Stary, jakby co, to wal jak w dym! Owszem, do oferującego tymi słowami swą przyjacielską pomoc pójdę bez namysłu. Ale o co chodzi z tym dymem i czy rzeczywiście należy w dym iść, a może walić to strzelać?

Proszę posłuchać rozmów na ten temat wiedzionych przeze mnie z red. Pawłem Sołtysikiem w czwartkowej audycji Przed hejnałem w Radiu Kraków.

A broń czarnoprochowa?

W audycji przedstawiam, co wyczytałem w jednym z akapitów autorstwa prof. Kwiryny Handke. Nie całkiem się z tym zgadzam, bom na filmach widział, że gdy jeden szereg XVII-wiecznych strzelców wypalił i brał do ręki wyciory i co tam jeszcze, by broń do następnego strzału przysposobić, to zza ich pleców drugi szereg wychodził i oddawał salwę. Coś jednak musi być, skoro temat wojenny pojawia się w niedawnej rozmowie Pawła Chmielewskiego z Jackiem Hogą w portalu PCh24.pl:

Czarny proch był prawdopodobnie produktem ubocznym działalności alchemików. Uzyskana przez nich substancja wybuchała, nadawała się do rakiet na fajerwerki. Chińczycy próbowali tego użyć w wojsku, ale my zaczęliśmy tego w XIII wieku używać o wiele skuteczniej. Do 1886 roku to był jedyny znany ludzkości proch. Wówczas we Francji, za III Republiki, wynaleziono proch, który uzyskuje dużo większe ciśnienia i o wiele bardziej rozpędza pocisk. Ma też tę charakterystyczną cechę, że jest bezdymny. Od tej pory poprzedni proch był zwany prochem czarnym: salwy na polu bitwy potrafiły całkowicie zablokować widok nieprzyjaciela, stąd też takie powiedzenia jak polskie „iść jak w dym”, bo po salwie żołnierze idąc na bagnety nie widzieli, na kogo idą.

Ano właśnie, gdy nie mamy widoku, to idziemy w dym tylko wtedy, gdy musimy, i raczej niepewnie, a nie śmiało, bo wcale nie mamy pewności, że czeka nas pomocna dłoń. Tak więc albo coś jest nie tak z niezawodnością uzyskania pomocy tam, gdzie mamy iść jak w dym, albo analogia do pola bitwy ma jakąś lukę logiczną. Chętnie o tym podyskutuję.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Jak ten czas leci. Szóstego sierpnia dwa tysiące dwudziestego roku, w Przemienienie Pańskie, pięć lat po zaprzysiężeniu Andrzej Dudy, rozmawiałem w Radiu Kraków z red. Robertem Konatowiczem o formach językowych związanych z wyborami.

Najciekawsze okazało się głosowanie nogami i skreślanie kandydata. Obecna sytuacja na Białorusi pokazuje zaś, że i po akcie wyborczym, można przez masowe spacery wypowiadać się na temat tego, kto głosy liczy i ogłasza wyniki. W 1947 w Polsce desperację pokrywano wisielczym humorem i wierszykiem

Urna wyborcza to magiczna szkatułka,
wrzucasz Mikołajczyka, wychodzi Gomułka.

Zapraszam do posłuchania powyborczych remanentów w Wyczesanych rozmowach.

Ach, na szczęście skończyły się antyporadniki z zaleceniami władających staropolszczyzną kancelaryjną prawników, by „skreślić znak X” albo „skreślić kandydata”, czyli dać mu kreskę, czyli głos, ale na piśmie, jak za czasów Jacka Soplicy:

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,
Kłótnik, Jacek Soplica, zwany Wojewoda
Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,
Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie,
I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,
Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,
Szabli i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Wrócą przy następnych wyborach.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Po ptokach jest frazeologizmem śląskiego pochodzenia, który bardzo się spodobał użytkownikom polszczyzny ogólnej. Ale o co chodzi z klatką na policji? Tak napisał Alojz z gazetce parafialnej w Rybniku, a on dobrze po śląsku pisze.

Zapraszam do posłuchania najnowszych Wyczesanych rozmów w Radiu Kraków. Dziś rozmowa z red. Pawłem Sołtysikiem.

A Pani Redaktor Annie Piekarczyk życzymy wszystkiego najlepszego. Ćśśś.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Jak zwykle przy naszych wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków okazuje się, że powiedzonka niby zwykłe nie zawsze mają jasne źródła, ponadto są to też jakieś obrazy, utrwalone w zbiorowej świadomości, ale zazwyczaj nieostre.

