Z okazji rocznicy rozpoczęcia insurekcji: obrazek z muru przy ulicy Loretańskiej w Krakowie. Pałasz został poświęcony.

W optyce patriotycznej z pewnością się to mieści, a teologowie nie są pytani w takich momentach o zdanie.
Pałasz to broń sieczna, nie palna, choć mnie się nieodmiennie z pałaniem, paleniem, więc ogniem kojarzy.

Malował Michał Stachowicz, 1804. Źródło: Muzeum Wojska Polskiego

Ten wielki budynek w centrum to krakowski ratusz, z którego ostała się tylko wieża. A gdyby tak rekonstrukcję zarządzić?
Pytanie do specjalistów: którędy Kościuszko udał się pod Racławice?

Nie siadaj na zimnym, na schodach, bo… wilka złapiesz, dostaniesz wilka! Takie przestrogi słyszało się dawniej i słyszy się dziś. Wilków ostatnio nieco przybyło, nawet w centrach miast zaczęły się pojawiać, ale zasadniczo więcej jest ich w książkach z przysłowiami i w filmach niż w lasach.

https://www.onet.pl/turystyka/onetpodroze/poznan-wilki-atakuja-psy-i-koty-mieszkancy-boja-sie-o-swoje-pupile/t8knxls,07640b54

Co to ten wilk, którego można było złapać? Pomysłów jest sporo:
— poznańskie uczone A. Piotrowicz i M. Witaszek-Samborska dowodzą, że to tameczny regionalizm oznaczający przeziębienie wywołane siedzeniem na czymś zimnym,
— dominuje teoria, że to zapalenie pęcherza moczowego (internetowa pani doktor wywodzi, że trzeba było biegać z częstomoczem pod las, a tam wilk nas mógł z tej czy owej strony chwycić, a nie my jego),
— słownik wileński twierdzi, że to m.in. „wyprzenie w stolcu”, czyli zapewne zwiększenie  bolesności guzków odbytu czy jak się tam zwą hemoroidy, a oprócz tego wrzód ciało trawiący, liszaj żrący, tudzież „parch na nogach końskich”, inaczej krzczyca.

Słownik języka polskiego, tzw. wileński, 1861, t. 2, s. 1861

— słownik gwary podhalańskiej S.A. Hodorowicza gotów jest widzieć w złapaniu wilka zapalenie korzonków nerwowych, a leksykon J. Kąsia dodaje jeszcze zapalenie nerek,
— wilkiem też nazywa się jeden z rodzajów tocznia (lupus), bolesnej choroby związanej z reakcją autoimmunologiczną.

W skrócie rzecz ujmując: można się było wilka przed wynalezieniem antybiotyków i sterydów bać, a i teraz nie należy bagatelizować zimna i przestróg wywodzących się z wieluset lat doświadczenia życiowego, nawet jeśli racjonaliści z wyższością nam mówią, że chorobę wywołuje wirus, a nie zimno.

Proszę posłuchać

Rozmawialiśmy o frazeologicznym wilku w Wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków.

Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, 18.03.2021. Artur Czesak, Anna Piekarczyk, Paweł Sołtysik

Na sam koniec

Jeszcze straszniejsza teorię na pograniczu jakiegoś mistycyzmu przytaczał w swojej Ekonomii ziemiańskiej Haur:

W nogach Wilk, przydaje się pewnej natury ludziom, jest rzecz sprosna i słyszeć, nie tylko go cierpieć: robak pewny na kształt Czerwu, któremu dla boleści ciała, aby nie trafił, dają też co inszego jeść, a gdyby zaś zdechł, abo go kto zabił, ten człowiek zaraz na życiu swoim musiałby szwankować, który to robak, w takim razie, jest człowiekowi prawie duchem życia. (1693, s. 313)

A potem następują informacje o Wilkołku, ale je sobie podarujemy.

