Może pod wpływem filmu Rojst, ukazującego m.in. pracę w redakcji lokalnego dziennika jako pełną nudnych i niepotrzebnych rozmów z kierownikiem domu towarowego, zakładów przetwórstwa mięsnego, opisu przygotowań elektrociepłowni do sezonu grzewczego, postanowiłem i ja parę słów dodać o języku prasy.

Zdaje się, że początkujący dziennikarze nader często wysyłani są do opisywania spraw, które są w miarę powtarzalne, przynajmniej jeśli chodzi o pewne ramy. Jakież więc błędy można przy nich popełnić? Językowe oczywiście, bo jak to zwykle bywa po rozmaitych szkołach, przychodzi człek do pracy i mówią mu, że nic nie umie, a co gorsza — często coś w tym jest. Dziennikarze nie zawsze umieją poprawnie łączyć wyrazy, a czasem brakuje im chwili trzeźwego spojrzenia na tekst. Pozwoliłaby taka re-wizja uniknąć bezsensów, które denerwują czytelników.

Ot, przykład sprzed paru dni, zamieścił go na Twitterze Stefan @skrupulatny:

Ważne bardzo, że to nie sąd, ale prokuratura stawia zarzuty. Nieszczęsny szyk sprawia, że czytelnik może pomyśleć, że wiceprezydent był poszkodowanym, a nie oskarżonym. Wywiązała się też dyskusja na temat prawidłowości ciągu „przedstawił zarzut”. To ciekawe, więc może kiedyś do tego się wróci.

Z tym mi się skojarzyła malutka notatka z Dziennika Bydgoskiego. Dzięki MKiDN biblioteki digitalizują prasę na potęgę, dzięki czemu poznajemy prasę, a czasami i prawdę sprzed lat.

Odległość kilku linijek sprawia, że nie wiemy, gdzie się powiesił piekarz Treder. Junkeracker zaś to dziś Junoszyno na Żuławach.

Temat może i polityczny, albo wręcz abstrakcyjny, gdy się pomyśli o tym, że wojna skończyła się ponad 70 lat temu (wiem, wiem, nie ma traktatu pokojowego). O reparacjach rozprawia się w mediach tradycyjnych, elektronicznych, społecznościowych. W Warszawie odbyła się nawet parę dni temu konferencja, zorganizowana przez Instytut Zachodni. Trwa spór o deklarację rządu PRL z roku 1953 o zrzeczeniu się od NRD (z radzieckiej strefy okupacyjnej) pozostałej przypadającej Polsce części reparacji. Swoją drogą, podobno się wówczas zastanawiano, czy ktokolwiek je widział.

O reparacjach pisze się dzisiaj w słownikach, pisano i dawniej. Dziś w Dobrym słowniku pod hasłem reparacje można się dowiedzieć, że w ciągu ostatniego stulecia, a przynajmniej półwiecza słowo to straciło w zasadzie liczbę pojedynczą, a archaiczna reparacja (naprawa) baaardzo rzadko pojawia się w tekstach.

Ciekawostka: sprawę dziś niemal zupełnie zapomnianą, z niemałym wysiłkiem intelektualnym odkrywaną przez posła Mularczyka, upowszechniano dawniej nawet w Słowniku języka polskiego (pod red. W. Doroszewskiego):

Potem zaś nastąpiły radziecko-niemieckie (NRD) ustalenia z lata 1953 r., które rząd PRL „witał z uznaniem”:

Źródło: Dziennik Łódzki, 25.08.1953 (link podał na Twitterze prof. S. Żerko)

I tak dalej, miały miejsce różne następne dyplomatyczne podchody i konstatacje, na których się nie znam, więc zamilczę.

 

W autonomicznym województwie śląskim, już po przewrocie majowym wprawdzie, ale z sensem i myślą nie tylko o reagowaniu na problemy w ruchu lokalnym, ale i tranzytowym. Ignorowana przez władze centralne, w tym ministerstwo komunikacji, linia Chybie-Skoczów powstała szybko i sprawnie.

PPS-owska Gazeta Robotnicza relacjonowała to tak:

Podczas jednego z przystanków uroczystości objazdowej zmarł Jam Michejda, burmistrz Cieszyna. Spisano odpowiedni uroczysty akt i przekazano linię Polskim Kolejom Państwowym.

Pod hasłem Zbrodnia katyńska w Wikiquote czytamy (ale to się może zmienić):

I tylko pamięć została
Po tej katyńskiej nocy…
Pamięć nie dała się zgładzić,
Nie chciała ulec przemocy.

Dlaczego dziś o Katyniu? Ponieważ warto wspomnieć Feliksa Konarskiego, autora tych słów, przypisywanych często Marianowi Hemarowi. Autorytatywnym rozstrzygnięciem jest solidnie opracowana przez Jerzego R. Krzyżanowskiego antologia wierszy o Katyniu z roku 1995.

