Najnowszy wpis na blogu Dobrego słownika dotyczy chędożenia. Zapraszam. Bardzo polskie słowo, ale jakoby pochodzące z języka niemieckiego. Tak to ujął Brückner:

Najprawdopodobniej chędożenie  w wieku XVI oznaczało wyłącznie czyszczenie. Tak o tym zaświadcza Słownik polszczyzny XVI wieku I

Zastanawiające te meandry metaforycznego myślenia, bo w dzisiejszej polszczyźnie chędożyćcoire.
Najciekawsze, że rosyjski chudożnik też ma jakiś związek z przymiotnikiem chędogi.

Lecz — jak widać z powyższego — Max Vasmer odrzucał pomysły Aleksandra Brücknera. Będziem myśleć.

Ten ogólny tytuł jest tytułem książki, interesującego zbioru studiów:
Tradycja a współczesność – badania naukowe, red. Ewelina Chodźko, Monika Maciąg, Wyd. Nauk. TYGIEL, Lublin 2018.
Książka jest dostępna w formie PDF online.

Spis treści
Beata Gala-Milczarek
Rola tekstów folklorystycznych Oskara Kolberga w edukacji językowej ……………………… 7
Marek Sierakowski
Tradycja – lokalność w dyskursie naukowym …………………………………………………………. 16
Jowita Gromysz
Zaczytani w tradycji. Licealiści wobec kanonu lektur ……………………………………………… 29
Joanna Smoła
Polskie tradycje łowieckie a Kościół – badania leksykologiczne ……………………………… 40
Marcela Szymańska
W stronę „nowej tradycji”, czyli o „koronkowych” wypiekach w Raciborskiem ………… 57
Michaela Zormanová
Wychowanie regionalne w szkołach na Zaolziu ……………………………………………………… 73
Grażyna Mańkowska
Rekonstrukcje historyczne – czy są nam potrzebne?………………………………………………… 87
Michał Sokołowski
Historia i znaczenie sztuki miecza kenjutsu oraz szermierki kendō na Wyspach Japońskich oraz ich związki z buddyzmem zen ……………………………………………………… 100
Robert Piórewicz
Życie zgodne z naturą w ujęciu terapeutów jako źródło inspiracji …………………………… 127

Mnóstwo aktualnych informacji o stanie edukacji regionalnej i nauczania w języku polskim na Śląsku Cieszyńskim w Republice Czeskiej (tzw. Zaolziu) wnosi artykuł Michaeli Zormanowej.

Taką pociechę znalazłem dla siebie w Przeglądzie Powszechnym z 1914 roku. Biadano nad reformą oświaty — zawsze się biada — ale przynajmniej przypominano, co jest ważne. Czytanie autorów, a mądrość ma przyjść w ślad za nim.

Filologia matką umiejętności historycznej. Dlatego być może dzieje kultury polskiej tak udatnie opisał Aleksander Brückner, którego czytać wciąż warto.

Oczywiście Górnoślązakom zaangażowanym podskoczy ciśnienie, a raczej dźwignie sie druk, gdy w następnym tekście, opublikowanym w recenzowanym i dbającym o prestiż czasopiśmie naukowym ujrzą rozważania o gwarze w krajobrazie miast Górnego Śląska.
I nie ma się co dziwić, bo dziwienie się obecności śląskich tekstów pisanych — artystycznych i użytkowych — było usprawiedliwione jeszcze przed dekadą, ale dzisiaj wydaje mi się to naukowym (?) buksowaniem w miejscu, z kołami skierowanymi w niewłaściwą stronę.
Jeśli każdy przytomny obserwator dostrzega, że istnieje różnica między standaryzującym się dynamicznym systemem językowym obecnym w piśmie i kulturze masowej, używanym przez ludzi mieszkających w miastach, wykształconych a tradycyjnie opisywanymi przez dialektologów polskich gwarami — bywa, że recesywnymi, ograniczonymi terytorialnie i stylistycznie systemami językowymi używanymi przez mieszkańców wsi, to może warto podjąć wysiłek, by nie używać terminów polisemicznie, gdyż to przeczy ich terminologicznej funkcji.
Ten wysiłek jest zresztą podejmowany — funkcjonują pojęcia: regiolekt, etnolekt, asekurancki i neologiczny lekt, nawet dialekt literacki (tak na Kurpiach), jeśli nie (mikro)język lub język in statu nascendi czy najodważniejszy, radykalny, ach, czy przypadkiem nie rewolucyjny: język (górno)śląski.

W najnowszym numerze czasopisma „LingVaria”, związanego z Wydziałem Polonistyki UJ (Vol 13 No 26 (2018)), ukazał się w dziale Debiuty naukowe tekst Anny Momot  Gwara w górnośląskiej przestrzeni miejskiej.