Artysta z Bożej łaski — mistrz czy siewca kiczu? Zacznijmy od historii. Nawet w czasach Oświecenia łaska Boża była przywoływana. Ten dar to zarazem było zrządzenie, bo gdy źle się działo pod rządami takiego czy innego pomazańca, lud odbierał to jako dopust Boski lub robił rewolucję.
Przepraszam za wywód, co wygląda, jakby go pisał historiozof z Bożej łaski. O tym biegunowym przesunięciu znaczenia były dziś Wyczesane rozmowy w Radiu Kraków.

Zapraszam do posłuchania

Artur Czesak, Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, 11.03.2021, Z bożej łaski

Jak funkcjonowało z Bożej łaski w wieku XX i dziś? Ironicznie:

Z góry patrzyli na takiego zakichanego cywila jak Jurek, zadzierali nosa, podkówkami dzwoniąc, choć sami wyglądali jak ciamajdy, a jednak zazdrościł im, żołnierzykom z bożej łaski . Junacy mieli swoje rozkazy, swoje szkolenie, swoją trąbkę, swoje awanse i kwaterowali po wojskowemu w namiotach, gdzie koce na posłaniach musiały paradować bez cienia zmarszczki, swoje chlebaki i ekwipunek, swoją kuchnię polową, szorowali menażki w aryku do nadzwyczajnego połysku, a każdy wyfasował gruby, żołnierski scyzoryk do wszystkiego, „universal”, o kilku ostrzach, z nożem do konserw i szpikulcem do przebijania puszek, istny cymes, taki chytry, jakby go angielski Izraelita wymyślił.
NKJP: Jerzy Krzysztoń, Wielbłąd na stepie, 1978

Tak to się przewrotnie dzieje, a poniżej zdrowa nauka katechizmowa w XIX-wiecznym języku polskim.

Oczywiście, że świat jest coraz gorszy, ale żeby miało to wpływ na frazeologię, czyli na związki wyrazów jakoś ustalone i ugruntowane, jako takie przecież przedstawiane dziatwie w podręcznikach — nie myślałem. W XVIII wieku na pewno był ocet czterech złodziei (acetum quattuor latronum, Vierräuberessig). Dowód tego znajdujemy choćby u Franciszka Zabłockiego w Fircyku w zalotach (1781):

Czterech!

A jednak. Było złodziei czterech, chyba w dawnej Marsylii, ale farmaceuci przerobili, żeby było ich siedmiu.

W Radiu Kraków na św. Kazimierza

O tym właśnie mówić głównie zamierzałem w czwartek 4 marca w Radiu Kraków, ale najpierw przyplątał się Kazimierz. Musiałem o nim wspomnieć, bo dopiero co było św. Agnieszki i rozważaliśmy, jak to jest z tym przylotem skowronków. Teraz to już pewne, choć w mieście nie słychać. Na dodatek zaplątałem się we frazeologiczną arytmetykę: czterech złodziei, teraz siedmiu, tyleż grzechów i katolickich sakramentów, a na to wszystko plagi egipskie. Gdyby dziś były zsyłane (z tą pandemią może być coś na rzeczy), to jedną z nich lub jedenastą, skoro wszystkiego przybywa, byłyby kłopoty na internetowych łączach. One trochę mieszały i tak nieprosty tok wywodu. Lecz mimo to zapraszam do posłuchania.

Radio Kraków, 4 marca 2021, ocet siedmiu złodziei

Ocet czterech lub siedmiu złodziei (dawniej: złodziejów)

W XVIII wieku pewny środek dezynfekcyjny. Pisał o nim Ludwik Perzyna:

Jak lekarze, tak ci wszyscy, którzy wedle chorych chodzić mają sobie za obowiązek lub muszą, ręce sobie powinni oliwą smarować, a twarzą odwróconą, lub dech w sobie utrzymującą, posługiwać im, usta sobie mają wymywać octem, cytryny zrazik w ustach żwać lub kawałek gąbki octem czterech czyli siedmiu złodziejów nazwanym (…) napojony w ustach trzymać, ślinę zawdy wypluwać, żwać korzeń biedrzeńcu białego, zwać odrobinę kamfory albo mirry… (Lekarz dla włościan, czyli Rada dla pospólstwa, w chorobach i dolegliwościach naszemu Krajowi albo właściwych, albo po większej części przyswojonych, każdemu naszego Kraju Mieszkańcowi do wiadomości potrzebna. Przez B. Ludwika Perzynę Zakonu Braci Miłosierdzia w Narodowym Języku napisana, Kalisz 1793, s. 252)

