Przy okazji Światowych Dni Młodzieży w Panamie rozwinąć należy marketingowe teorie dotyczące tego, jaka figura na obrazku może reklamować produkty.

Klapki za dolara — OK.
Lepsze to niż nagie modelki w trumnach, za trumnami, obok trumien. Motyw vanitas mnie nie pociąga ani nie przeraża.

Umarł Jacek Kajtoch — literaturoznawca i redaktor.
Doktorat z roku 1967 (Studia nad poezją polską na Śląsku w XIX wieku) poświęcił dwóm górnośląskim poetom XIX wieku, księżom Norbertowi Bonczykowi i Konstantemu Damrotowi.
Są one na pewno efektem uważnej lektury. Noszą piętno epoki, ale dziś mało kto tych poetów czyta, co wpływa na to, że mniej się wie o literaturze Górnego Śląska, o jej korzeniach, o historii krążących tam idei.
W czasach deficytów na rynku księgarskim układał i wydawał antologie z tekstami wartymi posiadania na własnej półce z książkami.

Zmarł Jacek Kajtoch

W latach osiemdziesiątych animował grupę literacką Nadskawie. Żadne słowo poetyckie związane z przeżywaniem swego miejsca w świecie nie jest bez wartości. Tym tekstom też warto się przyjrzeć.
Wspominanie człowieka piszącego łączy się w sposób oczywisty z lekturą.

Źródło zdjęcia: Małopolska Biblioteka Cyfrowa

Z tej książki drobny błysk pamięci o roku 1968, o Janinie Katz (1939–2013)

J. Kajtoch, Wspomnienia i polemiki, Kraków 2009, s. 21

Meandry hardości i dopasowywania się nie mnie sądzić. Niech odpoczywa w pokoju.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego opublikowało właśnie komunikat „w sprawie wykazu wydawnictw publikujących recenzowane monografie naukowe”. Oczywistości nie ma co komentować. Raczej odnotuję, że brak mi co najmniej kilku sensownych wydawnictw naukowych, obecność niektórych na liście wywołuje zdziwienie. Niektórych dlatego, że pierwsze o nich słyszę, ale nie jestem polihistorem, żeby wiedzieć, kto cenne prace z marketingu lub gleboznawstwa publikuje. Innych obecność mnie dziwi, bo znane mi są ich publikacje, a poddawane rygorom recenzyjnym stanowią tylko część ich działalności.

Co jednak cieszy mnie najbardziej? Literówka. Bo zawsze czytam teksty (także własne) do pierwszej literówki, a potem się zastanawiam, co dalej.

Oficjalny komunikat Ministerstwa

W wykazie jest więc Wydawnictwo Pallotinum (przez jedno „t”). Naprawdę wydawnictwo pisze się przez dwa „t”: Pallottinum.

Logo Wydawnictwa Pallotynów

Mamy więc w komunikacie ministerialnym „oczywisty błąd literowy”, ale ciekaw jestem, czy zostanie wydane sprostowanie albo czy trzeba będzie sążnistych prawniczych wywodów, które zezwolą ewaluatorom na uznanie publikacji pallotynów (palotynów) za godne przyznania punktów na podstawie komunikatu, a nie osobnych każdorazowych decyzji KEN (Komisji Ewaluacji Nauki).

Kto chce dostrzec w tej literówce (oficjalnie: błędzie literowym) metaforę pośpieszności, „połebkizmu” i ignorancji merytorycznej wszechwładnych ministerialnych komunikatopisarzy, niech dostrzega. Hunwejbini reformy i parametryzacji (podziwu godna konsekwencja rządów trojga ostatnich ministrów) uradowani.

Co dalej? Usługi korektorskie swoje polecam.

W 1948 bullę papieża Hadriana IV (1155) opisał Stanisław Rospond w katalogu wystawy śląskich poloniców (śląskich silesiaców?):

Zawiera przeszło 50 nazw miejscowych i osobowych wyłącznie polskich, które niejednokrotnie aż do najnowszych czasów przetrwały, tylko mniej lub bardziej zgermanizowane.

Mnie jednak dziś zainteresowała jedna tylko: Gradice. Golensicezke.

Czy to Golęszyce? Ale miasto, gród czy całe terytorium plemienne ((pre)narodowe)? Golęszyce mieli mieszkać w Kotlinie Opawskiej, a wtedy nic się z niczym nie chce zgodzić. Czy to Racibórz, czy może całość terytorium, a może Holasovice — dziś wieś, ale zamieszkana od 4500 lat.

Darstellungen und Quellen zur schlesischen Geschichte. Bd. 3. Studien zur schlesischen Kirchengeschichte, Breslau 1907, s. 175 https://www.dbc.wroc.pl/dlibra/docmetadata?id=4979&from=publication

Może nauki historyczne są w stanie coś więcej wyinterpretować, a może już wyinterpretowały, tylko do mnie to nie dotarło. Trzeba zwrócić uwagę na sposób oddania brzmienia nosowego przez en. To też przyczynek do historii słowiańskich samogłosek nosowych, których lubią się współcześni Górnoślązacy (zwłaszcza z terenu wielkomiejskiego) wypierać. Nie takie to proste, wcale nie, jak piali lubelscy pieśniarze ostatniej ćwierci wieku XX.

