Wiem właściwie tyle, że publikował w czasopismach związanych z Górnym Śląskiem w powojennych Niemczech Zachodnich. Np.

To w 1987 r. w czasopiśmie związanym z Bytomiem Mitteilungen des Beuthener Geschichts- und Museumsvereins (Prace Bytomskiego Towarzystwa Historycznego i Muzealnego — tłumaczenie ad hoc):

Pieczęć ładna

Zadziwiające jest to, że czasopismo wydane tuż przed epoką komputerową w Sieci jest chyba nieobecne, podobnie jak ta publikacja, która historyków Śląska i miłośników Goethego zawsze może zainteresować.

Zapełniła jedną z fejsbukowych nisz krótka, acz burzliwa debata, w której jednym z tematów była sprawa obraźliwości określenia Hanys, mającego oznaczać (rodowitego) mieszkańca Górnego Śląska.

Nie mnie sądzić o odczuciach Górnoślązaków, jeśli coś czynię w tym zakresie, to zwykle jest to podawanie przykładów tekstów, świadectw, opisów. Dotychczas znałem jedną osobę, która miano Hanys wzięła za swój nick internetowy (pozdrawiam!). To afirmacja ponad uszczypliwościami, a może i innymi uczuciami, które żywili na/przezywający tak Ślązaków.

Okazuje się, że w leksykonie wydanym przez IBL PAN, a zbierającym informacje o uczestnikach drugiego obiegu wydawniczego, znajdziemy też Hanysa — Andrzeja Rocznioka.

Warszawa 1995

Czy sam sobie wybrał takie miano, czy było częściej używane, czy doraźnie, czy nadali mu je warszawiacy — nie wiadomo. Ale fakt jest.

Taki oto casus. Nieco chaotycznie i osobiście pisze o A. Rocznioku Aleksander Lubina w serwisie Wachtyrz.eu.

https://dbs.bh.org.il/image/arthur-kochmann-gleiwitz-silesia-poland-1930s

Wydawać by się mogło, że taka persona i takie wydarzenie nie zostało nigdzie zanotowane, a jeśli i owszem, to dokumenty spłonęły, świadkowie zapomnieli, wyparli lub zginęli. A jednak jakoś trwa pamięć o Arthurze Kochmannie z Gliwic.

Nie zainteresowałbym się tą postacią, niczego bym się nie dowiedział, gdyby w zupełnie innej publikacji, obecnej w Sieci, nie było przypisanego Kochmannowi wspomnienia o tym, że podczas narodowościowych sporów, polemik, przekonywań, przekomarzań i przemocy propolscy propagandziści poznańscy do swych górnośląskich polskich pobratymców przemawiali po niemiecku:

It has been raised that Upper Silesians speak a dialect of Polish. This consists of a mixture of German and Polish. In the electoral campaigns just past it became evident that Poles from Greater Poland [Wielkopolska – the Polish heartlands] and our Upper Silesian Poles cannot even communicate. Thus it became necessary for agitators from Greater Poland to address voters using the German language. They had to use the German language to communicate with Poles! And yet they make the claim that Upper Silesians belongs to Greater Poland and to the Polish nation. (Peter Fraenkel, Susanne and the Nazis, 2011, s. 29)

Nie spotkałem się nigdzie indziej z takim świadectwem. Intrygujące, czy to Wahrheit, czy Dichtung. Byłoby jednak ciekawym socjolingwistycznym przyczynkiem do kwestii międzyregionalnej komunikacji.

Los Arthura Kochmanna, w dziwnym sprzężeniu z włoskimi faszystami, pokrótce opisano poniżej.

Staat und Synagoge

O Arthurze Kochmannie, honorowym obywatelu Gleiwitz, tu i ówdzie po polsku napisano. W Wyborczej Leszek Jodliński podał (na jakiej podstawie?), że wywieziono go do Auschwitz w lutym 1943 (Pan Bernheim z Gliwic idzie na wojnę z III Rzeszą).

O języku Górnoślązaków wciąż pisze się i mówi dziwne i dowolne rzeczy oraz opowiada o nim jako o czymś śmiesznym lub o egzotycznej ciekawostce, więc przez wiek cały nic się nie zmieniło.

