Kto by myślał, że lewacy wymyślają nazwy żeńskie,
Niech poczyta, jak pan hrabia o boginiach pisze tęsknie.

Forma żeńska od mąż

Nie tylko ksiądz Jakub Wujek, który stworzył formę mężyna w swym przekładzie Księgi Rodzaju,

Mężyna oddaje grę słów hebrajskiego oryginału (1599)

ale całkiem niedawno, ledwie przed półtora wiekiem Wojciech hrabia Dzieduszycki rozpisywał się o watykańskich freskach Rafela Stanza della Signatura i użył słowa mężyni:

Mężyni — Studia estetyczne Wojciecha Dieduszyckiego, 1878
Mężyni z gałęzią dębową po lewej.

Czy ja coś narzucam?

Skądże znowu. Pokazuję tylko, że polszczyzna ma giętki i bogaty system słowotwórczy oraz że (niemal) wszystko już było.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Trzydzieści pięć lat po wybuchu powstania styczniowego zmarł nagle ojciec dialektologii polskiej, Lucjan Malinowski. We wspomnieniu pośmiertnym Hieronim Łopaciński pisał o dzieciństwie i merytorycznych kwestiach, które studiował, wspominając zarazem zapomnianych dziś uczonych z ówczesnej warszawskiej Szkoły Głównej, wcielającej w warunkach ówczesnej liberalizacji (?) z margrabią Wielopolskim w tle ideę odrodzenia i kontynuacji tradycji Uniwersytetu Warszawskiego:

(…) wstąpił (…) w następnym (1862), jako dojrzały już młodzieniec, liczący wtedy 23 lata — do świeżo otwartej szkoły Głównej, gdzie studyował filologię słowiańską. Słuchał tu wykładów przewcześnie z wielką szkodą dla nauki słowiańskiej zgasłego uczonego Czeskiego, Franciszka Bolemira Kwieta

Józef Przyborowski

który w ciągu krótkiego, bo zaledwie półtora-rocznego pobytu w Warszawie, umiał sobie zjednać wielką miłość u uczniów i wywrzeć wpływ na kierunek ich naukowy, i ś. p . Józefa Przyborowskiego, zmarłego przed dwoma niespełna laty; ściśle naukowa działalność tego ostatniego profesora, jak wiadomo, wydała owoc bardzo obfity, gdyż z liczby kilku najwybitniejszych językoznawców polskich, trzech było uczniami Przyborowskiego.

Józef Przyborowski

(…) Współcześnie ze ś. p . Lucyanem studyowali filologię prof. Baudonin de Courtenay, A. A. Kryński, Br. Grabowski i inni, którzy następnie zdobyli imię poważnych uczonych i literatów.

Autor pośmiertnego wspomnienia ostro się odnosi do ówczesnego patriotycznego fermentu, który zaowocował powstaniem i licznymi stratami osobowymi, majątkowymi, prestiżowymi.

Gdy ś. p. Malinowski uczęszczał do Szkoły Głównej, były to czasy burzliwe. Gorliwie i poważnie zajmując się nauką, patrzył krytycznie i rozważnie na otaczające go stosunki, a widząc dobro ogółu w pracy spokojnej, nie przejmował się prądami ówczesnemi, jak zresztą większość jego kolegów: odradzał nawet, odwodził od zgubnych zamiarów swych bliższych kolegów i przyjaciół.

Kolaborant? Łatwo mówić po półtorawiecznej przerwie. „Zgubne zamiary” — wtedy było zupełnie naturalne, dziś, gdyśmy uznali (?) już po roku 1918, że dobrze, iż walczono, brzmią dziwnie, ale może dlatego dają do myślenia. Gdyby bowiem Malinowski studiów nie odbył i zakończył żywot w jakiej potyczce z Moskalami, nie mielibyśmy pojęcia o ówczesnej mowie górnośląskiej, którą opisał w swej nowoczesnej wówczas, a i do dziś wartej szczegółowego wyzyskiwania monografii Ueber die Oppelnsche mundart (1873).

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Na szczęście nic nie muszę mieć do powiedzenia o nowych inicjatywach zmiany nazwy województwa śląskiego na śląsko-małopolskie. Skoro jednak nic mnie nie zmusza, to obawiam się, że przychodzi pokusa wypowiedzenia się.