Dziś robić lub zrobić {kogoś} w bambuko. Oczywiście można by dłużej, nie tylko o Afroafrykańczyku Bambo, ale i o ludzie Bambuko w Kamerunie, a czasu wystarczyło na oberwanie bambukowym kijem w Chinach i na roztoczenie widoków na złote góry w Senegalu, gdzie Polacy zrobili w…, to jest przechytrzyli swych wrogów i przechowali prawdziwe złoto.

Zapraszam do posłuchania.

Artur Czesak, Wyczesane rozmowy w Radiu Kraków z red. Anną Piekarczyk, 13 sierpnia 2020 r.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Brzmi ten frazeologizm nieco knajacko (cokolwiek to znaczy, ale kto użyje tego słowa, momentalnie staje po stronie kultury i tradycji), lecz z upodobaniem korzystają z niego liczni dyskutanci twitterowi i publicyści o szerszym zasięgu tudzież horyzontach.
Stare czy nowe? Lwowskie czy warszawskie? A jakie jest Wasze zdanie, Szanowni Słuchający?

Rozmawiałem o darciu łacha z Panem Redaktorem Pawłem Sołtysikiem w Radiu Kraków. Zapraszam.

Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, czwartki, ok. 9.40

Raz po raz ktoś z kogoś łacha drze, więc żeby nie było aktualnych odniesień, zerknijmy na wpis blogowy sprzed siedmiu lat.

Źródło: https://www.salon24.pl/u/ryszardczarnecki/527498,rycerze-jedi-kontra-matolki

Ponieważ autor, Ryszard Czarnecki, to w jakimś stopniu Dolnoślązak, a przy tym użył regionalnego lwowskiego czasownika bałakać, to ktu wi, czy ni un to przyniósł do Warszawy.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Każdy chyba wie, że dyszel to jest twardy, prosty, drewniany drąg. Czym więc jest dyszel rzemienny?

Jazda rzemiennym dyszlem jest pełna meandrów, od znajomych do znajomych, z nieprzewidywalnymi postojami.

Przypomniałem ten frazeologizm w Wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków. Zapraszam do posłuchania.

Nowa księga przysłów polskich pierwsze poświadczenie podaje z roku 1848. A tu się okazuje, że słownikarz Linde musiał mieć ucho do modnego wówczas, bodaj tylko wśród polskiej szlachty, frazeologizmu.

Słownik Lindego (tom 1: 1807) mógł być rozsadnikiem tej figury, dla Aleksandra Jełowickiego jakże oczywistej, gdy w 1839 publikował wspomnienia:

Rzemienny dyszel może więc być emblematem niespiesznych przechodniów, dygresyjnych gawędziarzy, jakiejś odmiany slow life, wyrwania się z kieratu i kołowrotu. Tak Michał Rolle charakteryzował w 1914 r. swe zachwyty Kamieńcem Podolskim. Nie ma już tego świata, lecz w książce ciągle jest.

Jeśli nie do Kamieńca, to gdzieś bliżej, w to lato pandemiczne, poza szlakami, bez tłumów, rzemiennym dyszlem — na rowerze — można by pojechać.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Są frazeologizmy, które nie zdążyły trafić do słowników, bo najpierw ktoś uznał być może, że to zbyt nowe, ponadto zbyt żargonowe, do tego jeszcze nazywające niesłuszną praktykę, a partia i cenzura decydowały o rzeczywistości, więc i o jej odbiciu w słownikach. W każdym razie w żadnym słowniku tego nie znalazłem. Czasem uda się złowić jednostkę frazeologiczną zupełnie przypadkiem, jak we wspomnieniach towarzysza Albina Siwaka, na które wpadłem, jak widać po tytule materiału filmowego, gdy dociekałem, skąd się wzięła w polszczyźnie publicystycznej gotowana żaba. Nie ma obowiązku słuchania tych wynurzeń, najważniejszy element cytuję pod filmem:

ludzie pracy mieli krzywdę płacową systemy płacowe w Polsce były… być może młode pokolenie na dzień dzisiejszy nawet pojęcia nie ma, co to był długi ołówek, co to było „czy się robi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Jeżeli ja jako brygadzista chciałem, żeby zarobili dniówkę dwaj moi cieśle, jak stawiałem powiedzmy parkan, ogrodzić budowę, to ja im musiałem pisać 2, 3 kilometry, że oni zrobili dziennie tego parkanu, a oni nawet przejść tam i z powrotem by nie przeszli a ja to musiałem pisać (jako przykład podaję naciągania, żeby im wyszła dniówka) – ale to w każdej materii, w każdej branży…

Socjalistyczna kreatywna księgowość — oto źródło, oto inspiracja. Faktycznie, dokumentacja frazeologizmu długi ołówek jest zbyt bogata, by uznać tę jednostkę za okazjonalizm i efemerydę. Chyba jednak przestało się jej używać jeszcze w czasie prób zwalczania absurdów wprowadzonych przez twórców i nadzorców tego systemu, to jest mniej więcej na początku lat 70., wraz ze zmianą ekipy rządzącej i epoką nowej kreatywności rozsadzającej siermiężne gomułkowskie horyzonty planowania oraz boomem inwestycyjnym.