Wpis ten nie ma i nie może mieć puenty. Los człowieka i los zbiorowości w wieku XX na Górnym Śląsku i w większej części Europy zależał od złych ludzi. Opowieść o Susanne kończy się słowami: „But Kochmann has no grave”.

Grzegorz Kulik, osobistość i osobowość, opublikował kolejny filmik ze swojego popularnonaukowego cyklu CHWILA Z GODKŌM.
Porusza ważną kwestię dopełniacza liczby pojedynczej i mianownika liczby mnogiej dużej grupy rzeczowników rodzaju nijakiego.


Autor pisze też i mówi o innych rzeczownikach rodzaju nijakiego zakończonych na –e:


Terŏz powiym wōm ô wyjōntkach. Jŏ znōm trzi słowa, co majōm klang taki, iże mogłyby sie tak ôdmiyniać, a sie tak niy ôdmiyniajōm. To morze, to pole i to połednie. Kogo? Czego? Morza, pola i połednia. Niy idzie pedzieć morzŏpolŏ ani połedniŏ.
Ale sōm nazwy miejsc, co tyż sie tak ôdmiyniajōm, pra? Jastrzymbiŏ, Ôpolŏ, Koźlŏ, Zŏbrzŏ, Zołynżŏ, Chebziŏ, Zŏgłymbiŏ. Co ône majōm spōlne? To, iże sōm nijake. To Jastrzymbie, to Ôpole, to Zŏbrze, to Zołynże i tak dalij.
Niykerzi by chcieli ôdmiyniać do Bytōmiŏ i do Wrocławiŏ. Ino że to je tyn Bytōm, a niy to Bytōmie. To je tyn Wrocław, a niy to Wrocławie. Bez to jadymy do Bytōmia i do Wrocławia.
Ftoś by spytoł „to czymu sie gŏdŏ do Ustrōniŏ, jak je tyn Ustroń?” Bo Ustroń to je miano polske. Po naszymu je to Ustrōnie.
https://wachtyrz.eu/stolecie-i-inksze-jak-je-odmiyniac/

Otóż morze, pole i połednie to nie żadne wyjątki, ale ta trudna do objaśnienia na gruncie współczesnego użycia języka różnica jest oczywista historycznie. Końcówkę
o mają rzeczowniki, które nie miały przed parunastoma wiekami po prostu końcówki –e (jak pole, morze, południe, dorzucam serce), należały do innych pod względem pochodzenia grup. Dopełniaczowa końcówka –o (do kozanio, do Chebzio) dotyczy rzeczowników mających niegdyś końcówkę *-ьi̯e. Pisałem o tych wahaniach w swojej książce:

Czesak, Współczesne teksty śląskie…, Księgarnia Akademicka, Kraków [2015], s. 189

Pole i morze zaś przed miękczącą jotą nie miały półsamogłoski przedniej (jeru):

Mikkola 1903, s. 78

Skoro śląszczyzna to mowa Kochanowskiego (jest taki obiegowy pogląd), zerknijmy do Pieśni VII z Ksiąg pierwszych Mistrza z Czarnolasu:

Kreskowane á czytamy jak a zwykłe. Rádá = rada. Ale w słowie wesela na końcu a jest bez kreski. Jan Kochanowski, Małopolanin północny, wymawiał je zapewne jako dźwięk pośredni między o i a, czyli: weselo. Tak jest do dziś w przeważającej części Małopolski. Na Śląsku zaś na południu dominuje forma wiesieli, ale nam chodzi o dopełniacz. Przeważa –o, kontynuujące stan z wieku co najmniej XVI, zaś na Śląsku północnym powstała wymowa dyftongiczna [ou], zapisywane też w nowym alfabecie, używanym przez G. Kulika jako ŏ.