Przy debiutach naukowych część odium związanego z nienadążaniem za stanem badań powinna spadać na recenzentów i redakcję czasopisma, ale to mnie zupełnie nie interesuje, ponieważ zawsze staram się skupiać na meritum, a niekiedy na drobiazgach, stąd moja predylekcja do przyczynków. Co to zresztą za debiut naukowy, skoro autorka opublikowała już w 30 numerze „Socjolingwistyki” datowanym na rok 2016 tekst o gwarze śląskiej w „tłumaczeniach” literatury światowej. Cudzysłów pochodzi od autorki, ponieważ z jakichś przyczyn nie chciała ona nazwać np. tłumaczeń Mirosława Syniawy tłumaczeniami.

Obiecany szczegół

Jako się rzekło, nie czerpię przyjemności z polemik. Toteż zaczyna się przyczynek.
W grudniu 2015 roku dzięki kreatywności agencji reklamowej i działaniom stowarzyszenia Pro Loquela Silesiana pojawiła się dynamiczna kampania reklamowa piwa żywieckiego, wykorzystująca, a jakże „gwarę śląską” (ale co ujdzie w beztroskim dziennikarskim newsie, ma inną wagę w artykule naukowym). Wśród billboardów i innych materiałów promocyjnych był i taki:


Pomińmy błąd w zakresie pisowni łącznej i rozdzielnej, bo nie to jest tematem wpisu. Skupmy się na kali sie.

Czasownik kalić (się) w znaczeniu ‘brudzić (się)’, związanym przejrzyście (sic!) z prasłowiańskim *kalъ, znany jest oczywiście na większych obszarach naszej części Słowiańszczyzny. Nie ma jednak związku z powyższym przekazem reklamowym. 
Użyte tam kali sie to jeden z wielu przykładów leksyki dość powszechnie znanej wśród miejskich użytkowników współczesnej śląszczyzny, trochę więc z domeny socjolektu młodzieżowego, szkolnego.
Docenić zatem trzeba niezależne, jak mniemam, odnotowanie wyrazu przez Dariusza Dyrdę w jego podręczniku Rýchtig Gryfno Godka (2009, s. 165; pisownia autora):

kalić sie – 1. opłacać się: Mie się to niě kali

To właśnie znaczenie ‘opłaca się’ zostało użyte przez twórców reklamy. Jego znajomość nie jest powszechna, a w badaniach profesjonalnych językoznawców się nie pojawiło (o podobnych przypadkach wspominam w swoich Współczesnych tekstach śląskich… na s. 242–243).

Czasownik kalić jest wprawdzie notowany przez XIV tom Słownika gwar śląskich pod red. B. Wyderki (2015, s. 46) w niepodstawowych znaczeniach, lecz nie łączą się one bezpośrednio z tym, które zostało wyzyskane w reklamie.

3. ‘sprzedawać za bezcen’ [Rogów w pow. wodzisławskim, Lisów w pow. lublinieckim, Olszowa w pow. strzeleckim oraz Opole (Malina); z dawnych zbiorów ks. Michała Przywary i Stanisława Wallisa oraz z nowego słownika mieszkających w Rudzie Śląskiej kompilatorów Barbary i Adam Podgórskich];

4. ‘zamieniać z kimś jedne przedmioty na inne’ [Rzuchów w pow. raciborskim i zbiory Wallisa]

Znaczenia te są w pewnym związku z transakcjami, lecz nie są zgodne z wyżej odnotowanym w reklamie i słowniku Dyrdy (potwierdzonym też w Słowniku Gōrnoślōnskij Gŏdki Bogdana Kallusa) przekazem reklamowym. W SGŚ brak ilustracji, lecz w Kartotece Słownika gwar polskich wydawanego w Instytucie Języka Polskiego PAN w Krakowie znajduje się cytat z Rogowa (śl. Rogowy, z Rogōw) objaśniający kontekst (transkrybuję na dominującą ortografię śląską):

Tela dostoł erbowizny, a lekomyśnik kalył po kōnszczku, aż wszystko przekalył.

Dlaczego o tym napisałem i do czego ten przyczynek się ma przyczynić? O prawdę chodzi, a nie o popisy. We wzmiankowanym wyżej świeżo opublikowanym tekście na s. 311 napisano bowiem, że jakoby zaistniał w miejskiej przestrzeni czasownik kalać się.

Takie błędy kalają renomę filologów zaangażowanych w przywołaną publikację.

Tekst niniejszy rozmaicie można kwalifikować, ale nie jest reklamowaniem alkoholu.

Ale nie chciałbym być na początek posądzony o kierowanie się względami ku płci lub wiekowi. Do rzeczy: poznajcie stronę epentezy.blogspot.com.
To blog dynamicznych językoznawczyń — studentek Wydziału Polonistyki UJ.