O Feliksie Konarskim należy pamiętać (dziś rocznica jego śmierci) nie tylko więc z tego powodu, że jest autorem słów nieśmiertelnej piosenki Czerwone maki na Monte Cassino.  Można podumać nad jego emigranckim losem. Także dlatego, że poetyckim słowem utrwalał pamięć o Katyniu.

Trzeba jeszcze zadbać o poprawność tekstu. Po internecie krążą różne wersje. W krajowym wyborze wierszy Konarskiego Katynia nie ma. Trzeba więc się oprzeć na wyżej zaprezentowanej antologii. Tam zaś występuje różnica w stosunku do tekstu umieszczonego na tablicy u wejścia do szkoły przy ulicy Bernardyńskiej w Krakowie.

Jak widzimy, na tablicy napisano „I woła sprawiedliwość”, a w tekście drukowanym to pamięć woła „o sprawiedliwość”.

A jak jest z pamięcią o Katyniu?

Nam się w Polsce zdaje, że wszyscy wszystko wiedzą od 1943 roku, że w okresie PRL inaczej mówili tylko kłamcy i oportuniści, a w sowieckie tłumaczenia nikt nie wierzył. Nie jest tak. Dla przypomnienia i poznania mniej znanych okoliczności oraz dokumentów źródłowych warto zajrzeć do dodatku „Do Rzeczy” o Katyniu (można pobrać PDF).

Świetna robota popularyzująca to, czego dzisiejsze średnie pokolenie nie uczyło się w szkole ani czego nie miało czasu doczytać, gdy w latach 90. walczyło o byt lub dobrobyt, jak tam się komu wiodło.

Napisałem, że w Polsce to jest oczywiste, ale w Rosji, jak wyczytałem, niekoniecznie. Działa tam inżynier Jurij Muchin (ur. 1949), płodny publicysta, który „dowodzi”, że przypisywanie Sowietom zbrodni katyńskiej to spisek. Dane bibliograficzne przytaczam na dowód, że to nie jest jakaś antyrosyjska blaga, ale realnie istniejące publikacje.

  • Ю. И. Мухин. Катынский детектив. — М.: «Светотон», 1995. — 176 с., 10 000 экз. ISBN 5-7419-001-9 (ошибоч.) [= błędny — AC]
  • Ю. И. Мухин. Антироссийская подлость. Расследование фальсификации катынского дела Польшей и Генеральной прокуратурой России с целью разжечь ненависть поляков к русским. — М.: «Крымский мост-9Д», «Форум», 2003. — 762 с.

Nie kończmy pesymistycznie. Wspomnijmy w dniu wiedeńskiej wiktorii Feliksa Konarskiego, poetę, który pamiętał, poetę godnego najlepszej naszej pamięci.

Nazwisko bohaterów cyklu powieściowego Małgorzaty Musierowicz, kochających się i kochanych przez czytelników mieszkańców poznańskich Jeżyc, nie jest powieściową fikcją. Nie jest też nazwiskiem mówiącym, jak to bywało w polskich powieściach i dramatach czasów dawniejszych, gdzie od razu charakteryzowało bohaterów, np. Doświadczyński czy Raptusiewicz.

Borejko, dawniej pisane też Boreyko, wywodzi się jakoby z czasów odległych.

Tak piszą autorzy herbarzy, m.in. Niesiecki (cyt. z wydania XIX-wiecznego, dziękuję Google Books):

O początkach jego nigdziem nie czytał. To ciekawe. Jak ten herb charakteryzowano? Jako dwie litery Z („dwoie Z drukowanych, śrzedniemi liniámi ná krzyż złożonych”). Tak uczynił autor herbarza wydanego w drukarni akademickiej krakowskiej w r. 1757 Duńczewski:

We wpisie o swastyce (i dziwnym zapisie sfatyska) była już mowa o polskich ludowych użyciach znaku tego, znanego od starożytności w Indiach i rozprzestrzenionego przez zbrodniczych niemieckich (i nie tylko niemieckich) nacystów.

Wracajmy na osiedle Jeżyce. Czyżby tak poznańscy Borejkowie byli przybyszami z Wileńszczyzny?

Jakie to krakowskie słowo! Figuruje oczywiście w nowo wydanym słowniku regionalizmów krakowskich, ale to nie wszystko. Ktoś bowiem mógłby pomyśleć, że taki słownik to zbiór archiwaliów językowych sprzed wieku, no, sprzed osiemdziesięciu lat, kiedy to po Plantach chadzali luminarze Młodej Polski, anonimowi od ćwierćwiecza.