Najciekawsze jest to, co nie zostało wypowiedziane na głos w wypowiedziach Beskidzkiego Domu, Ruchu Autonomii Śląska i Śląskiej Partii Regionalnej (to ona wciąż istnieje?).

Zachodni i północno-zachodni Małopolanie nie akcentują tego, że Kraków nie jest specjalnie nimi zainteresowany oraz że mają silniejsze powiązania gospodarcze i infrastrukturalne w stronę śląską.

Zdają się też nie dostrzegać tego że to, co odbierają jako hegemonię śląską, przez Ślązaków również zainteresowanych wspieraniem własnej śląskiej tożsamości jest postrzegane jako ledwie jakieś drobne cząstki ze stołu polityki o wydźwięku centralistycznym.

Ślązacy zdają się nie brać na poważnie uczucia nazewniczego i częściowo także narracyjnego, kulturowego i budżetowego upośledzenia  małopolskich części województwa śląskiego. Proponowane zmiany, aby nie przeprowadzać zmiany nazwy, lecz zmianę granic województw, oczywiście nie są do zrealizowania w dialogu medialnym bez sensownych reprezentacji we władzach Rzeczypospolitej Polskiej i dyskusji na forum parlamentu.  Gromkie głosy, że najlepiej powołać duże województwo górnośląskie (przez inkorporację obecnego województwa opolskiego) oczywiście z Księstwem Cieszyńskim jako również częścią Górnego Śląska (tak przecie uważano kilka wieków temu!) potwierdzałyby wyrażane przez „podbeskidzką” część województwa śląskiego tezy o pewnej dozie hegemonistycznej ślepoty i głuchoty „Katowic” na ich inną wrażliwość uwarunkowaną historycznie.

Trzeba by też dodać że najprawdopodobniej mieszkańcy i władze województwa opolskiego nie byli pytani o to, czy „dojrzeli” do koncepcji „województwa górnośląskiego”. W wypowiedziach zwolenników tej nowej koncepcji połączonej ze zmianą granic województw pobrzmiewają tony wyższości nie tylko wobec „zapóźnionych”, małopolskich części obecnego województwa, ale i pobłażliwie wyższościowa postawa wobec niegdyś stołecznego Opola. Nie słychać o tym, że rozumie się różne także względem katowickiej czy rybnickiej części Górnego Śląska doświadczenia historyczne, inne świadomości narodowościowe „autochtonów” na „Opolszczyźnie”, koegzystencję z mniejszościami narodowymi, postulowaną i praktykowaną „pojednaną różnorodność” (ulubione frazy arcybiskupa Nossola). Wydaje się też, i nie jest to bez znaczenia, że część osób zabierających głos w imieniu małopolskich części obecnego województwa śląskiego ma w sobie zadawnione i nie do końca zracjonalizowany poczucie krzywdy kierowane nie tylko względem administracji ale też pewien antyśląski czy antygórnośląski resentyment. Obawiam się że to w niczym nie pomoże.
Jako że najbardziej interesują mnie fakty, o czym nie raz mówiłem i pisałem, chętnie oglądnąłbym jakieś fotki pokazujące wkraczanie ekspansywnej górnośląskości na przykład do powiatu żywieckiego. Czy rzeczywiście, kiedy, kto i w ramach czego pokazywał tamtejszą kulturę (oczywiście również zróżnicowaną na góralską, mieszczańską i „dolańską”) jako śląską. Czy i na jakich zasadach uczestniczyli w tym bądź nawet firmowali to miejscowi mieszkańcy?