Rodzime czy zapożyczone?

Nie odnalazłem dowodów na kuszącą hipotezę, że mógłby to być rusycyzm, pożyczka frazeologiczna przybyła na sowieckich tankach wraz z politrukami i metodami socjalistycznej gospodarki planowej (rosyjskie połączenia ze słowem карандаш  — karandasz ‘ołówek’ — mają tylko dosłowne znaczenia). Proszę o wszelkie ślady długiego ołówka we wspomnieniach.

Wyczesane rozmowy w Radiu Kraków, 28 maja 2020 r.

Opowiadałem o swych poszukiwaniach redaktorowi Pawłowi Sołtysikowi w Wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków. Zapraszam do posłuchania.

Zgadzam się, że zaczarowany ołówek lepszy był od długiego, który zamierzano obcinać.

Trzeba chwytać frazeologię na gorąco, bo za lat kilkadziesiąt ktoś będzie mozolnie dociekał, co to był np. ostry cień mgłynowa normalnośćodmrażanie gospodarki i inne oczywiste i częste w języku mówionym i pisanym połączenia wyrazowe.

 

Share and Enjoy !

0Shares
0

0
0

https://medium.com/psychology-secrets-for-marketing/the-boiling-frog-4ef1d66c9b35

O tej nowej pożyczce frazeologicznej i mentalnej rozmawiałem w Wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków z Panią Redaktor Anną Piekarczyk. Zapraszam do posłuchania.

Myśl na koniec urwało, a dotyczyła tego, że na szczęście eksperymentów na zwierzętach coraz mniej, nawet szlaki migracji żab staramy się chronić odpowiednimi znakami drogowymi.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Co chwilę teraz słyszymy, że ktoś czuje się jak gotowana żaba albo co gorsza ktoś nie widzi, że jest z nim jak z żabą we wrzątku (choć po prawdzie nie we wrzątku właśnie, ale w znakomitej temperaturze, jak w Szarm el-Szejk, a nie w Międzyzdrojach, Dąbkach czy Stegnie).
Jest to nośna metafora polityczna, społeczna, psychologiczna, antyprzemocowa, motywacyjna, marketingowa… Bardziej metafora (lub jeszcze porównanie) niż prawdziwy, nawet popularny opis eksperymentu. Nie ma się co dziwić, odkąd wiemy, że i Malinowski inaczej na Trobriandach mieszkał, niż opowiadano o tym z bezkrytycznym zachwytem uczonym krytycyzmu studentom antropologii, i Zimbardo w szczegółach inny niż w micie.
O syndromie gotowanej żaby mówił już parę lat temu towarzysz Albin Siwak (w antysemickim sosie) i (też) nonkonformistyczny, ale biegunowo bardziej finezyjny stylistycznie od Siwaka Jan Klata:

Brzmi banalnie – ale wcale takie nie jest. Gotowanie żaby wymaga paradoksalnego kunsztu, cierpliwości, utrzymywania tzw. poker face, nie wolno mrugnąć powieką na kamiennej twarzy, nie można zmącić rosołu. Jeśli w jakimś niepożądanym okamgnieniu żaba wyczuje, co ją czeka, zacznie wrzeszczeć, a przedśmiertne skrzeczenie przeszkadza w stanowieniu nowych praw, osadzaniu nowych elit na wszystkich możliwych stolcach, przeszkadza w pospólnej społecznej drzemce. Niech więc rączka nie drgnie, gdy delikatniutko zwiększamy temperaturkę. Zwiększamy, z wyrozumiałym uśmiechem, machnięciem drugiej ręki oddalając zarzuty, absurdalne całkowicie, oszczercze, wręcz śmieszne, totalnie niesprawiedliwie histeryczne. Ani mru-mru, cha, cha, cha, a drugą kończyną przekręcamy pokrętło.

