W Radiu Kraków o łucie szczęścia i funcie rozumu (dobre pół kilo) rozmawiałem z Panią Redaktor Wiolettą Gawlik.
Z łutu (choć słowniki upierają się, że powinno być łuta) szczęścia zeszliśmy na inne miary, jak łokieć, sążeń itp.
Przy okazji — do klasycznej polszczyzny należy przymiotnik sążnisty, ale od niedawna młodzież używa przymiotnika sążny. Język żyje, a my sobie przypominamy pochodzenie i utrwalamy znajomość polskiej frazeologii, śmietankowej śmietanki języka.

Rozmowy można posłuchać tu, po naciśnięciu przycisku z trójkątem skierowanym w prawo.
Więcej etymologii frazeologicznych na stronie Rozmowy wyczesane.

Nie mam czasu, aby powynajdywać historyczne powiedzonka na każdy dzień roku i raczyć nimi Zacnych Czytelników, ale na dziś się znalazło.

Według Samuela Adalberga miał hetman Jan Karol Chodkiewicz miał powiedzieć:

Policzemy, jak pobijemy

albo Pierwej pochwycim, a później policzym. Dodaje otuchy ta postawa, czy raczej budzi obawę, że zwycięstwo oparte było na strategii „jakoś to będzie”, a nie na geniuszu wodza. Niewiele też podobno ono poza doraźną chwałą nie przyniosło.

Ale historia ładna.

Do poradni językowej Dobrego słownika napisał jeden z Czytelników i poprosił, żebyśmy się wypowiedzieli na temat słowa jadłodalnia. To się wypowiedzieliśmy w krótkim artykule poprawnościowym.

Jest to jednak zagadnienie, które aż się prosi o analizę nieco bardziej pogłębioną i zilustrowaną przykładami. Przykładów dostarcza nam nie tylko korpus językowy, statyczny, ale i co dzień przyrastająca baza tekstów prasowych i innych. Posłużyłem się przykładami opublikowanymi na stronach mediów i instytucji, aby udowodnić, że jadłodalnia, tak dźwiękowo bliska jadłodajni, przechodzi przez sito redakcji i korekty, staje się słowem powszechnie słyszanym.

Polszczyzna nie zawsze dobrze znosi wyrazy złożone. Chyba dlatego jest kłopot z jadłodajnią. Wcale nie jest przejrzysta jej struktura:

jadł-o + daj- + -nia

Przecież wcale w jadłodajniach jadła nie dają, tylko trzeba kupić, no chyba że w przedszkolu, gdzie rodzice płacą. Zatem wygrał przyrostek –alnia, tworzący nazwy miejsc, pomieszczeń i urządzeń, jak jadalnia, bawialnia, pijalnia, sypialnia, przewijalnia, poczekalnia, przebieralnia, umywalnia, smażalnia, pływalnia, zjeżdżalnia, pralnia, tkalnia, szwalnia.
Do tego dochodzą różne takie techniczne pomieszczenia, gdzie dokonuje się różnych procesów, np. amoniakalnia, dmuchalnia, krajalnia, materialnia, nasycalnia, ociekalnia, ogrzewalnia, ostrzygalnia, postrzygalnia, rąbalnia, rębalnia, skręcalnia, skubalnia, spiekalnia, topialnia, usypialnia, wialnia, wiejalnia, wypajalnia, wyprawialnia, wytrawialnia, wyżarzalnia.
Głoska d z rdzenia daj- stała się niejako elementem przyrostka. I powstała jadłodalnia. Poprawna?

Jak pizzernia. Tak, pizzernia jest jeszcze częstsza, nie należy do słów modnych i pochwalanych. Raczej o osobach używających tego słowa słyszy się wypowiadane z przekąsem uwagi.

 

Dziś zapraszam do posłuchania odcinka „Rozmów wyczesanych”, które toczę z Panią Redaktor Wiolettą Gawlik w Radiu Kraków. Dziś rozważane było, co to znaczy wywieść (nie: wywieźć) kogoś w pole. Teraz można nacisnąć trójkątny klawisz i posłuchać, jakeśmy gawędzili.

Przy okazji się wydało, o co chodzi z posłaniem na derkacze. A co to derkacz?

To nie jest kaczka przykryta derką, ale derka, pod którą siedzi człowiek, a jego leją, tłukąc jak w kaczy kuper.

Więcej frazeologicznych opowieści w archiwum Wyczesanych rozmów Radia Kraków.

