No tak, zapewne z tego tytułu ktoś znający współczesny teatr z doniesień o szarganiu świętości, protestach z różańcami w ręku z powodu golizny i latania z wiadomo czym wetkniętym wiadomo gdzie gotów pomyśleć, że coś takiego sprzed pół wieku mam na myśli. Nie. Inna to była czynozbrodnia. Są na to dokumenty w Archiwum Narodowym.

Informacja Komitetu Dzielnicowego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Krakowie-Zwierzyńcu na temat uroczystości jubileuszowych 25-lecia Teatru Rapsodycznego (s. 1), 1966
(ANK, Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Krakowie, sygn. KW PZPR 1362)

W ramach jubileuszu i w godzinach pracy poszli na mszę do katedry. Najsmakowitsze jest to, że sekretarz POP (Podstawowej Organizacji Partyjnej) klęczał wraz z Mieczysławem Kotlarczykiem z przodu. Inni pierścień całowali. Arcybiskup był kiedyś aktorem…
Sekretarz Stanisław Rydz zalecał zwolnienie dyrektora obywatela Mieczysława Kotlarczyka. No pewnie.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Satyryczne pismo „Djabeł” w numerze 12 z 19 czerwca 1885 r. na stronie 3 wydrukowało te dziarskie krakowiaki, śpiewane jakoby przez lokajstwo stańczykowskie, czyli prasę wysługującą się rządzącym konserwatystom.

Najciekawsza jest forma „albośma”, niekrakowska, bardziej sądecka. Na mapie 462 Małego atlasu gwar polskich teren, gdzie występowała (i pewnie jeszcze trochę występuje) końcówka czasownikowa 1 osoby liczby mnogiej -ma oznaczona jest kreską zieloną.

MAGP 462

Dla samego Krakowskiego charakterystyczne jest bieremy, jak w we wspomnieniach Pani Loli o Nagrodzie Nobla dla pana Władka Reymonta.

Czerwoną linią na mapie zaznaczono zasięg końcówki -wa w funkcji pierwszej osoby liczby mnogiej. Mogli więc koledzy Wojciecha Bartosa śpiewać po 1794: „Bartoszu, Bartoszu, Oj nie traćwa nadziei, Bóg pobłogosławi, Ojczyznę nam zbawi”.

Już jednak po 1820 jeden z najsłynniejszych krakowiaków upowszechnił się z końcówką -my:

BJ 292 I Rara

Ten to słynny krakowiak posłużył jako czytelne odwołanie do przytoczonego powyżej utworu piętnującego służalstwo prasy głównego nurtu.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Dziennik Zachodni skusił mnie ostatecznym testem z języka śląskiego. Ten ostateczny to chyba jakiś anglicyzm. Przecież ja nie znam języka śląskiego. Pomińmy drażliwą kwestię jego istnienia oraz stopnia ustandaryzowania i terytorium, które się z takim pojęciem utożsamia.

https://dziennikzachodni.pl/quiz/9842,ostateczny_test_z_jezyka_slaskiego_slaskie_slowa_za_ktorymi_jezyk_polski_po_prostu_nie_nadaza,q,t.html

Usiłowałem to sobie sam rozjaśnić, pisząc książkę przez lat dziesięć z górą i czytając, co się dało.

Zrobiłem ten test!

Tu można obejrzeć moje zmagania.

Komentarze dla poprawienia sobie nastroju

Miynsok

Tu miynsoka nie ma, więc wychodzi na to, że to wyraz rzadki.

Ciorok

W słownik B. Kallusa faktycznie ciorok (ciŏrŏk) jest w znaczeniu ogólniejszym,. z jednowyrazowymi synonimami polskimi.

Grample

Ciekaw jestem, jaki faktycznie jest geograficzny zasięg używania słowa grample (plurale tantum) i singularnej grampli i prawidłowego rozpoznawania znaczenia tego wyrazu. Prawdy materiałowej można się doszukać w Słowniku gwar śląskich pod redakcją prof. Bogusława Wyderki. Tak, są to ‘widły do ziemniaków, mające na końcach zębów metalowe kulki zapobiegające kłuciu ziemniaków’.