Nazwa „Epentezy” świadczy o fascynacji zjawiskami lingwistycznymi powstałej już na początku edukacji, podczas poznawania pojęć z zakresu morfonologii.
Po angielsku epenthesis najprościej wytłumaczyć jako adding extra vowels, a jako że moje pokolenie nie mówi po angielsku biegle, skomentuję powstanie bloga i silnej tej Grupy słowem ekstra.

Dawniej można było do ogródka wrzucić także kamień lub kamyk, a o Wielkopolanach i Krajniakach sądzę, że są w stanie wrzucić i kamyszek. Co to znaczy słownikowo, można przeczytać choćby w Dobrym słowniku.
Dziś w Radiu Kraków wyemitowano rozmowę pani redaktor Wioletty Gawlik ze mną o kamyczkach do ogródka — wrzucanych złośliwie i innowacyjnie. To jednak nie to samo co kopanie dołków, rzucanie kłód pod nogi, sypanie piachu w tryby i kładzenie kija w szprychy.
Proszę posłuchać:

Zapraszam do kolejnych Rozmów wyczesanych (z Czesakiem).

W Wiśniowej jutro podsumowanie projektu „Wiśniowsko Godka”, wspieranego przez Narodowe Centrum Kultury, Koło Naukowe Językoznawców Studentów UJ i Mieszkańców Gminy.
Jednym z dokonań jest słownik gwarowy, zebrany podczas studenckich obozów dialektologicznych:

Słuchowa cytowa to obecne w Wiśniowej formy z końcówkami dawnej liczby podwójnej, funkcjonujące jako formy liczby mnogiej o znaczeniach słuchamy i czytamy.

Dziś w Gminnym Ośrodku Kultury i Sportu zaczęły się Bajania nad Krzyworzeką — regionalny przegląd śpiewaków, gawędziarzy i muzyków. Zaangażowanie przedszkolaków (wspieranych przez Panie Nauczycielki i Mamy) pozwala mieć nadzieję, że tradycyjna kultura małej ojczyzny ma szanse trwania, przejęcia przez nowe pokolenia.

Jutro uroczyste zakończenie projektu. Napiszę z nadzieją: tegorocznego projektu. Dzięki współpracy kierującej GOKiS-em pani Agnieszki Wargowskiej-Dudek i koordynujących działania studenckie pani Olgi Radziszewskiej i prof. Macieja Raka oraz ich kreatywności utrwalanie i opis niematerialnego dziedzictwa kultury będą kontynuowane i rozwijane.

Warto przyjść jutro po południu na uroczyste, merytorycznie treściwe i smakowite popołudnie. Najpierw występy gawędziarzy, muzyków i śpiewaków, a później podsumowanie dotychczasowych działań i zapowiedź oraz propozycje następnych.

A 11 listopada nie tylko Narodowe Święto Niepodległości. To także wiśniowski odpust św. Marcina — patrona kościoła.

Gazeta Wyborcza opublikowała odpowiedź prof. Andrzeja Nowaka na list otwarty Stanisława Brejdyganta.
Nowak spokojnie i interesująco pisze o istnieniu „baniek” informacyjnych, kodów kulturowych, obopólnie krzywdzących uproszczeń, które utrudniają, jeśli nie uniemożliwiają wewnątrzpolski dialog. Znalazł się w tekście krakowskiego historyka passus dotyczący literatury:

Przeciw temu: Tuwim, Herbert, Norwid, Baczyński, Wyspiański, Żeromski oraz Pańska rodzina – rzeczywistych, wspaniałych bohaterów z AK. Będziemy więc ich sobie wyrywać? Bo ja też podziwiam i uważam za wyrażające moje emocje wiersze Tuwima, Leśmiana (może zechce Pan przeczytać jego “Legendę o żołnierzu polskim”? – najpiękniejszy i najbardziej zapomniany utwór związany z odzyskaniem niepodległości) [podkreślenie moje — A.C.], Herberta, Norwida, Baczyńskiego, dramaty Wyspiańskiego czy powieści Żeromskiego. I przytoczyć mogę, zgodnie z intencjami autorów, ich dzieła, które mówią o tym, co mi najbliższe: nie o narodzie spod znaku „Über alles”, ale o Polsce jako ojczyźnie, dla której warto wiele poświęcić i dla niej pracować, bo tak wiele nam ona w swym kulturowym dziedzictwie daje.

Nie jest to utwór bardzo dostępny ani specjalnie znany — nie wiadomo, czy z winy jeszcze sanacji, czy ostrożności katolików wobec wejścia ze współczesnym tematem w hieratyczny chrześcijański motyw hagiograficzny przez Leśmiana, który nie tylko nazywał się inaczej, ale chyba też nie był ochrzczony, czy wreszcie z powodu reglamentowania i modelowania patriotyzmu przez komunistów, lub, co gorsza (?!), przez Trzecią Rzeczpospolitą, w której rząd dusz miała jakoby Gazeta Wyborcza.

