Jak zwykle przy naszych wyczesanych rozmowach w Radiu Kraków okazuje się, że powiedzonka niby zwykłe nie zawsze mają jasne źródła, ponadto są to też jakieś obrazy, utrwalone w zbiorowej świadomości, ale zazwyczaj nieostre.

Dziś robić lub zrobić {kogoś} w bambuko. Oczywiście można by dłużej, nie tylko o Afroafrykańczyku Bambo, ale i o ludzie Bambuko w Kamerunie, a czasu wystarczyło na oberwanie bambukowym kijem w Chinach i na roztoczenie widoków na złote góry w Senegalu, gdzie Polacy zrobili w…, to jest przechytrzyli swych wrogów i przechowali prawdziwe złoto.

Zapraszam do posłuchania.

Artur Czesak, Wyczesane rozmowy w Radiu Kraków z red. Anną Piekarczyk, 13 sierpnia 2020 r.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Inteligencja — jako formacja społeczna i właściwość umysłu. Zmarła 17 lipca Aleksandra Szurmiak-Bogucka łączyła w sobie te elementy. Kultura słowa i bycia, skromność, brak ostentacji, delikatność przy bezbłędnym słuchu, olbrzymiej wiedzy, doskonałej pamięci do każdej usłyszanej przez ponad 70 lat nutki z tylu regionów, od tylu muzyków i śpiewaków, podczas badań terenowych oraz niezliczonych przeglądów i konkursów folklorystycznych. Osobowość. Wzór.
Nie umiem napisać niczego więcej, a nie chcę popadać w banał. Biografia uporządkowana jest na przykład tutaj.

Mało słów, ale precyzyjnie

PWM, 1959. Wybór melodii i tekstów Aleksandra Szurmiak-Bogucka

Ten album Górole, górole, góralsko muzýka w 1959 mógł cieszyć oko szatą graficzną. Techniki fotografii i druku poszły naprzód, może i etnomuzykologia umie słuchać inaczej, ale ja chcę wchłonąć słowa ze wstępu „Pani Oli”, jak mówiono z szacunkiem i czułością do zawsze filigranowej Niestrudzonej Badaczki i Jurorki.

Jadę za chwilę do Bukowiny Tatrzańskiej na Sabałowe Bajania. Będę wspominał Sąsiadkę z jurorskiego stolika na galeryjce.

Aleksandra Szurmiak-Bogucka, Stanisław Węglarz, Dorota Majerczyk, Benedykt Kafel, Góralski Karnawał 2019

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Satyryczne pismo „Djabeł” w numerze 12 z 19 czerwca 1885 r. na stronie 3 wydrukowało te dziarskie krakowiaki, śpiewane jakoby przez lokajstwo stańczykowskie, czyli prasę wysługującą się rządzącym konserwatystom.

Najciekawsza jest forma „albośma”, niekrakowska, bardziej sądecka. Na mapie 462 Małego atlasu gwar polskich teren, gdzie występowała (i pewnie jeszcze trochę występuje) końcówka czasownikowa 1 osoby liczby mnogiej -ma oznaczona jest kreską zieloną.

MAGP 462

Dla samego Krakowskiego charakterystyczne jest bieremy, jak w we wspomnieniach Pani Loli o Nagrodzie Nobla dla pana Władka Reymonta.

Czerwoną linią na mapie zaznaczono zasięg końcówki -wa w funkcji pierwszej osoby liczby mnogiej. Mogli więc koledzy Wojciecha Bartosa śpiewać po 1794: „Bartoszu, Bartoszu, Oj nie traćwa nadziei, Bóg pobłogosławi, Ojczyznę nam zbawi”.

Już jednak po 1820 jeden z najsłynniejszych krakowiaków upowszechnił się z końcówką -my:

BJ 292 I Rara

Ten to słynny krakowiak posłużył jako czytelne odwołanie do przytoczonego powyżej utworu piętnującego służalstwo prasy głównego nurtu.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Pisała w 1898 roku, tak, w 1898, Iza Moszczeńska:

Jest u nas ogromnie rozpowszechnionym patryotyzm frazesów. Hasła narodowe są niezmiernie popularne, posługując się niemi można zyskać poklask u ogółu bardzo tanim kosztem i dlatego używa się ich i nadużywa zbyt często dla osłaniania wszelkiego rodzaju blagi, pustki umysłowej lub namacalnych nonsensów. Wyradza się stąd wielce szkodliwa hipokryzya patryotyczna, która tak się ma do istotnej, szczerej miłości ojczyzny, jak obłuda do cnoty. Tłumi ona zdrowe instynkta narodu, kładzie tamę doskonaleniu się wewnętrznemu, hoduje konwencyonalizm, zabija charaktery.
Jak wszelki fałsz jest ona wynikiem niemoralnym i demoralizującym.