A co widać z Krakowa? Zawiodę być może wszystkich. Kraków najbardziej jest skupiony na 1) sobie, 2) perspektywach z czasów Rzeczypospolitej Krakowskiej. Na zachód, śmiem twierdzić, poza Krzeszowice niemal nie sięga refleksja. Wnoszę to na przykład z materiałów informacyjnych w oglądanym przeze mnie solidnie od dwudziestu lat głównym programie informacyjnym lokalnej telewizji. Jeśli polemiści wskazują na oddziaływanie na pamięć i świadomość podziałów administracyjnych PRL i RP z lat 1975–1989, to proszę pomyśleć, że mieszkańców „gierkowskiego” województwa krakowskiego też to dotyczy, też zawęża ich perspektywę. Do dziś ówczesne terytoria województw kieleckiego, tarnowskiego, nowosądeckiego i bielskiego, po 1999 włączone do województwa małopolskiego, które w pierwszych planach miało sięgać gdzieś pod Radom (!), są „jakieś inne”. Każda taka zmiana osadza swoją warstwę w pokładach pamięci.
Ja pamiętam, jak pod kościołem w Racławicach (tych, pod którymi Kościuszko itd., wtedy w województwie kieleckim) chłopy rozmawiały w duchu „powinniśmy być pod Krakowem, bo my przecie Krakowioki”. Kraków jednak o tym nie wiedział, nie tęsknił, a i dzisiaj przyjmuje to obojętnie. Zachęcam więc okolice Białej (Krakowskiej) do skonfrontowania się z poziomem szczęścia z przynależności do województwa małopolskiego ze stolicą w Krakowie, jakie mają mieszkańcy Olkusza, Miechowa, Dąbrowy Tarnowskiej, Gorlic. Idealizacja to zła doradczyni.

Widzę emocje (zarzucanie pozbawionemu wpływu na zarządzanie województwem RAŚ chęci „silenizacji” i działania niezgodnego z polską racją stanu).
Wielostronne bezdialoże, zamknięcie, brak dialogu.
Katowiczanie być może nie wiedzą nie tylko, gdzie są Gilowice (a ile Gilowic jest w obecnych granicach województwa — kto wie?), bielszczanie natomiast niewiele chyba wiedzą, jak się żyje koło Myszkowa czy Kłobucka. Zobaczymy, czy przynajmniej część osób się nawzajem posłucha.

Jutro debata, plakat zawierał (ale już nie zawiera) pewną prowokację w szyku, napisane było bowiem w pewnym momencie o „małopolsko-śląskim” projekcie. Czy będzie tam tylko spięcie? A może z bezdialoża jest wyjście ku spotkaniu?

Beskidzki Dom: https://dziennikzachodni.pl/bedzie-zmiana-nazwy-wojewodztwa-slaskiego-na-slaskomalopolskie-petycja-trafi-do-mswia/ar/13903862

RAŚ: http://www.radiokrakow.pl/wiadomosci/malopolska-zachodnia/ras-zmiana-nazwy-wojewodztwa-nie-rozwiaze-problemow-trzeba-zmienic-granice/?fbclid=IwAR3DaJmCBy4hmdoYT4hupgKcMOwuA6o0Lc5j5iW2rn2ODmc2tQuLdC-VJJU/

Śląska Partia Regionalna: http://partiaslaska.pl/gornoslaskie-zamiast-slaskiego/?fbclid=IwAR0Z4ACZEV7pJMh-xCJTFTaS9AtzGzf8gNQwI6r78Iajgq-4uokJwERmfJw

Najaktualniejszy stan na fejsbukowych fanpejdżach.

Tu już nikt nie doczyta, więc napiszę, dlaczego mnie to dręczy i drażni. Bo znam wielu ludzi z różnych regionów, niekiedy nawzajem się niezbyt lubiących. Zachować życzliwość jest łatwiej wtedy, gdy racje są wykładane, a nie tylko pretensje z powodu skrzywdzenia lub niedopieszczonego poczucia wyższości. Jestem życzliwym obserwatorem działań społecznych. Z góry ogłaszam neutralność w bieżącym sporze.
O kształcie ustrojowym Rzeczypospolitej najdobitniej się wypowiadam co kilka lat, oddając głos w tajnych wyborach ;-).

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Na niedzielę fragment pieśni z kancjonału polsko-pruskiego (1840) drukowanego w Królewcu Pruskim.

Umysł mój pocieszaj sam, gdy słabości różne mam, i gdy szatańskie zdrady czynią na mnie napady.
Stłum czarta okrutnego, bym wolen strachu wszego, żył z tobą w społeczności, pókim tu w tej niskości.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego opublikowało właśnie komunikat „w sprawie wykazu wydawnictw publikujących recenzowane monografie naukowe”. Oczywistości nie ma co komentować. Raczej odnotuję, że brak mi co najmniej kilku sensownych wydawnictw naukowych, obecność niektórych na liście wywołuje zdziwienie. Niektórych dlatego, że pierwsze o nich słyszę, ale nie jestem polihistorem, żeby wiedzieć, kto cenne prace z marketingu lub gleboznawstwa publikuje. Innych obecność mnie dziwi, bo znane mi są ich publikacje, a poddawane rygorom recenzyjnym stanowią tylko część ich działalności.