Nie jest to także utwór specjalnie znany zawołanym patriotom, bo nie można go było znaleźć w internecie — prawym i nieprawym. Dowodem nieznajomości jest relacja na portalu fronda.pl, gdzie się mówi czytelnikom, że prof. Nowak zacytował fragment wiersza Leśmiana.

Trzeba było sięgnąć do źródeł. W ramach narodowej rekoncyliacji, nie wspomaganej przez elity krzyczące, lecz postulowanej przez intelektualne (prof. Andrzej Nowak), przeczytajmy. Tekst znalazłem w Mazowieckiej Bibliotece Cyfrowej (chwała ministrom kultury III RP za wspomaganie digitalizacji zbiorów bibliotecznych; mam wrażenie, że znacznie wyprzedzamy wiele krajów w tym ważnym dziele) w piśmie „Myśl Polska” z roku 1916. Wydawał ją Jakób Mortkowicz. Tam zaś gorzki, przejmujący, zachwycający tekst prozą, opublikowany pod pseudonimem Jerzy Ziembołowski.

Hej, kto chce, by hasłem naszym zgoda była i Ojczyzna nasza, niech wraz ze mną przeczyta ten tekst, poduma, zapłacze, zachwyci się lub zirytuje (nie ma jednego sposobu reakcji na dzieło literackie), porozmawia z kimś.

Do pobrania: Legenda o Żołnierzu Polskim w wersji PDF.

Słowniki poprawnościowe zazwyczaj piszą o poprawności wymowy bądź precyzji znaczeniowej, np.:

jubileusz [wym. jubileusz, nie: jubilełusz] (…) jubileuszy a. jubileuszów ważna, okrągła rocznica czegoś, zwykle 25-lecie lub 50-lecie czyjejś działalności, ślubu, istnienia czegoś; także: uroczystość z okazji takiej rocznicy: Jubileusz 25-lecia pracy zawodowej. 50-lecie zakładu to jubileusz, który uczczono uroczystym koncertem. · Błędnie używane w zn. ‘każda rocznica’

Źródło: SPP PWN

Siła twórcza użytkowników polszczyzny stwarza zupełnie nowe konstrukcje, zastanawiające, a nie ocenione w dotychczasowych publikacjach. Przykład najnowszy: „w jubileusz”. Coś tu nie pasuje, to znaczy mam wrażenie, że takie połączenie jest rzadkie, a z tego powodu może nie być poprawne, bo swą rzadkością drażni. 
Próba obiektywizacji: w NKJP zrównoważonym tylko 10 użyć, niemal wszystkie z mediów lokalnych. Brak prasy warszawskiej, literatury pięknej, czołowej publicystyki.

Konkurs dla studiujących na kierunku język polski w komunikacji społecznej na Wydziale Polonistyki UJ: proszę wskazać dwa niedopuszczalne błędy znajdujące się w tym trzywersowym wpisie Biura Prasowego UAM.
Odpowiedzi proszę przysyłać do 10 listopada.

To ważne, bo Barańczak był kimś, kto zamieszkał w języku polskim. Tak kiedyś o nim mówił Michał Paweł Markowski:

Dlatego Barańczak-humanista nie mieszka, jak zdają się mniemać ci, którzy nic o jego humanizmie nie wiedzą, w Newtonville, podobnie jak chyba nigdy nie mieszkał w Poznaniu. Barańczak mieszka w polszczyźnie: tam jest jego dom prawdziwy i tam spotyka się, kiedy jest sam, z Kochanowskim, Mickiewiczem, Leśmianem, Tuwimem, Herbertem, Miłoszem. Ale – gdy tego nikt z nas nie widzi – spotyka się w swojej bibliotece także z Szekspirem, Donne’em, Keatsem, Hopkinsem, Emily Dickinson, Audenem, Brodskim czy Mandelsztamem. Wybrawszy język polski za swój prawdziwy dom, postanowił go urządzić wedle własnej – ale i dodajmy: naszej – wygody. Na tym właśnie – rzecz ujmując w największym skrócie – polega jego teoria tłumaczenia, w której mówi wyraźnie, że w dobrym tłumaczeniu nie liczy się żadna abstrakcyjna wierność, tylko wygoda, z jaką obcy tekst mości się w polszczyźnie. Na tym polega też jego praca poety: nie na wyrażaniu uczuć, nie na opisywaniu świata, lecz na nieustannym wypróbowywaniu języka i form, jakie on w swojej historii zdążył w sobie nagromadzić. Barańczak mebluje swoje domostwo według własnych potrzeb.Miarą jego wielkości jest to, że my wszyscy uznajemy jego potrzeby za nasze własne.Wszyscy siedzimy przy jego stole. (tekst laudacji).