Czyli bardziej one służą zrzucaniu, niż nakładaniu w miejskiej piwnicy do wiaderka. Zasięg terytorialny niewielki, uzbierane przez opolską kartotekę przykłady pochodzą z terenu województwa opolskiego. Najładniej brzmi ten z Poborszowa (Poborschau), gmina Reńska Wieś, parafia rzymskokatolicka Mechnica: Gramplōma se ściepuje kartŏfly do piwnicy. Ta piwnica przez [pi] trochę niepewna (być może nieśląskie ucho osoby zapisującej nie złapało albo zadziałał mechanizm utożsamienia śląskiego wyrazu podobnego z polskim), bo Atlas językowy Śląska pod red. Alfreda Zaręby na mapie 412 wyraźnie pokazuje, że typowo śląską formą jest pywnica. Poborszów leży 3 km na południowy wschód od punktu 31, tj. miejscowości Mechnica, gdzie materiały zbierał w 1963 roku Józef Bal, a odpowiadali: Paweł Preis (lat 81), jego żona (lat 57), Józef Kapuła (wielki Polŏk, lat 64), Antonina Grelich (lat ok. 50), Franciszek Klemenc (lat 71), Józef Gabor, Konstanty Kura, Helena Gewald, jego córka.

U B. Kallusa zaś z nieznanych powodów grample to ‘grabie duże’

Obawiam się, że autor mógł ulec skojarzeniu brzmieniowemu z pierwszymi głoskami i nie dosprawdzał. W korpusie Grzegorza Kulika (SILLING) nie ma ani jednych grampli. Czyli test był trudny i pokazał, że każdy niemal się ma za ostoję i wyznacznik śląskości rozumianej jako znajomość słów mocno różniących się od polszczyzny czy też własnych o niej przekonań.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Pamięci Honoraty Skoczylas-Stawskiej (1934–2018)

Honorowa Obywatelka Wielunia, 2006. Źródło

Nie jest to deklaracja ludomana, współczesnego miłośnika gwar, widzącego gwary nawet tam, gdzie nie widzą i nie słyszą ich rodowici użytkownicy językowych odmian polszczyzny danego terytorium. Mam przed sobą dowód, czyli książkę pani Pauliny Wyrębak, co mi ją podarowała. Ale o tym za chwilę.

Zapowiedziana książka czerpie z bogatej historii gwar ziemi wieluńskiej — ciekawego i odrębnego terytorium na pograniczu Małopolski, Wielkopolski i Śląska. Każdy dialektolog, gdy usłyszy „ziemia wieluńska”, natychmiast ma przed oczyma nazwisko, pozycję bibliograficzną Fonetyka w gwarach dawnej ziemi wieluńskiej (1977) albo twarz i uśmiech doktor Honoraty Skoczylas-Stawskiej. 

Autorka pochodziła spod Wielunia — Dąbrowa jest obecnie w granicach tego miasta, związana też była z Wierzbiem. Przeprowadziła mnóstwo wywiadów terenowych, utrwaliła mowę mieszkańców badanego obszaru na taśmach magnetofonowych zdeponowanych w archiwum fonograficznym przy poznańskiej uniwersyteckiej dialektologii. Tym wszystkim, którzy sądzą, że w tak zwanej Polsce centralnej gwar w ogóle nie ma, a jeśli są jakieś resztki, to nieciekawe, mogę zalecić tylko jedno: zajrzenie do książki. Monografia ta nie jest poświęcona wyłącznie zjawiskom fonetycznym. Są one przedstawione w kontekstach leksykalnych, a ich terytorialne subregionalne rozmieszczenie i interregionalne związki przedstawiają liczne mapy.
O, na przykład ta: przechodzi się przez Prosnę ze Śląska w charbołach, już po chwili na nogach pojawiają się chapcie, a za kawałek, przed wieluńskim rynkiem zmienią się one cudem jakimś w kurpie.