Bytom, Bytōm, Bytōń

Odpowiedź na dopełniacz od nazwy Bytom najlepiej znaleźć w żarcie, ale on jest tendencyjny, bowiem nie tak łatwo było faktycznie spotkać na Górnym Śląsku osobę, która ni w ząb nie rozumiała po niemiecku:


Humor ludowy jest spontaniczną i nie kontrolowaną dziedziną twórczości ustnej. Powstaje on i krąży … Wohin? – pado kasjerka. – Do Bytómia jeden bilet mi dejcie! A kasjerka zaś: – Wohin? … Jo staro baba byda się tam po Chinach smykać!

[Google]

Śląski dopełniacz od nazwy tego miasta powinien mieć końcówkę –a. Ma ją częściej w mowie niż w piśmie, bo tu zaczyna działać analogia z nazwami nijakimi, jak Zobrze czy Zołynże. I to w źródłach dość porządnych. Nie mogłem sprawdzić w korpusie śląskim (silling.org), bo błąd 502 mnie powitał. Oto więc przykłady wyguglane:
1)
Na zicher godali Wom ô cugu, kerym szło zajechać z Bytomio do Berlina we sztyry godziny, pra? Kej? Jedne Wom pedzōm „za zeszłyj Polski”, chocioż tak naprowdy to było bardzij za Niymca, bo godomy ô tyj tajli Ślōnska, kero ôstała sie przi Niymcach aże do sztyrdziestego piōntego. (
https://gryfnie.com/kultura/furgajoncy-pieron/),
2)
I tera se podziwejcie – yno niy chca być zmierzły na Krakusow – ale fakty som niyubłagane. A dyć, jak we Krakowie we 1896 roku napoczyni rozwożać o wprowadzyniu nowoczesnych bankow, to na Ślonsku łone już dwa roki jeździły i to niy yno po cyntrum wielgigo Bytomio, ale tyż po takich zopłociach jak choćby Chebdzie. I to pokazuje jak downy Ślonsk boł do przodku technicznie i gospodarczo. I tego piyrszyństwa niy opowoży sie nom zebrać żodyn, nawet tyn, kery Ślonska niy mo w zocy. (M. Szołtysek,
https://slask.onet.pl/w-czym-slask-przewyzszyl-krakow-pisze-marek-szoltysek/tx1dn )
3) Firma Fortum też napisała Bytomio:

Mamy więc fakt, który jest niezgodny z zasadą historyczną, ale podoba się coraz większej liczbie użytkowników śląszczyzny.
Przy okazji obserwujemy odejście od tradycyjnej śląskiej formy z –ń na rzecz formy polskiej z –m. Błędy (czy też warianty i innowacje językowe) nie biorą się znikąd, więc nie uważam sprawy za zamkniętą.

Właśnie wpadł mi w oko i do mojej czytelni tekst Patryka Orlewskiego (Uniwersytet Łódzki) Identity and distribution of the Silesian minority in Poland z czasopisma Miscellanea Geographica (Uniwersytet Warszawski).

O języku i tożsamości pewnie wiele więcej niż w bieżącej publicystyce się powiedzieć nie da, ale zaletą opracowania jest przejrzystość, mapy i schematy ilustrujące opisywaną problematykę. Nie wierzyłem dotychczas, ale teraz widzę, że najmniej śląską procentowo gminą na Śląsku jest miasto wojewódzkie Opole. Zastanawiające.


Fig. 1
A The percentage distribution of people declaring Silesian nationality according to the National Census of Population and Housing 2011; B– Opole and Silesian Voivodeships (in red). Source: based on http://slonzoki.org/ [16.08.2018], modified
Citation: Miscellanea Geographica 2019; 10.2478/mgrsd-2019-0006

Co więcej — okazuje się, że słowa wywołujące w Katowicach i Opolu burzę, że oto ktoś chce rozmontować państwo polskie, przechodzą przez sito recenzji naukowych czasopisma ukazującego się w Warszawie. Dystans potęguje niewiedzę czy pomaga chwycić właściwszą proporcję? Ślązacy są jakoś inni i da się to uchwycić tabelarycznie.

Zreferowane badania pokazują również, że Ślązacy uważają pewne działania praktyczne i symboliczne dla swej kultury i tożsamości za ważne i potrzebne.