Żaczku, powiedz, co jest cztery i co jest siedem

Jedno z moich ulubionych śpiewanych repetytoriów. Performują: Michał Styrylski i Amadeusz Lesiak


Katarzyna Kubisiowska to dziś najlepsza Wywiadowczyni, przynajmniej w tym niewielkim spektrum wywiadów, na które się natykam, które czytam i których słucham, jadąc tramwajem do Centrum Miasta. Pyta, bo jest ciekawa, wrażliwie słucha. Mariusz Wilczyński, artysta, opowiada i odpowiada, o wielkiej sztuce, domu, bólu, inspirujących przyjaźniach i jagodziankach.

Oprócz tego w najnowszym Tygodniku Powszechnym oburzenie nowym łżereality show o biednych i bogatych, niesamowita opowieść o kompresji ANS i jej twórcy (dr Jarosław Duda, UJ), znakomity laudacyjny felieton Wojciecha Bonowicza, nieco histeryczny Jana Klaty i kilka słów o siostrze Aldonie Skrzypiec (można ją sprawdzić facebookowo i oficjalnie) oraz grupach Food Not Bomb. To naprawdę nie wszystko. Komuś na cały tydzień może wystarczyć opowieść Hanny Krall, a komu innemu okruch biblijnego komentarza arcybiskupa Rysia oświetli zbanalizowany Tekst. Jest i o arcybiskupie urzędującym w Szczecinie…

W Radiu Kraków rozmawiamy o frazeologii. Jaki to jest świński trucht? We wspomnieniach Jacka Gmocha o Kazimierzu Górskim była mowa o kiwaniu się na boki, inni mówią o drobnych kroczkach. Czy świnia dzika również porusza się truchtem świńskim? Zapraszam do posłuchania.

Zoologia w I połowie XIX wieku twierdziła, że świnie są „głupowate”. Dziś chyba wiemy o nich więcej.

Zawsze trzeba opisać znaczenie

Pod koniec XIX wieku Stanisław Estreicher podawał jeszcze wariant świńskim pędem (w. czasopiśmie „Wisła”). Trochę nie ufam objaśnieniu, że oznacza to „szybko”, bo jednak świnie nie uosabiają rączości i chyżości.

Jego uzupełnienia do paremiografii były i są cenne, gdy rozbudowują zbiór jako taki. Ale teraz kto mi wyjaśni, czy „rad jak pluskwa w rosole” jest ironiczne czy dosłowne. Znowuż gdyby ktoś myślał, że „rura mu zmiękła” to potocyzm z lat 70. XX wieku, zdziwi się, że już w 1897 było wydrukowane.

W przeddzień Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego próbowałem wyrazić kilka myśli na temat tego, że może słabnie nieco kryterium narodowe poprawności językowej, które zakazywało mówić o psie pogrzebanym, bo to skalkowane od Niemców. Zaczęliśmy od ziemniaków, bo o nich była mowa w audycji. Przy okazji wszystkim zainteresowanym polecam świetną mapkę opracowaną przez Jakuba Ścisłowicza.


Pogoń za białym wielorybem i posrebrzany wiek (gilded age) to amerykanizmy, które pojawiły się w tekście Katarzyny Wężyk o Hetty Green, opublikowanym w Wysokich Obcasach.

Nie chodziło mi o objaśnienie, o co chodzi z białym wielorybem — zasadniczo powinniśmy to wiedzieć, bo jakaś kultura zobowiązuje nas do znajomości znaczenia takich jednostek jak miecz Damoklesa, Janusowe oblicze, kamień węgielny, pójść do Canossy, czekać na Godota… Obsesja, jak u Melville’a.