Warszawszczyzna, czyli polszczyzna warszawska. Czuć jednak w tym przyrostku nutkę lekceważenia gotową się kryć za obłudnym wyjaśnieniem, że przecież po prostu nazwy języków się tak tworzy, jako to czeszczyzna czy angielszczyzna.
Wierszyk poniższy, jakoby krążący po warszawskich biurach, miał podesłać z Warszawy do Krakowa Kazimierzowi Nitschowi — językoznawcy — Wacław Borowy, historyk literatury. Oto tekst, opublikowany w 1921 roku w czasopiśmie Język Polski:

Pan bubek warszawski zjadł ostatnią sznytkie,
Wziął obsadkie ze stalką, szykuje odkrytkie;
Wtem ktoś sztuka — służący melduje rządcego:
«Zara, zara przychodzę, proś do stołowego! —
«Pan szanowny wybaczy, że tu takie cugi:
«Janie, zamknij oberluft i ten lufcik drugi.
«Człowiek wciąż łapie katar i wiecznie się smarczy,
«Już mi tera chusteczek do nosa nie starczy;
«Szkoda, że jakiejś szwedzkiej kompozycji nowej
«Nie wymyślą: chusteczki do nosa gumowej. —
«Pan szanowny palący? Oto gilzy, proszę,
«Stalowane z Paryża, krajowych nie znoszę! —
«No, ale dokąd pójdziem? Do kino Pan życzy?
«Byłem wczoraj w Qui pro Quie: Bolska strasznie ryczy,
«Za to ta Pogorzelska to klasa-kobieta.
«Mam na ostatni seans ulgowe bileta.
«No, chodźmy, siądziem w tramwaj, to zdążymy może. —
«Pański zegar się późni.— Jak tam dziś na dworze?
«Mogie iść do figury? — A jak się rządcemu
«Podoba mój gasparon nowy? Dwa dni temu
«Kupiłem u Fertnera. Firma egzystuje
«Od…» — Ale tu już końca rozmowy brakuje.
Pan rządca z panem bubkiem warszawskim pospołu
Są już obaj za drzwiami, jeszcze tylko z dołu
Dolatuje ich głośne, zgodne narzekanie:
«Wszystkiemu, Panie, winni są ci Galicjanie…»
Nie-Warszawianin.

Może miłośnikom Warszawy i warszawskiej gwary nie wszystko się spodoba, ale jako świadectwo czasu klymat przekazuje.

Jeśli kto czego nie rozumie, niechaj się rozpyta. Ja dla odmiany nie objaśnię dziś żadnego słówka, ale przypomnę, kim była Bolska. Pomaga w tym internetowa encyklopedia teatru. Czytamy tam, że Niuta Bolska

Od 1918 stale występowała w Warszawie w t. rewiowych, kabaretach oraz na scenach operetkowych. W pier­wszej poł. 1918 występowała w t. Marywil, w czerwcu w t. Argus, a od sierpnia t.r. do lutego 1919 w t. Sfinks, gdzie zdobyła popularność jako pieśniarka; od 28 II do sierpnia 1919 w t. Miraż, od września t.r. i nast. w sez. 1919/20 i 1920/21 w t. Qui Pro Quo.

Widać więc, że wierszyk chwytał na gorąco atmosferę spotkania Polaków z innych regionów z polszczyzną warszawską.

Popatrzmy:

To jest fragment recenzji rozprawy pracy doktorskiej sprzed dwóch lat. Błędy jeżące włos na głowie schodzącego do grobu pokolenia „starych” maturzystów są w doktoracie. Ponieważ działam zarówno na rynku korektorsko-redaktorsko-szkoleniowym, jak i edukacyjnym, nie wiem, co powiedzieć, bo wstyd zalewa mi oczy, a bezwstyd, czyli cynizm każe mi śmiało patrzeć i powtarzać niecenzuralne tezy o tym, gdzie się ma takich, co zwracają uwagę na błędy.

Biznesowa część mojej osoby mówi: ludzie, dajcie do przeczytania swoją pracę komuś, kto zna zasady polskiej pisowni, a dzięki temu czytelnicy będą mogli oceniać waszą myśl, a nie potykać się o głazy waszej nieporadności. W sensie — po co się kompromitować, gdy można tekst poprawić?

A cynizm rosnący na obficie nawiezionej glebie podobnych doświadczeń co podpowiada? Że to nic nie szkodzi, bo osoba recenzująca błędy wprawdzie wytknęła, lecz uznała za nie tak istotne, skoro uznała, że praca „spełnia wymagania, które stawiane są rozprawom doktorskim”. Czyli: po płacić korekcie, skoro to nie jest ważne. Pieniążki zaoszczędzone.

Obrońcy elitarności nauki, poprawnego języka, kultury, apelujący o szacunek dla dziedzictwa — są śmieszni.

Proszę tylko popatrzeć na fragment tekstu o złodziejach, którzy zabili ścigającego ich milicjanta z 1975 r.