Opinie w kwestiach śląskich

Śląskość w szkole, na tablicach z nazwami miejscowości, prawne uznanie i wsparcie dla języka śląskiego, obiecana przed wiekiem autonomia regionu — sprawy ważne. Ich obecność w dyskursie to fakt, a fakty trzeba interpretować, a nie negować. Tak myślę.

Badania były prowadzone w gminach: Wielowieś (powiat gliwicki; w skład gminy wchodzi słynące ze swej drużyny piłkarskiej Świbie), Miasteczko Śląskie, Radzionków, Piekary Śląskie, Chorzów, Świętochłowice, Ruda Śląska, Lyski, Wyry i Kobiór.

Na szczęście nic nie muszę mieć do powiedzenia o nowych inicjatywach zmiany nazwy województwa śląskiego na śląsko-małopolskie. Skoro jednak nic mnie nie zmusza, to obawiam się, że przychodzi pokusa wypowiedzenia się.

Najciekawsze jest to, co nie zostało wypowiedziane na głos w wypowiedziach Beskidzkiego Domu, Ruchu Autonomii Śląska i Śląskiej Partii Regionalnej (to ona wciąż istnieje?).

Zachodni i północno-zachodni Małopolanie nie akcentują tego, że Kraków nie jest specjalnie nimi zainteresowany oraz że mają silniejsze powiązania gospodarcze i infrastrukturalne w stronę śląską.

Zdają się też nie dostrzegać tego że to, co odbierają jako hegemonię śląską, przez Ślązaków również zainteresowanych wspieraniem własnej śląskiej tożsamości jest postrzegane jako ledwie jakieś drobne cząstki ze stołu polityki o wydźwięku centralistycznym.

Ślązacy zdają się nie brać na poważnie uczucia nazewniczego i częściowo także narracyjnego, kulturowego i budżetowego upośledzenia  małopolskich części województwa śląskiego. Proponowane zmiany, aby nie przeprowadzać zmiany nazwy, lecz zmianę granic województw, oczywiście nie są do zrealizowania w dialogu medialnym bez sensownych reprezentacji we władzach Rzeczypospolitej Polskiej i dyskusji na forum parlamentu.  Gromkie głosy, że najlepiej powołać duże województwo górnośląskie (przez inkorporację obecnego województwa opolskiego) oczywiście z Księstwem Cieszyńskim jako również częścią Górnego Śląska (tak przecie uważano kilka wieków temu!) potwierdzałyby wyrażane przez „podbeskidzką” część województwa śląskiego tezy o pewnej dozie hegemonistycznej ślepoty i głuchoty „Katowic” na ich inną wrażliwość uwarunkowaną historycznie.

Trzeba by też dodać że najprawdopodobniej mieszkańcy i władze województwa opolskiego nie byli pytani o to, czy „dojrzeli” do koncepcji „województwa górnośląskiego”. W wypowiedziach zwolenników tej nowej koncepcji połączonej ze zmianą granic województw pobrzmiewają tony wyższości nie tylko wobec „zapóźnionych”, małopolskich części obecnego województwa, ale i pobłażliwie wyższościowa postawa wobec niegdyś stołecznego Opola. Nie słychać o tym, że rozumie się różne także względem katowickiej czy rybnickiej części Górnego Śląska doświadczenia historyczne, inne świadomości narodowościowe „autochtonów” na „Opolszczyźnie”, koegzystencję z mniejszościami narodowymi, postulowaną i praktykowaną „pojednaną różnorodność” (ulubione frazy arcybiskupa Nossola). Wydaje się też, i nie jest to bez znaczenia, że część osób zabierających głos w imieniu małopolskich części obecnego województwa śląskiego ma w sobie zadawnione i nie do końca zracjonalizowany poczucie krzywdy kierowane nie tylko względem administracji ale też pewien antyśląski czy antygórnośląski resentyment. Obawiam się że to w niczym nie pomoże.
Jako że najbardziej interesują mnie fakty, o czym nie raz mówiłem i pisałem, chętnie oglądnąłbym jakieś fotki pokazujące wkraczanie ekspansywnej górnośląskości na przykład do powiatu żywieckiego. Czy rzeczywiście, kiedy, kto i w ramach czego pokazywał tamtejszą kulturę (oczywiście również zróżnicowaną na góralską, mieszczańską i „dolańską”) jako śląską. Czy i na jakich zasadach uczestniczyli w tym bądź nawet firmowali to miejscowi mieszkańcy?