Stopniowo, nie bez narastającej równolegle satysfakcji, obserwujemy reakcję żaby w kolejnych stadiach klimatycznych. Najpierw żaba zadowolona – jest jej jakby cieplej na duszy. Później żaba sobą zachwycona – czuje, że wstała z kolan. Następnie żaba czuje, że całe życie zasługiwała na jacuzzi, więc nierychliwie, ale nareszcie sprawiedliwie spełniają się oczekiwania. Podnosimy zatem jeszcze temperaturkę wody, aby żaba uświadomiła sobie, że przecież jest jak na Islandii, że gorące źródła pełnią funkcję nie tyle nawet odprężającą, co wręcz leczniczą. Czas skończyć z zimną pedagogiką wstydu, żaba zasługuje na najwyższą temperaturę wody. Nie wiadomo, czy żaba przed ugotowaniem zda sobie sprawę, że jest już po herbacie, być może tak, być może nie – wtedy i tak będzie za późno, a wszyscy obserwatorzy uznają, że chcącemu nie dzieje się krzywda. Przecież od początku było widać, o co chodzi, nieubłaganie. (Tygodnik Powszechny, 22.12.2017)

Musiałem o tym opowiedzieć w tym tygodniu, bo opowieści o żabopoczuciu mnożą się i plenią jak kijanki w bajorze. A to ktoś opuszcza jakąś partię, a to rozgłośnię radiową, ten z synekur rezygnuje, ów do niezłomności z bezpiecznej odległości nawołuje. A wszyscy barwnie opowiadają o eksperymencie naukowym z żabą jako obiektem albo bohaterką. Snują paralele w poetyce Ezopowych fabuł, po części nawet ezopową mową. Niewielu sprawdza, że ta żaba, dieser Frosch w eksperymencie urodzonego w Poznaniu, więc metodycznego uczonego Friedricha Leopolda Goltza (1834–1902), podobno opisanym w monografii Beiträge zur Lehre von den Functionen der Nervencentren des Frosches (1869) pozbawiona była mózgu.

Share and Enjoy !

0Shares
0

0
0

Idiom doskonały, bo nie wiadomo, co znaczy, a próba poskładania znaczenia z poszczególnych wyrazów też niezbyt sensowne daje rezultaty. Trącić nie znaczy tutaj potrącić, przypadkowo kogoś dotknąć czy zahaczyć np. ramieniem; nie ma też, mam nadzieję, bezpośredniego związku z mało grzecznym pies cię trącał. Myszka nie oznacza małego gryzonia ani części ludzkiego ciała, na przykład znamienia na twarzy. Nie jest to również myszka komputerowa.

Znaczenie dzisiejsze

Dziś jeśli coś trąci myszką, to znaczy, że jest niemodne, nie pasuje do nowoczesnej rzeczywistości, jest anachroniczne. Albo całkowicie błędne, albo mimo że w gruncie rzeczy politowania godne, można to tolerować. Nie jest to pochwała, o czym świadczą wyniki małego sondażu.

Znaczenie dawniejsze

Trącić to ‘pachnieć, zalatywać, cuchnąć, oddawać, śmierdzieć’ — cała gama doznań węchowych. Gdy w XIX wieku wino trąciło myszką, wszyscy się cieszyli. Myszka zaś dosłownie, wg Słownika języka polskiego tzw. warszawskiego, była to „ciecz pachnąca, zawarta w woreczku około pępka zwierzątka z rodzaju myszy”, a przenośnie — pozytywnie odbierany zapach właściwy starym winom. Świadczą o tym wersy Pieśni Janusza Wincentego Pola

Nasz szlachcic toż samo niezgorzej wystąpił,
Somsiadów pospraszał i sreber nie skąpił;
Nie było tam wiele wymysłów… cekaty…
Bo było na łyżce i było za łyżką,
A wino na piękne trąciło już myszką.
Szedł kielich kolejno — a mówią: przy winie
I miłej drużynie czas jakoś to płynie…
(Wieczór przy kominie. Polska gawęda, 1835/1833)

Wersja audio w Wyczesanych rozmowach

Od pochwały do przygany. Niby to jest wiadome, ale przyjrzenie się historii frazeologizmu trącić myszką  bardzo jest ciekawe. Rozmawialiśmy o tym związku frazeologicznym w Radiu Kraków (zdalnie, bo pandemia). Zapraszam do posłuchania.

 

 

Share and Enjoy !

0Shares
0

0
0

Blac swan

Podobno czarnych łabędzi nie ma, ale…

Proszę posłuchać. Zainspirował mnie tekst prezesa KGHM Marcina Chludzińskiego we Wszystko Co Najważniejsze.
W Radiu Kraków zagadnął mnie Red. Paweł Sołtysik.
Zapraszam w czwartki około 9.40. Zachęcam do pytań o genezę związków frazeologicznych. Najbardziej mnie cieszą sytuację, gdy mogę w słownikach i innych miejscach wyczesać coś, czego dotychczas nie napisano.

Share and Enjoy !

0Shares
0

0
0