Co jednak cieszy mnie najbardziej? Literówka. Bo zawsze czytam teksty (także własne) do pierwszej literówki, a potem się zastanawiam, co dalej.

Oficjalny komunikat Ministerstwa

W wykazie jest więc Wydawnictwo Pallotinum (przez jedno „t”). Naprawdę wydawnictwo pisze się przez dwa „t”: Pallottinum.

Logo Wydawnictwa Pallotynów

Mamy więc w komunikacie ministerialnym „oczywisty błąd literowy”, ale ciekaw jestem, czy zostanie wydane sprostowanie albo czy trzeba będzie sążnistych prawniczych wywodów, które zezwolą ewaluatorom na uznanie publikacji pallotynów (palotynów) za godne przyznania punktów na podstawie komunikatu, a nie osobnych każdorazowych decyzji KEN (Komisji Ewaluacji Nauki).

Kto chce dostrzec w tej literówce (oficjalnie: błędzie literowym) metaforę pośpieszności, „połebkizmu” i ignorancji merytorycznej wszechwładnych ministerialnych komunikatopisarzy, niech dostrzega. Hunwejbini reformy i parametryzacji (podziwu godna konsekwencja rządów trojga ostatnich ministrów) uradowani.

Co dalej? Usługi korektorskie swoje polecam.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Ksiądz biskup Adam Krasiński pięknie opisał stan i postęp wiedzy językoznawczej w wieku XIX (pisał to bodaj w 1885, opublikował we wstępie do swego Słownika synonimów polskich). Zaraz też oddał hołd prądom myślowym swej epoki, które stan społeczności ludzkich wiązały ze stopniem rozwoju języka. Prawda to i nieprawda zarazem, gdy się dobrze pomyśli i powynajduje kontrargumenty.

Bywa wszak i tak przecie, że pojęcia funkcjonujące w różnie zorganizowanych społeczeństwach są nieprzystawalne, ale nie musi to oznaczać ubóstwa tych „mniej cywilizowanych”.
Jest się wszelako nad czym chwilę zastanowić.

Ciekawie tu mamy upostaciowioną (spersonifikowaną) myśl narodu, pracującą przez wieki. Przy tej okazji zastanowiło mnie, czy rzeczywiście brak związku między kozą — zwierzęciem a kozą, w której zamykają.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Każdy wiedzieć powinien, że współcześnie jubileusz jest któryś, a nie iluśletni. Dawniej było inaczej, więc nie ma się co dziwić, że Klementyna z Tańskich Hoffmanowa pisała o stuletnim, a właściwie stóletnim, przez ó, jubileuszu. Wzdychała i zastanawiała się, co będzie w odległym o wiek roku 1917. A tu już dwieście lat od chwil tej refleksji minęło.

Jedno wiadomo — rocznicę koronacji jasnogórskiego obrazu obchodzono publicznie, uroczyście, nawet państwowo. Ale czy wnuki dziś są pobożne i szczęśliwsze?
Narodowy Bank Polski, bank centralny niepodległej Polski, nawet banknot okolicznościowy wydał. Ładny.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Ćwierć wieku pracuje Edward Cyfus, by gwarę warmińską czasów swej młodości wprowadzić najpierw do publicznej „audiosfery” — w Radiu Olsztyn wygłaszał felietony. Publikował także ich teksty i książki, w tym elementarze, o których pisałem i mówiłem gdzie indziej.

Po tym etapie przyszedł jeszcze ciekawszy — nowi, młodzi użytkownicy! Piszą i mówią. Ośmielili się przez kontakt ze starszymi członkami własnych rodzin lub warmijskimi z dziada pradziada sąsiadami czy sąsiadkami.