A co widać z Krakowa? Zawiodę być może wszystkich. Kraków najbardziej jest skupiony na 1) sobie, 2) perspektywach z czasów Rzeczypospolitej Krakowskiej. Na zachód, śmiem twierdzić, poza Krzeszowice niemal nie sięga refleksja. Wnoszę to na przykład z materiałów informacyjnych w oglądanym przeze mnie solidnie od dwudziestu lat głównym programie informacyjnym lokalnej telewizji. Jeśli polemiści wskazują na oddziaływanie na pamięć i świadomość podziałów administracyjnych PRL i RP z lat 1975–1989, to proszę pomyśleć, że mieszkańców „gierkowskiego” województwa krakowskiego też to dotyczy, też zawęża ich perspektywę. Do dziś ówczesne terytoria województw kieleckiego, tarnowskiego, nowosądeckiego i bielskiego, po 1999 włączone do województwa małopolskiego, które w pierwszych planach miało sięgać gdzieś pod Radom (!), są „jakieś inne”. Każda taka zmiana osadza swoją warstwę w pokładach pamięci.
Ja pamiętam, jak pod kościołem w Racławicach (tych, pod którymi Kościuszko itd., wtedy w województwie kieleckim) chłopy rozmawiały w duchu „powinniśmy być pod Krakowem, bo my przecie Krakowioki”. Kraków jednak o tym nie wiedział, nie tęsknił, a i dzisiaj przyjmuje to obojętnie. Zachęcam więc okolice Białej (Krakowskiej) do skonfrontowania się z poziomem szczęścia z przynależności do województwa małopolskiego ze stolicą w Krakowie, jakie mają mieszkańcy Olkusza, Miechowa, Dąbrowy Tarnowskiej, Gorlic. Idealizacja to zła doradczyni.

Widzę emocje (zarzucanie pozbawionemu wpływu na zarządzanie województwem RAŚ chęci „silenizacji” i działania niezgodnego z polską racją stanu).
Wielostronne bezdialoże, zamknięcie, brak dialogu.
Katowiczanie być może nie wiedzą nie tylko, gdzie są Gilowice (a ile Gilowic jest w obecnych granicach województwa — kto wie?), bielszczanie natomiast niewiele chyba wiedzą, jak się żyje koło Myszkowa czy Kłobucka. Zobaczymy, czy przynajmniej część osób się nawzajem posłucha.

Jutro debata, plakat zawierał (ale już nie zawiera) pewną prowokację w szyku, napisane było bowiem w pewnym momencie o „małopolsko-śląskim” projekcie. Czy będzie tam tylko spięcie? A może z bezdialoża jest wyjście ku spotkaniu?

Beskidzki Dom: https://dziennikzachodni.pl/bedzie-zmiana-nazwy-wojewodztwa-slaskiego-na-slaskomalopolskie-petycja-trafi-do-mswia/ar/13903862

RAŚ: http://www.radiokrakow.pl/wiadomosci/malopolska-zachodnia/ras-zmiana-nazwy-wojewodztwa-nie-rozwiaze-problemow-trzeba-zmienic-granice/?fbclid=IwAR3DaJmCBy4hmdoYT4hupgKcMOwuA6o0Lc5j5iW2rn2ODmc2tQuLdC-VJJU/

Śląska Partia Regionalna: http://partiaslaska.pl/gornoslaskie-zamiast-slaskiego/?fbclid=IwAR0Z4ACZEV7pJMh-xCJTFTaS9AtzGzf8gNQwI6r78Iajgq-4uokJwERmfJw

Najaktualniejszy stan na fejsbukowych fanpejdżach.

