Miesięcznik “Kraków” nazywa się teraz „Kraków i Świat”. Bardzo dobry tytuł, bo Kraków nie jest odizolowany i pogrążony w samozachwycie.

W numerze marcowym dwa artykuły wstępne napisał Witold Bereś. Ten niby zwykły, bardzo gorzko mówiący o niemocy państwa wobec pandemii i społecznej bezradności lub obojętności. Ale że przyszedł tłusty czwartek 24 lutego i za wschodnią granicą „zaczęło się piekło”, przypominające wrzesień roku 1939, na osobnej kartce pojawił się więc bardziej aktualny artykuł naczelnego o Ukrainie i o nas. Z okładki patrzy na nas głębią własnych przeżyć i zagranych ról jubilat Jerzy Trela, w środku zaś mnóstwo materiałów o lekarzach, od legendarnych patronów ulic, szkół i szpitali jak Rydygier, Cybulski i Bujwid, przez Edelmana, Szczeklika, Skotnickiego do Jacka Madeja, Anny Chrapusty, Mikołaja Spodaryka. Lekarza! — to wołanie nie milknie. Wśród mnóstwa działań i słów sto stron „Krakowa i Świata” to nie ucieczka, lecz spotkanie i otucha. Warto czytać.

Krzysztof Henisz [matka z dzieckiem, wojna]

Najlepszym elementem tego wiersza jest zamiana służącej imperializmowi Coca-Cola (nazwa 70 lat temu nieodmienna) na wodę nadziei. Ta tyrada przeciwko napojowi, który ogłupia, jakoś mi się przypomniała przy okazji doniesień o początkowym niedołączeniu się do opuszczania Rosji przez zachodnie marki.

Adam Ważyk, Piosenka o Coca Cola, [w:] Wiersze o braterstwie. Zebrał i opracował Igor Sikirycki, ilustrował Krzysztof Henisz, Warszawa: Książka i Wiedza, 1951, s. 167–168

Dobrze wam było pić Coca-Cola.
Ssaliście naszą cukrową trzcinę,
zjadali nasze ryżowe pola,
żuliście kauczuk, złoto, platynę,
dobrze wam było pić Coca-Cola.

My, co z bagnistych piliśmy studzien,
dzisiaj pijemy wodę nadziei,
męstwo, którego źródło jest w ludzie,
pijemy wodę w górach Korei,
my, co z bagnistych piliśmy studzien.

Po Coca-Cola błogo, różowo
za parę centów amerykańskich
śniliście naszą śmierć atomową,
pięć kontynentów amerykańskich.
Po Coca-Cola błogo, różowo!

My, co pijemy wodę nadziei,
wiemy, gdzie sięga dziś nasza wola:
wyszliście z Chin, wyjdziecie z Korei,
my wam przerwiemy sen Coca-Cola,
my, co pijemy wodę nadziei.

Komentarz (niekonieczny)

O zaangażowaniu biznesu w gospodarkę Federacji R., która napadła na Ukrainę, powiedziano wiele kąśliwych uwag. 4 marca 2022 r. zarzucono koncernowi bezduszny koniunkturalizm.

Zdjęcie
grafika z 4 marca 2022, cytuję za Twitter

5 marca narażono akcjonariuszy na spadek przychodów, choć butelka nie kosztuje już paru centów.
Autorem wiersza jest Adam Ważyk, wówczas komunista, ale jednak poeta. Swą drogę poetycką zamykał jako tłumacz Horacego i warto o tym pamiętać, mimo że nie musimy zapominać o jego wierszach zaangażowanych.


Także grafika przedstawiająca kobietę (matkę) z dzieckiem uciekającą przed grozą wojny może mieć wymiar bardziej uniwersalny niż w antologii z 1950 r.

Ilustracja: Wiersze o braterstwie. Zebrał i opracował Igor Sikirycki, ilustrował Krzysztof Henisz, Warszawa: Książka i Wiedza, 1951, s. 168. Krzysztof Henisz (1914–1978), malarz, rysownik, ilustrator książek i ceramik

Dziś tłusty czwartek i Wyczesane rozmowy miały być o pączkach i słodkościach. Napaść Rosji na Ukrainę odwiodła nas od tego. Można rzec, że wojna cofnęła nas o wiele wieków, a skumulowana mądrość ludzkości wiele ma do powiedzenia o wojnie.

Si vis pacem, para bellum

Ten, komu przypisuje się autorstwo tej maksymy, powiedział to zupełnie inaczej. Wegecjusz (Publius Flavius Vegetius Renatus), żyjący w IV wieku naszej ery, w Epitoma rei militaris sformułował to tak: „qui desiderat pacem, praeparet bellum”.

Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, 24.02.2022. Artur Czesak i Paweł Sołtysik

Najpierw był Heraklit (544–484 p.n.e.)

Heraklit z Efezu w jednym z zachowanych fragmentów mówił, iż wojna jest wszystkiego ojcem i królem.

Polskie mądrości równie gorzkie

Pieniądze — cięciwa wojny (Fabian Birkowski, 1613). Wojna ludzi nie rodzi, ale gubi (tenże, 1621). Miło, doma siedząc, o wojnie słuchać (Knapiusz, 1632). Kiedy się wojna poczyna, to się piekło otwiera.

Kraków, Stradom. Si vis pacem, para bellum.

Za późnośmy się w Polsce wzięli do zapisywania zasobów pamięci „zwykłych ludzi”. Zresztą, takie zapisywanie od razu pokazuje, że zazwyczaj są to ludzie pod wieloma względami niezwykli, a na pewno jedyni w swoim rodzaju.