Dziś tekst, który napisała Alina Deptuła, uczestniczka kursu gwary warmińskiej. Opublikowany został na facebookowej stronie Gwara warmińska, ale że Facebook ulotny, to na tę nieco trwalszą stronę dla rozpowszechnienia, udokumentowania i pochwalenia przeklejam:

Wszystke drogi prowadzó na Warnijo

Noszo Warnijo je nopsiankniejszo w coły Polsce, to nie łod dziś ludzie ziedzó. Nolepsi to zidać jek sia nazot wroco z drugych strón Polski. A kedy łoboczy sia nosze lasy, górki to ziysz coś je na Warniji. Człoziek czuje się mocno łuradowany i szczajście go łogornio. Kożdan nojdzie cóś no siebzie. Cołan rok je co łobglóndać, łodziydzać na Warniji, tlo brok chciyć.
Pora dniów tamój nazot am buła w Ruszajnach kele Wotamborka. Jek w jeki bojce, take psiankne mniejsce. Dołobkoła las i tak cichuchno, tlo ptoszki spsiywajó. Jekby cias sia zatrzymoł. Potam am jechała do Bukwołda bez Brónswołd, Barkweda. Am sobzie pomyślała, co te łokolice só jek zaczarowane. Bułam tyż w chałupce nad jyzioram Syrwant, to zidziałam jek łabandzie z młodami pływajó, a i dzikych kaczoków gwołt buło. Druge ptoszki spsiywajó jek łoszolałe. A po taki rejzie to spsik człozieka je rychtycznie mocny, po tam jek sia nałoddychoł śwyżygo pozietrza. Te mniejsca só łoddalóne łod Łolstyna ziancy jek 20 kilómytrów.
Cołe lato, jesiań, prazie w kożdy wsi czy mnieście na Warniji w sobota, niydziela só łorgonizowane ciykowe festy i kermase. A to śwanto syra (w Lidzbarku Warnijskam) , psiwa, mniodu (w Łolstynie), psierogów. Potam só dożynki, śwanto psieczónygo kartofla. Możewam tamój kupać rychtyczny mniód, syr czy psiwo, chlyb, mniajso, woszty, ryby, kuchy łod mniejscowych gyszefcmonów, gburów i posmakować tygo tyż na mniejscu.
Mus pojechoć do Gyczwołda, dzie noszo Matulka pokozała sia dziywczoczkom w 1877 (tysiónc łosiómset siytómdziesióntam siódmam) roku. Łod tygo ciasu na warnijskych wsiach ludzie łustoziali gwołt kapelków. Noród sia modli przy kapelkach noczajści do gyczwołdzki Poni, chtórno je łobleczóno w modry klejd, bo modry to warnijsko farba, łod ksiotków lnu. Brok pamniantać co Warnijo je katolicko.
Możewam pojechoć ołtam, abo lepsi kołam szpurami tych warnijskych kapelków kele drogi, a każdo z niych je jenakszo. I zioskowych kościołów dzie co jedan to psiankniejszy. Jek jydziewam nazot to rozglóndowam sia dołobkoła na zielóne lasy, górki i dziwujam sia na te jek namalowane łobrozki.
W somam Łolstynie jidziewam na Stare Mniasto, zomek, do kościołów, planetarium. Abo sia poszpacyrować nad Łynó. Jek chto lubzi pływać, abo sia wygrzywo
na słónku, fitać ryby na wóndka to wybziyro jyzioro. Tych jyziorów dołobkoła Łolstyna mowam 11 (jedanoście) i w chtórno stróna pojydziewam, to je jyzioro. Mowam szczajście, co tych jyziorów tyle sia łostało.
Kożdan, chto żyje na Warniji, czy to rychtyczny Warnijok, czy tan co na Warnijo przycióngnół musi znoć choc trocha godka warnijsko, zyty warnijske. Ziedziyć co to je gburstwo, łobora, jek Warnijoki kedajś robzili swojo robota w gburstsie. Jek szykowali jydło, na śwanta? Co to je łodpust, łosiera, kermas? Czy Warnijoki zierzyli w gusła? Co to je kołbuk? Co to só Gody, nowelatko, szemel? Jek sia rychtowało gburstwo na zima?
Coby sia tygo wciórkygo doziedzić, to nolepsi sia zapsisać na kurs godki warnijski. A na tam kursie Poni Izabela Lewandowsko i Pon Edward Cyfus nołuczó chantnych. Pokożó tyż w Giłowach Muzyjum Warnijskygo Gburstwa. Muzyjum je w psiankny, stary, warnijski chałupsie, rychtowany bez 11 lot. W ty chałupsie só rozmajite gyryjty do gburstwa. W kuchni stoji kocher z fejerkami. Kele chałupy rosnó malwy i rozmajite druge ksiotki. Łuradowanom, com tamój buła.
Mom szczajscie, co nolazło sia no mnie mniejsce na tam kursie, bo jenaczy nie poznała bym gyszychtów, chtórne łopozieduwali Poni Izabela i Pon Edward. No i eszcze nie poznałabym fejnych ludziów z tygo noszygo kursa.
Alina Deptuła