W niedużym fragmencie cudzysłowy użyte dla podkreślenia, że słowo jest albo potoczne czy żargonowe, przestępcze, jak skok, albo nie wiadomo po co, jak w przypadku autorstwa.

Dostatecznie mocno już dawno potępiono autorów bramek, autorów zwycięstw i autorów zamachu. „Łączny łup »autorstwa« obu braci” dlatego jest zły, że zbędny. Nie chodzi o nadużywanie wyrazu czy wyimaginowany styl, tylko o zbędność.

Może pod wpływem filmu Rojst, ukazującego m.in. pracę w redakcji lokalnego dziennika jako pełną nudnych i niepotrzebnych rozmów z kierownikiem domu towarowego, zakładów przetwórstwa mięsnego, opisu przygotowań elektrociepłowni do sezonu grzewczego, postanowiłem i ja parę słów dodać o języku prasy.

Zdaje się, że początkujący dziennikarze nader często wysyłani są do opisywania spraw, które są w miarę powtarzalne, przynajmniej jeśli chodzi o pewne ramy. Jakież więc błędy można przy nich popełnić? Językowe oczywiście, bo jak to zwykle bywa po rozmaitych szkołach, przychodzi człek do pracy i mówią mu, że nic nie umie, a co gorsza — często coś w tym jest. Dziennikarze nie zawsze umieją poprawnie łączyć wyrazy, a czasem brakuje im chwili trzeźwego spojrzenia na tekst. Pozwoliłaby taka re-wizja uniknąć bezsensów, które denerwują czytelników.

Ot, przykład sprzed paru dni, zamieścił go na Twitterze Stefan @skrupulatny:

Ważne bardzo, że to nie sąd, ale prokuratura stawia zarzuty. Nieszczęsny szyk sprawia, że czytelnik może pomyśleć, że wiceprezydent był poszkodowanym, a nie oskarżonym. Wywiązała się też dyskusja na temat prawidłowości ciągu „przedstawił zarzut”. To ciekawe, więc może kiedyś do tego się wróci.

Z tym mi się skojarzyła malutka notatka z Dziennika Bydgoskiego. Dzięki MKiDN biblioteki digitalizują prasę na potęgę, dzięki czemu poznajemy prasę, a czasami i prawdę sprzed lat.

Odległość kilku linijek sprawia, że nie wiemy, gdzie się powiesił piekarz Treder. Junkeracker zaś to dziś Junoszyno na Żuławach.

Temat może i polityczny, albo wręcz abstrakcyjny, gdy się pomyśli o tym, że wojna skończyła się ponad 70 lat temu (wiem, wiem, nie ma traktatu pokojowego). O reparacjach rozprawia się w mediach tradycyjnych, elektronicznych, społecznościowych. W Warszawie odbyła się nawet parę dni temu konferencja, zorganizowana przez Instytut Zachodni. Trwa spór o deklarację rządu PRL z roku 1953 o zrzeczeniu się od NRD (z radzieckiej strefy okupacyjnej) pozostałej przypadającej Polsce części reparacji. Swoją drogą, podobno się wówczas zastanawiano, czy ktokolwiek je widział.

O reparacjach pisze się dzisiaj w słownikach, pisano i dawniej. Dziś w Dobrym słowniku pod hasłem reparacje można się dowiedzieć, że w ciągu ostatniego stulecia, a przynajmniej półwiecza słowo to straciło w zasadzie liczbę pojedynczą, a archaiczna reparacja (naprawa) baaardzo rzadko pojawia się w tekstach.

Ciekawostka: sprawę dziś niemal zupełnie zapomnianą, z niemałym wysiłkiem intelektualnym odkrywaną przez posła Mularczyka, upowszechniano dawniej nawet w Słowniku języka polskiego (pod red. W. Doroszewskiego):

Potem zaś nastąpiły radziecko-niemieckie (NRD) ustalenia z lata 1953 r., które rząd PRL „witał z uznaniem”:

Źródło: Dziennik Łódzki, 25.08.1953 (link podał na Twitterze prof. S. Żerko)

I tak dalej, miały miejsce różne następne dyplomatyczne podchody i konstatacje, na których się nie znam, więc zamilczę.

 

W autonomicznym województwie śląskim, już po przewrocie majowym wprawdzie, ale z sensem i myślą nie tylko o reagowaniu na problemy w ruchu lokalnym, ale i tranzytowym. Ignorowana przez władze centralne, w tym ministerstwo komunikacji, linia Chybie-Skoczów powstała szybko i sprawnie.

PPS-owska Gazeta Robotnicza relacjonowała to tak:

Podczas jednego z przystanków uroczystości objazdowej zmarł Jam Michejda, burmistrz Cieszyna. Spisano odpowiedni uroczysty akt i przekazano linię Polskim Kolejom Państwowym.