Na nic żadne wywody, jeśli tego nie usłyszycie. Czy jest coś dziwnego w relacji dziennikarza TVP Tomasza Jędruchowa z Kuala Lumpur?

Od stu lat, od kiedy to językoznawcy obserwują tak zwane udźwięcznienie międzywyrazowe, powiada się, że różnica obserwowana w połączeniach bezdźwięcznego wygłosu i wokalicznego lub sonornego spółgłoskowego nagłosu wyrazu następującego nie dotyczy przyimków. Współczesne obserwacje języka mediów dostarczają wielu przykładów niedziałania tego procesu, niedziałania tej reguły, odstępstw od normy albo ewolucji zwyczajów wymawianiowych współczesnych Polaków.

W wypowiedzi dziennikarza Telewizji Polskiej wyraźnie słychać pot Moskwą, a nie pod, jak zwykle wymawia się ten przyimek. Czy wynika to z tego, Tomasz Jędruchów zrobił tam nieuzasadnioną mikropauzę? Na pewno mikropauza jest we frazie przet zakończeniem. Tu bowiem, gdyby nie było pauzy, obowiązkowo powstała grupa spółgłosek dźwięcznych musiałaby być dźwięczna [pšedzakońčeńem]. Czy może tak właśnie wypowiada on te połączenia? Podaję ten pierwszy z brzegu przykład, żeby nie być gołosłownym.

Panna młoda zwie się Oksana Wojewodina. Szczegóły perypetii polityczno-miłosnych malezyjskiego króla i słoneczny widoczek z Azji tutaj: https://wiadomosci.tvp.pl/40757346/milosc-nie-wybiera.

Ksiądz biskup Adam Krasiński pięknie opisał stan i postęp wiedzy językoznawczej w wieku XIX (pisał to bodaj w 1885, opublikował we wstępie do swego Słownika synonimów polskich). Zaraz też oddał hołd prądom myślowym swej epoki, które stan społeczności ludzkich wiązały ze stopniem rozwoju języka. Prawda to i nieprawda zarazem, gdy się dobrze pomyśli i powynajduje kontrargumenty.

Bywa wszak i tak przecie, że pojęcia funkcjonujące w różnie zorganizowanych społeczeństwach są nieprzystawalne, ale nie musi to oznaczać ubóstwa tych „mniej cywilizowanych”.
Jest się wszelako nad czym chwilę zastanowić.

Ciekawie tu mamy upostaciowioną (spersonifikowaną) myśl narodu, pracującą przez wieki. Przy tej okazji zastanowiło mnie, czy rzeczywiście brak związku między kozą — zwierzęciem a kozą, w której zamykają.

Wersję łacińską podaję za Erazmem z Rotterdamu, albo, jak pisano dawniej — z Czerwonej Grobli. Tydzień temu w Radiu Kraków opowiadałem, że w zasadzie nie wiadomo w karnawałowym czasie, czy wylewać albo może nie wylewać za kołnierz (przy okazji wywołałem wreszcie śnieg i mróz). Dziś w kwestii lania sprawa jest jasna: nie należy dolewać oliwy do ognia. Lać wody też nie trzeba, więc po prostu zapraszam do posłuchania. Więcej Wyczesanych rozmów na stronie Radia Kraków.

Każdy wiedzieć powinien, że współcześnie jubileusz jest któryś, a nie iluśletni. Dawniej było inaczej, więc nie ma się co dziwić, że Klementyna z Tańskich Hoffmanowa pisała o stuletnim, a właściwie stóletnim, przez ó, jubileuszu. Wzdychała i zastanawiała się, co będzie w odległym o wiek roku 1917. A tu już dwieście lat od chwil tej refleksji minęło.

Jedno wiadomo — rocznicę koronacji jasnogórskiego obrazu obchodzono publicznie, uroczyście, nawet państwowo. Ale czy wnuki dziś są pobożne i szczęśliwsze?
Narodowy Bank Polski, bank centralny niepodległej Polski, nawet banknot okolicznościowy wydał. Ładny.

Pijaństwa nie popieram, ale bywają biesiady, na których do obrazy Boskiej dojść nie musi, aczkolwiek suto zakrapiane.
Czy to przykazanie? A może groźba? A nuż pochwała mołojeckiej sławy i mocnej głowy? Zakaz oszukiwania towarzyszy stołu, a zwłaszcza kielicha?
Skrócony zapis procedur trzeźwiących, zatem prozdrowotnych?

Zapraszam do posłuchania o (nie)wylewaniu za kołnierz.

Z Panią Redaktor Wiolettą Gawlik o tym, co to znaczy nie wylewać za kołnierz

Więcej Rozmów wyczesanych do odsłuchania na stronie Radia Kraków.