Przed najnowszą reformą administracyjną Wieluń był w województwie sieradzkim, więc pomyślałem, że poezje Pauliny Wyrębak nie są taką zupełną nowością na tym obszarze. Miałem w pamięci bardzo dobry zbiór gawęd ludowych z Sieradzkiego Trzy palice w nosie (1988), napisany przez Kazimierza Maurera. Okazuje się jednak, że Babice koło Lutomierska, z których pochodził ten folklorysta i gawędziarz, między innymi zwycięzca Sabałowych Bajań, znajdują się aż 100 km od Chotowa, w którym mieszka młoda autorka.

Bardzo chciałbym zdobyć teksty pani Marii Marchewkowej (1925–2000). Była to poetka i gawędziarka związana z Siemkowicami — to już w powiecie pajęczańskim, po drugiej stronie Wielunia w stosunku do Chotowa, ale wspólnym elementem jest to, że w obu miejscowościach jest kościół pod wezwaniem Świętego Marcina. Maria Marchewkowa pisała z duszy:

Polecom ludzkie wspominki
Cłek pójdzie w zapomnienie
Śpiwecka chłopsko nie zginie
Jak woda, jak wiatr.

Mniej udatną językowo, ale bardziej etnograficzne opracowaną książką z terytorium w miarę bliskiego wspominanej dziś Badaczce i chwalonej Poetce jest książka Jana Piotra Dekowskiego pod tytułem Strzygi i topieluchy (1987).

Autor prowadził badania etnograficzne w okolicach Salamon, Kuźnic, Brąszewic, Godynic i Klonowej — czyli także kilkadziesiąt kilometrów od Chotowa, którego gwarę przedstawia ciągle zapowiadana książka Gwarzom ptoki, szumiom drzewa (2020).

Napisałem, że książkę Pauliny Wyrębak będę chwalił. Tak, jest za co: między innymi za uchwycenie tonu prostej wiejskiej skargi przemieniającej się w wiersz, nie zawsze pod względem formalnym doskonały, ale ujmujący głębią szczerości.

Wyrazy uznania i podziękowania za inicjatywę należą się także panu Kazimierzowi Lindzie. Doprawdy nie wiem, jaką drogą zetknął się działacz animator i wydawca ze Stalowej Woli z wieluńską licealistką (może Facebook?), ale to bardzo dobrze, że książka powstała.

Sprzeniewierzyłbym się swoim codziennym zajęciom redaktorskim i korektorskim, gdybym nie zwrócił uwagi, że jest w tej publikacji sporo edycyjnych niedociągnięć. W dobie niskich nakładów i możliwości, jakie daje elektroniczny skład publikacji, można by w ewentualnych dodrukach część tych błędów usunąć. Mam tu na myśli na przykład w wierszu Poryc se dziołcha zapisaną tę samą kategorię gramatyczną, tj. trzecią osobę liczby mnogiej, odejdą i wzejdą, na dwa różne sposoby (w zakończeniu). Tam nie ma prawa być innego zapisu, bo nie może być różnego brzmienia tej samej końcówki współrdzennego czasownika.

Ale to oczywiście, i piszę to świadomie, mniej waży niż to, że osoba młoda, biorąca udział w życiu artystycznym swojej miejscowości, realizująca się także w zespole ludowym, przyjmuje gwarę swojej wsi, swoich przodków za swoją i czyni z niej w miarę swoich możliwości tworzywo wyrazu artystycznego. Łączy się świat dawnych formuł obecnych w folklorze i współczesne życie osoby urodzonej w XXI wieku w konkretnym miejscu globalnej wioski.
Oczywiście przydałby się audiobook, żeby gwarową poezję można było usłyszeć. Sam nie wiem, czy lepszy byłby w wersji autorskiej czy „seniorskiej”, to jest ze wspomaganiem doświadczeńszych wiekowo Chotowianek.