Dla siebie to napisałem, ku pamięci. Nie oczekuję odgłosów ani ciosów nożyc brzęczących po tym uderzeniu w stół 130-letnim tekstem.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Dziennik Zachodni skusił mnie ostatecznym testem z języka śląskiego. Ten ostateczny to chyba jakiś anglicyzm. Przecież ja nie znam języka śląskiego. Pomińmy drażliwą kwestię jego istnienia oraz stopnia ustandaryzowania i terytorium, które się z takim pojęciem utożsamia.

https://dziennikzachodni.pl/quiz/9842,ostateczny_test_z_jezyka_slaskiego_slaskie_slowa_za_ktorymi_jezyk_polski_po_prostu_nie_nadaza,q,t.html

Usiłowałem to sobie sam rozjaśnić, pisząc książkę przez lat dziesięć z górą i czytając, co się dało.

Zrobiłem ten test!

Tu można obejrzeć moje zmagania.

Komentarze dla poprawienia sobie nastroju

Miynsok

Tu miynsoka nie ma, więc wychodzi na to, że to wyraz rzadki.

Ciorok

W słownik B. Kallusa faktycznie ciorok (ciŏrŏk) jest w znaczeniu ogólniejszym,. z jednowyrazowymi synonimami polskimi.

Grample

Ciekaw jestem, jaki faktycznie jest geograficzny zasięg używania słowa grample (plurale tantum) i singularnej grampli i prawidłowego rozpoznawania znaczenia tego wyrazu. Prawdy materiałowej można się doszukać w Słowniku gwar śląskich pod redakcją prof. Bogusława Wyderki. Tak, są to ‘widły do ziemniaków, mające na końcach zębów metalowe kulki zapobiegające kłuciu ziemniaków’.

Czyli bardziej one służą zrzucaniu, niż nakładaniu w miejskiej piwnicy do wiaderka. Zasięg terytorialny niewielki, uzbierane przez opolską kartotekę przykłady pochodzą z terenu województwa opolskiego. Najładniej brzmi ten z Poborszowa (Poborschau), gmina Reńska Wieś, parafia rzymskokatolicka Mechnica: Gramplōma se ściepuje kartŏfly do piwnicy. Ta piwnica przez [pi] trochę niepewna (być może nieśląskie ucho osoby zapisującej nie złapało albo zadziałał mechanizm utożsamienia śląskiego wyrazu podobnego z polskim), bo Atlas językowy Śląska pod red. Alfreda Zaręby na mapie 412 wyraźnie pokazuje, że typowo śląską formą jest pywnica. Poborszów leży 3 km na południowy wschód od punktu 31, tj. miejscowości Mechnica, gdzie materiały zbierał w 1963 roku Józef Bal, a odpowiadali: Paweł Preis (lat 81), jego żona (lat 57), Józef Kapuła (wielki Polŏk, lat 64), Antonina Grelich (lat ok. 50), Franciszek Klemenc (lat 71), Józef Gabor, Konstanty Kura, Helena Gewald, jego córka.

U B. Kallusa zaś z nieznanych powodów grample to ‘grabie duże’

Obawiam się, że autor mógł ulec skojarzeniu brzmieniowemu z pierwszymi głoskami i nie dosprawdzał. W korpusie Grzegorza Kulika (SILLING) nie ma ani jednych grampli. Czyli test był trudny i pokazał, że każdy niemal się ma za ostoję i wyznacznik śląskości rozumianej jako znajomość słów mocno różniących się od polszczyzny czy też własnych o niej przekonań.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Pamięci Honoraty Skoczylas-Stawskiej (1934–2018)

Honorowa Obywatelka Wielunia, 2006. Źródło

Nie jest to deklaracja ludomana, współczesnego miłośnika gwar, widzącego gwary nawet tam, gdzie nie widzą i nie słyszą ich rodowici użytkownicy językowych odmian polszczyzny danego terytorium. Mam przed sobą dowód, czyli książkę pani Pauliny Wyrębak, co mi ją podarowała. Ale o tym za chwilę.

Zapowiedziana książka czerpie z bogatej historii gwar ziemi wieluńskiej — ciekawego i odrębnego terytorium na pograniczu Małopolski, Wielkopolski i Śląska. Każdy dialektolog, gdy usłyszy „ziemia wieluńska”, natychmiast ma przed oczyma nazwisko, pozycję bibliograficzną Fonetyka w gwarach dawnej ziemi wieluńskiej (1977) albo twarz i uśmiech doktor Honoraty Skoczylas-Stawskiej. 

Autorka pochodziła spod Wielunia — Dąbrowa jest obecnie w granicach tego miasta, związana też była z Wierzbiem. Przeprowadziła mnóstwo wywiadów terenowych, utrwaliła mowę mieszkańców badanego obszaru na taśmach magnetofonowych zdeponowanych w archiwum fonograficznym przy poznańskiej uniwersyteckiej dialektologii. Tym wszystkim, którzy sądzą, że w tak zwanej Polsce centralnej gwar w ogóle nie ma, a jeśli są jakieś resztki, to nieciekawe, mogę zalecić tylko jedno: zajrzenie do książki. Monografia ta nie jest poświęcona wyłącznie zjawiskom fonetycznym. Są one przedstawione w kontekstach leksykalnych, a ich terytorialne subregionalne rozmieszczenie i interregionalne związki przedstawiają liczne mapy.
O, na przykład ta: przechodzi się przez Prosnę ze Śląska w charbołach, już po chwili na nogach pojawiają się chapcie, a za kawałek, przed wieluńskim rynkiem zmienią się one cudem jakimś w kurpie.