Nie! Młoda inteligencja krakowska, której jedną z kuźni jest Piąty Zakład Naukowy (V LO), używała tego słowa, a świadectwo temu, nie metajęzykowe, lecz uzualne, daje Katarzyna Kubisiowska, wspominając swoje przygody z twórczością Andrzeja Bursy, którego utwory właśnie wydał w Znaku Wojciech Bonowicz. Opisuje felietonistka swoje eliminacje olimpijskie na etapie szkolnym:

Egzaminujący profesor Z. zapytał osłupiały: „Koniec?” Ja: „Mam jeszcze prozę”. I, tu muszę się sama pochwalić, naprawdę się przyłożyłam. Z moimi 178 cm wzrostu, z za długimi nogami, za długimi rękami, za długą szyją, bo tak wtedy (i zbyt długo) z niechęcią o sobie myślałam, do profesora Z. – mierzącego góra 160 cm i dożartego jak mało kto – mówiłam z pełnym zaangażowaniem, w którym tliło się marzenie, by słowo stało się ciałem – „Ze sposobów znęcania się nad gośćmi niskiego wzrostu”.

Dożartego jak mało kto. To dobre słowo — jakby łagodniejsze mimo wszystko od wrednego i nie zawierające wulgarnego rdzenia jak upierdliwy, którym się brzydziła, pamiętam doskonale, prof. Danuta Wesołowska. Proszę, przykład z ust Stanisława Handzlika, urodzonego w nieodległej od Krakowa Marcyporębie:

Historycy i sędziowie muszą się również zagłębić w znaczenie przymiotnika dożarty. Jaką niesie w sobie ocenę i jak wiele oraz co dzieli go od znaczeń przymiotnika francowaty?

Ojczyzna nasza jest piękna, dlatego niefortunne było, w znaczeniu komunikatywistycznym, opisanie jej przez Władysława Bartoszewskiego jako brzydkiej panny na wydaniu, która powinna zadbać o swój image, skoro chce być przyjmowana na europejskich salonach. Zwłaszcza brzydkiej. Z Bartoszewskim, człowiekiem nie tylko czynu, ale i zapamiętałym archiwistą, szperaczem, dokumentalistą, było — myślę — tak, że mógł pewne obrazy mieć utrwalone w podświadomości.

My byśmy dziś Polski nie przedstawiali w satyrycznych alegoriach politycznych jako hożej dziewoi. Przed wojną, panie, jednak oprócz tego, że wiele rzeczy było takich samych, tylko gorszych lub ładniejszych (bieda, przemoc, prostytucja, cholewy oficerskich butów, kabarety, honoraria, szacunek dla nauczycieli i urzędników), to również zastanawiano się nad wyborem geopolitycznej drogi. Nie tylko w gabinetach uczonych, polityków i sztabowców, lecz także na łamach prasy codziennej. Pakty o nieagresji i samouprzedmiatawiająca się wizja Polski jako dzieweczki w wianeczku, która duma o tym, jakie konsekwencje może mieć zaogniający się spór osiłków z sąsiedztwa.

Oto flirt, konkury, umizgi, końskie zaloty, koperczaki i potencjalna bitka dwóch absztyfikantów: (od lewej) Hitlera i Stalina, z Dziennika Bydgoskiego, 15 listopada 1934.

Okropne? Tak.

Do zajęcia się obiegowym sformułowaniem na bakier skłonił mnie interesujący gramatycznie cytat, na który się natknąłem na Twitterze. Dotyczył on wpisów „osób, które mają na bakier z własnym sumieniem”. Najpierw więc upewniłem się, że poprawnie jest być z czymś na bakier, a mieć na bakier można czapkę.

A potem się już zaczęło! Zapraszam do posłuchania nowego odcinka Rozmów wyczesanych w Radiu Kraków:

Bardzo się cieszę, że redaktor Paweł Sołtysik zachęca do zadawania pytań. Warto słowniki i internety przeczesywać, żeby odnajdywać pierwotne sensy i obrazy tworzące nasze polskie słowa i powiedzenia.

Trudne słowa, najciekawsze środkowe.

Znalazłem je w książce o sztuce ludowej z roku 1903, z czasu, kiedy Adolf Hitler nie był przywódcą zbrodniczych hord z tym znakiem na sztandarze.

Sparogi są chyba polskie, jeśli jest tam słowo róg. Brak w każdym razie w słowniku warszawskim (SW) wskazania na etymologię obcą.
swastyce powszechnie wiadomo, że ma etymologię sanskrycką. SJPD: svastika od svasti ‘pomyślność, dobrobyt’. Bańkowski w WSWO PWN objaśnia strukturę: su ‘dobrze’ + asti ‘jest’. Wspomniany wyżej SW definiował ją nieco dziwnie:

koło a w nim krzyż o ramionach z postaci czterech gam abecadła greckiego

Dlaczego dziwnie? No tak, sto lat różnicy, w szkole nie było greki, zmieniła się też ortografia. Dziś grecką literę Γ nazywamy gammą. Teraz się zgadza — cztery gammy.

sfatyska Mokłowskiego? Albo to wynikająca z nieporozumienia omyłka składu drukarskiego, albo odbicie jakiejś teorii, która nie została objaśniona przez przedwcześnie zmarłego, uzdolnionego badacza.