DODATEK

Honorata Skoczylas-Stawska

Tekst z miejscowości Wierzbie. Spisane z nagrania wykonanego w grudniu 1967 roku. Opowiadająca Marianna Pęcherczyk miała wówczas 80 lat, to znaczy, że urodzona była w roku 1887!
Jak się dawniej robiło masło („Język Polski” 1972, nr 1, s. 48)

Jak sie downi robiyło masło. Była kierzónka1), w ty kierzónce sie cyniyło2); był tyn przychlybek3), było zatykanie, tyn… zapómniałach — jach sie nazywo… wiyrzkiynko4), nó ji cyniotko5), wycyniyło sie masło. Jak sie zacyniyło, to sie wziyno wody, u̯obloło źimnóm wodóm, zeby sie styngło6). Jak sie styngło, puźni sie wybrało to masło na ładnóm7) miske, wypłókało sie drewnianǫ́ łyzkóm we wodzie. Wypłókało sie, puźni sie włozyło abo do gornysków, maślancki8) takie były drewniane. Nó ji puźni postoło, styngło sie, to było dobre potym masło.

A jak się u Was nazywają części maśnicy / kierzónki?

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Jest książka Gwara sułkowicka, zawierająca współcześnie pisane gwarą wiersze Ryszarda Kozika oraz dawne opracowanie Jana Magiery, podane do druku przez miejscowe regionalistki. Na Facebooku pojawił się reportaż z promocji, stąd wiem. Gratuluję! I chcę kupić.

Świetna wiadomość! W roku 2020 r. gwara miasta Sułkowic wciąż żyje, choć twórczyni publikacji, Urszula Woźnik-Batko, prezeska Towarzystwa Przyjaciół Sułkowic „Kowadło”, nie do końca jest tego pewna:

Czy mieszkańcy Sułkowic posługują się jeszcze dzisiaj gwarą?
Niestety dzisiaj w Sułkowicach gwara na co dzień już praktycznie nie występuje. Co prawda starsi mieszkańcy umieją posługiwać się gwarowym językiem, jednak nie jest to chyba ten sam język, którym posługiwali się ich dziadkowie za młodych lat. Nie ma już tamtych Sułkowic, gdzie przedmiotom codziennego użytku nadawano własne, nasze i nigdzie indziej nie spotykane nazwy. W codziennym życiu stare słowa czasami wplatają się niepostrzeżenie w język codzienny, czasami jeszcze tu i ówdzie w sklepie ktoś kupuje „pączko” i „pomarańcza”, ktoś zrobi coś „najsamprzód”, pójdzie komuś „na wulo”, a na Wigilię gotuje kompot z „susorek”.
Na koniec, proszę powiedzieć coś w gwarze sułkowickiej?
Nasom gwarom sie godało, dzisiok sie ino mówi. Kcieli my w ksiunszce troche o ty gwarze pogodać, zeby nikt o ni nie zabocył. Bo to, co momy dzisiok, to pszecie insky [właśc. inksy — AC] świat.

Dziennik Polski, 19.06.2020, rozm. Maciej Hołuj

Przed ponad stu laty Jan Magiera w Materiałach i Pracach Komisji Językowej Akademii Umiejętności w Krakowie

opublikował swój tekst o gwarze sułkowickiej. Należały do arcyksięcia Rainera, o którym teraz nie tak łatwo coś znaleźć.

Ileż tam ciekawych obserwacji językowych.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Może kupię wersję papierową, skoro mnie odmrozili i codziennie teraz wychodzę z domu. Artykuł z pewnością ciekawy, choć tytuł niegramatyczny, a może i mylący, bo może sugerować, że kaszubszczyzna wywodzi się od języków Bałtów (współczesne litewski, łotewski, dawny pruski). Może jednak nie będę brnął w potępianie nieznanych mi wywodów z nieprzeczytanego artykułu.