Fejn. Językoznawcze obserwacje szczegółowe mogę sobie zostawić na kiedy indziej i gdzie indziej. Zdaje się, że mamy do czynienia ze standaryzacją i ze zmianami analogicznymi. Zawszeć to lepiej, że język się zmienia, niż gdyby miał zniknąć.
A co to są zyty? Zwyczaje oczywiście.

Share and Enjoy !

0Shares
0

0
0

Z zupełnie innych powodów czytałem znaleziony mi przez wyszukiwarkę numer petersburskiego „Kraju” z 1893 r.

Uwagę moją przyciągnęło ogłoszenie, w którym się zachwala palenie śmieci! Teraz krzyczymy, że to się przyczynia do zatrucia powietrza w miastach, wówczas było to na wskroś nowoczesne, ekonomiczne, więc zachwalane.|
Różnica — nie było tworzyw sztucznych, ale mimo wszystko taką gromką reklamę, pełną dumy z wynalazku i poczucia słuszności obranej drogi oczyszczania świata z odpadów przez ogień, czyta się dziwnie.

Prawda?

O inżynierze Klemensie Leszewiczu niczego nie umiałem znaleźć. Pomógł mi dopiero teksty Ewy Ziółkowskiej w Kurierze Galicyjskim:

W Jakucku z betonową zabudową kontrastują trzy murowane budowle sprzed stu lat, utrzymane w stylu neobizantyjskim. Ich autorem był polski inżynier architekt Klemens Leszewicz, wykształcony w Petersburgu, gdzie prowadził biuro techniczno-budowlane. Specjalizował się w instalacjach grzewczych, wentylacyjnych, opracowywał nowatorskie metody utylizacji nieczystości [podkreśl. AC]. Pracował na Sachalinie, a także w Jakucku, gdzie pełnił funkcję architekta obwodowego i w latach 1907–1913 zaprojektował pięć budowli, w tym siedzibę sądu okręgowego (obecnie Akademia Nauk), gmach biblioteki imienia Puszkina oraz urząd skarbowy (obecnie galeria sztuki).

Niby jesteśmy dumni z rodaka, ale teraz będziemy zawracać z błędnej, jak się okazało, ścieżki. Mamy rządowy program Czyste Powietrze.

 

Share and Enjoy !

0Shares
0

0
0

Tak zwane warstwy wykształcone co najmniej do pierwszej wojny światowej patrzyły na lud z pewnym zdziwieniem, fascynacją lub obrzydzeniem, w zależności od tego. czy w modzie było bardziej przerzynanie panów piłą czy uczestnictwo w podnoszących na duchu przedstawieniach typu „Kościuszko pod Racławicami”.

Zawsze to jednak było patrzenie jak na obiekt, ba, okaz przyrodniczy, jak na „dzikich” przywożonych z Nowego Świata, jak na człowieka nieskażonego cywilizacją (naiwni russoiści), depozytariusza tego, co najszlachetniejsze, potencjalnego mordercę i codziennego złodzieja, współparafianina… Obiekt, więc gdy naukowo na świat patrzono, to i mierzyć chłopstwu głowy jęli antropologowie, a rysownicy i etnografowie z lubością szkicowali i fotografowali „typy” chłopskie.

Jak ten.

Kojarzy się z Winnetou? I słusznie, bo tak się kojarzyć miał. Źródło: książka do geografii sprzed stu lat.

Share and Enjoy !

0Shares
0

0
0