Oto rozmowa, którąśmy z Panią Redaktor Anną Piekarczyk toczyli w Radiu Kraków. Zapraszam do uganiania się za sensami.

Kilka myśli o tym, że to piękne święto. Lubmy nasz język.

Artur Czesak, Biblioteka Kraków

Może to trochę kontrowersyjne, że stopniuję „ojczystość języka”, ale każdy ma swoje doświadczenia i inaczej słyszy mowę swojego dzieciństwa w konkretnym regionie, a inaczej polszczyznę kanonu szkolnego.

Publikuję rozmowę z tłustego czwartku w ostatkowy wieczór o pączkach w maśle. Zawsze w maśle, bez względu na zmiany w technologii produkcji. Będzie też o Mikołaju Reju. zapraszam.

Radio Kraków, 11 lutego 2021 r. Red. Paweł Sołtysik i Artur Czesak.

Jutro Popielec.

Wreszcie. Nie chałupnicze edycje, nadrabiające braki wydawnicze i kompensujące nieobecność języka niemieckiego i pewnych rdzennych tematów, jakże podatnych na instrumentalizację i jakże innych niż osobowość Poety, jaką poznajemy z tej książki.

Joseph von Eichendorff to jest wspaniały temat śląski. Ograny już na wiele sposobów. Dlatego Zbigniew Kadłubek w swoim posłowiu wpada w tony prowokacyjne, nietzscheańskie niemal, kiedy mówi o śląskim ludku, który bierze — trawestuję — Eichendorffa na swoje sztandary czy uznaje go za jakiś emblemat śląskości (także tej niemieckojęzycznej), ale nie zna go, nie czyta, bo też nie uwzniośla swojej duszy romantyczną poezją. Inne dźwięki, inne rytmy, inne — powiedzmy to wprost — szlagry słychać w śląskich domach. A jednak może warto.

Zbigniew Kadłubek

Nie wykład, ale opowieść

Nie był to Goethe. Ale to bardzo dobrze. Książka Margarethe Korzeniewicz wspaniale, bo przystępnie opisuje żywot i sprawy poety związanego ze Schloß Lubowitz i przez całe życie, barwne, choć nie szalone, pamiętającego utracone nadodrzańskie krajobrazy. 

Banalne jest to, co tu piszę: trzeba przeczytać „inaczej” napisaną biografię von Eichendorffa, a ponadto postarać się usłyszeć jego poezję: w oryginale, po polsku (to język, w którym większość z nas nauczyła się poezję odbierać) i po śląsku, bo to otwiera nowe poznawcze perspektywy. 

Tylko trzysta wierszy po polsku

Autorka pisze, że mało mamy Eichendorffa po polsku. Proza i tylko trzysta wierszy. Po śląsku jest znacznie mniej, ale rzekłbym, że urzekająco.

Winternacht

Verschneit liegt rings die ganze Welt,
Ich hab’ nichts, was mich freuet,
Verlassen steht der Baum im Feld,
Hat längst sein Laub verstreuet.

Der Wind nur geht bei stiller Nacht
Und rüttelt an dem Baume,
Da rührt er seinen Wipfel sacht
Und redet wie im Traume.

Er träumt von künft’ger Frühlingszeit,
Von Grün und Quellenrauschen,
Wo er im neuen Blütenkleid
Zu Gottes Lob wird rauschen.

Zimowŏ nocka

Śniyg przisuł bezma cołki świat
I taki żech stropiōny,
A w polu strōm, jak palec sōm,
Ze liściŏ sebleczōny.

I wiater żynie jyn bez noc
I asty strōma trōncŏ,
Wtynczŏs wiyrszołkym ruszŏ strōm
I brōnczy cojś na śpiōnco.

W śniku ôd niego wiosna je,
Zdrzōdło mu korzyń rosi,
A ôn we klajdzie z blumōw zajś
Pōnbōczka chwołã głosi.

Margarethe Korzeniewicz, Joseph von Eichendorff inaczej, Kotórz Mały: Silesia Progress, 2020 (seria: Canon Silesiae. Ślōnske Dzieje)