można i trzeba przepraszać za prowokowanie do myślenia? Autor był świadom złożoności recepcji literatury.

O tym dumam w Gabinecie Mrożka przy biurku, na którym powstawała Policja.

Był przymus, ale też przyzwyczajenie i dzień wolny, a po pochodzie „na zakładzie” filmy z projektora dla dzieci.

Ta migawka pozwala docenić brak przymusu w wolny dzień.

Starzy stańczycy pisali, że zła nauka historii przekłada się na złą politykę czy jakoś tak. Nieprecyzyjne i zmienne w czasie pojęcia powodują nawarstwianie się nieporozumień i urazów. Jednym z takich pojęć jest mniejszość narodowa, narodowość, etnos. Ciekawe jest to, że w Republice Słowackiej mówiących po małopolsku Górali uznano za mniejszość. Czy to wpływa na sytuację w Rzeczypospolitej Polskiej? Niekoniecznie. Jak podała PAP:

„Dla nas sprawy regionalne są oczywiście ważne, ale jesteśmy Polakami i polskimi góralami. Nie widzę tu żadnych podstaw, żeby rejestrować się jako mniejszość narodowa. Inną sprawą jest dbanie o sprawy regionalizmu, gwary — ale nie mówimy nawet o odrębnym języku, tylko o gwarze. Zabiegamy o zachowanie naszego dziedzictwa kulturowego, ale absolutnie nie jesteśmy mniejszością narodową. Jesteśmy Polakami i czujemy się Polakami” — powiedział w rozmowie z PAP prezes Kowalczyk.

Prezes Związku Podhalan zwraca uwagę, że górale mają swoją kulturę, w tym charakterystyczne stroje regionalne, muzykę i taniec, podobnie jak inne grupy etniczne i folklorystyczne w Polsce. Związek Podhalan dąży do tego, aby kultura ludowa była trwała i żyła we wszystkich regionach kraju. „Dbamy o nasze tradycje regionalne o to, co przekazali nam nasi przodkowie. Cała Polska jest bogata w folklor, w kulturę regionalną, w tym również góralską” — dodaje Kowalczyk. Źródło: Onet.pl

Nie całkiem jest to odpowiedź na pytania o autoidentyfikację i status, ale jest to stanowisko prezesa reprezentatywnej, a nawet elitarnej organizacji społecznej zrzeszającej ludność identyfikującą się jako górale (Górale).

Nawet kwestia pisowni od małej lub od dużej litery jest kłopotliwa, co oczywiście ma związek z historią, zwłaszcza z ranami wywoływanymi przez sprawę Goralenvolk nie przedyskutowaną w atmosferze wolności po wojnie, bo jej nie było, zakonserwowanej więc, zapiekającej się, a wreszcie popadającej w zapomnienie i poddanej reinterpretacjom i manipulacji z powodu upływu czasu i śmierci świadków epoki.

Już się drukuje.

FISZKI (089.3)

Matka tka?

Nie ma relacji bardziej pierwotnej, biologicznej i oczywistej, a zarazem problematycznej, podważonej i uznanej wręcz za źródło wielu traum przez pewne nurty refleksji psychologicznej jak relacja dziecka z matką. Ale też nakładają się na więzi naturalne przeróżne interpretacje, nieraz bardzo splątane.

Ta pierwotność słowa i pojęcia, wywodzącego się w naszej indoeuropejskiej rodzinie językowej od dziecięcego ma, oczywiście podwajanego, z przyrostkiem –ter (greckie mētēr, łacińskie mater, staropolskie mać, dopełniacz: macierze),  nie powstrzymała jednak wielu pisarzy od fantazji etymologicznych. Na przykład takiej, że słowo matka oznacza, iż „co ma, to tka, czyli daje, wtyka, dzieciom”. Niby racja, zwłaszcza potwierdzą ją ci, którzy po Świętach Wielkanocnych przywieźli torby pełne słoików od swojej mamusi.

Przypisywano tę myśl barwnemu i niezbyt pobożnemu franciszkaninowi, skądinąd prawnukowi Ludwika Justusa Decjusza (kolegi Kochanowskiego, który mieszkał w Willi Decjusza na Woli Justowskiej tak właśnie zwanej od jego imienia). Przestudiowanie wydanego w Krakowie w 1633 roku dzieła Wywód jedynowłasnego państwa świata, w którym pokazuje X. Wojciech Dębołęcki z Konojad (…), że Język Słowieński pierwotny jest na świecie potwierdziło, że owszem, takim sposobem wywodził Jadama właśnie (bo mu Bóg rzekł w raju: „Ja dam tobie…”) czy Babilon zwał Babimłonem, bo Noego żona „babą im była”, ale etymologię „Matka, niby Ma, tka, Dzieciom” zawdzięczamy sarmackiemu encyklopedyście Benedyktowi Chmielowskiemu, bohaterowi Ksiąg Jakubowych Olgi Tokarczuk. Frazę „matka tka” wykorzystał zaś Jeremi Przybora w piosence Dziecię tkaczy, ale to jeszcze inna historia.