Tu już nikt nie doczyta, więc napiszę, dlaczego mnie to dręczy i drażni. Bo znam wielu ludzi z różnych regionów, niekiedy nawzajem się niezbyt lubiących. Zachować życzliwość jest łatwiej wtedy, gdy racje są wykładane, a nie tylko pretensje z powodu skrzywdzenia lub niedopieszczonego poczucia wyższości. Jestem życzliwym obserwatorem działań społecznych. Z góry ogłaszam neutralność w bieżącym sporze.
O kształcie ustrojowym Rzeczypospolitej najdobitniej się wypowiadam co kilka lat, oddając głos w tajnych wyborach ;-).

Dzisiaj nauka o tym, żeby nie ciągnąć ciemnej metafory, gdy nie wiadomo, w jakim znaczeniu się czego używa i dokąd to może zaprowadzić.

W blogu o językach in statu nascendi sprostowałem opinię Jana Dziadula o tym, że Praszka, to część „śląskiej Opolszczyzny”. Nie, nie, nie, chociaż od ostatniej reformy administracyjnej należy do województwa opolskiego, a nie do śląskiego, gdy rozparcelowano województwo częstochowskie. Historycznie słuszniejsze mogłoby być bowiem łączenie Praszki z ziemią wieluńską, a Wieluń trafił teraz do województwa łódzkiego.

Czarna polewka, ciąży, poroni?

Jan Dziadul pisze o meandrach polityki Ślązaków z partii Ślonzoki Razem, m.in. o tym, że optują oni za tym, by historycznie nieśląskie, czyli małopolskie, terytoria obecnego województwa śląskiego nie wchodziły w skład województwa ze Śląskiem w nazwie. Zastanawia się, jak mogliby na to zareagować mieszkańcy województwa częstochowskiego w granicach sprzed roku 1999. Oto ten fragment:

Koniecpol i Szczekociny ciążą ku Katowicom – nawet czarna polewka podawana przez Ślonzoków nie jest w stanie poronić tego stanu. [podkreślenia: AC]

Cóż to znaczy? Zapewne: ciążą ku Katowicom – nawet sygnały niechęci ze strony partii Ślonzoki Razem nie są w stanie zmienić tego stanu.

Czasownik ciążyć tutaj bardziej odnosi się do grawitacji, ciążenia, a nie do ciąży kobiecej, toteż nieszczęśliwe przedwczesne zakończenie ciąży, poronienie, wydaje się najmniej odpowiednim antonimem. Ponieważ zaś camera obscura służy jednak czepianiu się i piętnowaniu, a nie cierpliwym objaśnieniom, dajmy temu spokój i powiedzmy, że to przykład jakiegoś dziennikarskiego zawirowania myślowego, które nie powinno było przejść przez procedurę zapisywania pliku. Niestosowne i bez sensu.

Czarna polewka zaś to utrwalony w polskiej kulturze, choćby, jeśli nie zwłaszcza przez Adama Mickiewicza, choć to zwyczaj wcześniej utrwalony:

Do zamku nieproszony coraz częściej jeździł,
W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł.
I już miał się oświadczać: lecz pomiarkowano,
I czarną mu polewkę do stołu podano.

Sam Mickiewicz objaśnił to tak:

Mickiewicz o czarnej polewce

Ale właśnie — gdzie Nowogródek, a gdzie Katowice, Opole i Olesno. Na pewno czarninę (a może czerninę) lubią mieszkańcy ziemi wieluńskiej. Co do Ślązaków pewności nie mam, a serwis ze śląskimi smakami w nazwie bez mrugnięcia okiem opisujący wśród tychże smaków dziedzictwo kulinarne regionu częstochowskiego nie budzi zaufania:

Na terenie Górnego Śląska zupa ta nazywana jest szwarcem, w północnej części województwa – regionie częstochowskim czerniną lub czarniną, a na Śląsku Cieszyńskim czarniną.

Przytoczyć jednak zawsze można. Chodzi więc o to, że niby Szczekociny i Koniecpol się wdzięczą do Śląska, a politycy chcący jednoczyć tereny zamieszkane przez „rdzennie” śląską ludność dają im do zrozumienia, że ich nie chcą. Metafora matrymonialna w kontekście administracyjnym — ujdzie, ale to dziennikarska sztampa.