Wanda Traczyk-Stawska opowiada

Każde świadectwo osoby, która uczestniczyła w wielkich historycznych wydarzeniach jest wartościowe. Pomyślałem więc o pewnym śląskim śladzie w polskim powstaniu warszawskim 1944 roku. Wanda Traczyk-Stawska, pseudonim „Pączek” opowiedziała jedno ze swych przeżyć, o tyle istotne, że mogła wówczas stracić życie. Pojawia się tu wątek śląski.

Miałam kolegę ze Śląska, żandarma, którego wzięliśmy do niewoli. Nazywał się Wilhelm Janek, był plutonowym u Bortnowskiego [generał Władysław Bortnowski], a Niemcy siłą wsadzili go do swego wojska. Był kierowcą w żandarmerii, nie strzelał. Przydzielono go do naszego oddziału, ale nikt mu nie dowierzał. Szedł za mną, bo ja zawsze ostatnia. Miałam przykazane zastrzelić go, gdyby próbował uciekać.  
Na samym początku powstania mieliśmy zdobyć punkt w Alejach Jerozolimskich. Był tam sklep tylko dla Niemców, w piwnicy magazyn. Po drodze była dziura w murze zrobiona przez nasze minerki. Chłopcy, wszyscy wysocy, przeskakiwali. Janek też przeskoczył i czekał, aż dołączę. A ja mała wskoczyłam w brzuch zabitego Niemca, który tam od kilku dni leżał. I tak fuknęło, że zalało mi całą twarz i oczy. Straciłam kierunek. Zamiast biec za kolegami, instynktownie pobiegłam do budynku, żeby obmyć twarz wodą.  
A tam byli Niemcy. Dostaliśmy taki ogień. Janek, zamiast biec za kolegami, został, żeby mnie ratować z opresji. Dzięki niemu żyję.
Miałam dwa handgranaty za pasem i krótki pistolet. On, doświadczony żołnierz, zdołał zastopować Niemców tymi granatami. Hałas sprawił, że koledzy zorientowali się, dlaczego za nimi nie idziemy, i pobiegli z drugiej strony. Wzięliśmy Niemców w dwa ognie i bez trudu zdobyliśmy obiekt. Nikt nie został ranny.  
Ale skończyło się jak samo powstanie – źle. Dowódca powiedział, że Janek popełnił samobójstwo. A już po powstaniu okazało się, że jako jeniec został oddany Niemcom. Nie można było wziąć go do nas, bo gdyby ktokolwiek go zdradził, to byłby rozstrzelany, a wcześniej torturowany za zdradę. Próbowałam go odszukać po wojnie za pośrednictwem radia, ale nie było śladu. Prawdopodobnie wysłali go na Wschód i tam poległ.  

Źródło: https://wyborcza.pl/7,82983,26169675,wanda-traczyk-stawska-tak-czesto-bylam-zalana-krwia-kolegow.html#S.strefa_ogladania-K.C-B.3-L.1.videogruby

Sytuację tę opisała W. Traczyk-Stawska także w 2011 r. w warszawskim wydaniu serwisu wyborcza.pl:

Tomasz Urzykowski: Słynne zdjęcie z Powstania Warszawskiego: Chmielną maszeruje powstańczy oddział, z balkonu na rogu Szpitalnej patrzą mieszkańcy. Scenę utrwalił fotoreporter Sylwester Braun „Kris”.

W pierwszej parze sierż. podch. Bogdan Dąbrowski i kpr. podch. Janusz Szatkowski, potem plut. podch. Adam Porawski i w hełmie strzelec Krzysztof Porwit, syn pułkownika broniącego Woli w 1939 r. Z plutonu żyjemy już tylko on i ja. Wymieniam kolejnych: kpr. podch. Boguś Kryś “Marcinkowski” i plut. podch. Andrzej Bobrowski, dowódca drużyny, który płakał na widok niszczonych domów. Omal nie zginął, ratując obraz Malczewskiego, po wojnie został rzeźbiarzem, zaprojektował Krzyż AK. Dalej widać kpr. Zygmunta Łukasiewicza i prawdopodobnie kpr. podch. Heńka Gutowskiego. Na końcu maszerują st. sierż. Wilhelm Janek – żandarm, którego wzięliśmy do niewoli, mój przyjaciel plut. podch. Zdzisław Mroczkowski “Wrona”, najlepszy strzelec wyborowy w oddziale, st. strzelec Jerzy Rutkowski i kapr. podch. Stefan Basak, żartowniś i podrywacz, ale – jak wszyscy w oddziale – bardzo dobry żołnierz.

Żandarm Wilhelm Janek był Niemcem?

– Ślązakiem. Do niewoli wzięty chyba 4 sierpnia. Kierował “wanną” [niemieckim transporterem]. Okazało się, że w 1939 r. służył u gen. Bortnowskiego, walczył nad Bzurą, potem wrócił do domu i Niemcy wcielili go do swojej armii. W oddziale najpierw chodził przede mną bez broni. Przy próbie ucieczki miałam go zastrzelić. Ale już 6 sierpnia uratował mi życie w czasie ataku na niemiecki sklep Meindla.

Jednostkowy los, rodzina, bliscy, miejscowość?

Wiele już opowiedziano dowcipów (ależ oczywiście), wylano łez i wycierpiano, wspominając udział członków rodzin w wojnie lub „wizytę” wojny w czyimś domu. Może profesjonalni historycy zdołaliby dowiedzieć się czegoś o wspominanym przez weterankę Górnoślązaku? Przepadł bez wieści czy tylko nie umieliśmy dobrze poszukać, np. zamieniając nazwisko z imieniem. A może da się gdzieś sprawdzić składy osobowe jednostek niemieckich, z którymi mógł mieć kontakt pierwszy pluton Oddziału Osłonowego Wojskowych Zakładów Wydawniczych?