Przed najnowszą reformą administracyjną Wieluń był w województwie sieradzkim, więc pomyślałem, że poezje Pauliny Wyrębak nie są taką zupełną nowością na tym obszarze. Miałem w pamięci bardzo dobry zbiór gawęd ludowych z Sieradzkiego Trzy palice w nosie (1988), napisany przez Kazimierza Maurera. Okazuje się jednak, że Babice koło Lutomierska, z których pochodził ten folklorysta i gawędziarz, między innymi zwycięzca Sabałowych Bajań, znajdują się aż 100 km od Chotowa, w którym mieszka młoda autorka.

Bardzo chciałbym zdobyć teksty pani Marii Marchewkowej (1925–2000). Była to poetka i gawędziarka związana z Siemkowicami — to już w powiecie pajęczańskim, po drugiej stronie Wielunia w stosunku do Chotowa, ale wspólnym elementem jest to, że w obu miejscowościach jest kościół pod wezwaniem Świętego Marcina. Maria Marchewkowa pisała z duszy:

Polecom ludzkie wspominki
Cłek pójdzie w zapomnienie
Śpiwecka chłopsko nie zginie
Jak woda, jak wiatr.

Mniej udatną językowo, ale bardziej etnograficzne opracowaną książką z terytorium w miarę bliskiego wspominanej dziś Badaczce i chwalonej Poetce jest książka Jana Piotra Dekowskiego pod tytułem Strzygi i topieluchy (1987).

Autor prowadził badania etnograficzne w okolicach Salamon, Kuźnic, Brąszewic, Godynic i Klonowej — czyli także kilkadziesiąt kilometrów od Chotowa, którego gwarę przedstawia ciągle zapowiadana książka Gwarzom ptoki, szumiom drzewa (2020).

Napisałem, że książkę Pauliny Wyrębak będę chwalił. Tak, jest za co: między innymi za uchwycenie tonu prostej wiejskiej skargi przemieniającej się w wiersz, nie zawsze pod względem formalnym doskonały, ale ujmujący głębią szczerości.

Wyrazy uznania i podziękowania za inicjatywę należą się także panu Kazimierzowi Lindzie. Doprawdy nie wiem, jaką drogą zetknął się działacz animator i wydawca ze Stalowej Woli z wieluńską licealistką (może Facebook?), ale to bardzo dobrze, że książka powstała.

Sprzeniewierzyłbym się swoim codziennym zajęciom redaktorskim i korektorskim, gdybym nie zwrócił uwagi, że jest w tej publikacji sporo edycyjnych niedociągnięć. W dobie niskich nakładów i możliwości, jakie daje elektroniczny skład publikacji, można by w ewentualnych dodrukach część tych błędów usunąć. Mam tu na myśli na przykład w wierszu Poryc se dziołcha zapisaną tę samą kategorię gramatyczną, tj. trzecią osobę liczby mnogiej, odejdą i wzejdą, na dwa różne sposoby (w zakończeniu). Tam nie ma prawa być innego zapisu, bo nie może być różnego brzmienia tej samej końcówki współrdzennego czasownika.

Ale to oczywiście, i piszę to świadomie, mniej waży niż to, że osoba młoda, biorąca udział w życiu artystycznym swojej miejscowości, realizująca się także w zespole ludowym, przyjmuje gwarę swojej wsi, swoich przodków za swoją i czyni z niej w miarę swoich możliwości tworzywo wyrazu artystycznego. Łączy się świat dawnych formuł obecnych w folklorze i współczesne życie osoby urodzonej w XXI wieku w konkretnym miejscu globalnej wioski.
Oczywiście przydałby się audiobook, żeby gwarową poezję można było usłyszeć. Sam nie wiem, czy lepszy byłby w wersji autorskiej czy „seniorskiej”, to jest ze wspomaganiem doświadczeńszych wiekowo Chotowianek.

DODATEK

Honorata Skoczylas-Stawska

Tekst z miejscowości Wierzbie. Spisane z nagrania wykonanego w grudniu 1967 roku. Opowiadająca Marianna Pęcherczyk miała wówczas 80 lat, to znaczy, że urodzona była w roku 1887!
Jak się dawniej robiło masło („Język Polski” 1972, nr 1, s. 48)

Jak sie downi robiyło masło. Była kierzónka1), w ty kierzónce sie cyniyło2); był tyn przychlybek3), było zatykanie, tyn… zapómniałach — jach sie nazywo… wiyrzkiynko4), nó ji cyniotko5), wycyniyło sie masło. Jak sie zacyniyło, to sie wziyno wody, u̯obloło źimnóm wodóm, zeby sie styngło6). Jak sie styngło, puźni sie wybrało to masło na ładnóm7) miske, wypłókało sie drewnianǫ́ łyzkóm we wodzie. Wypłókało sie, puźni sie włozyło abo do gornysków, maślancki8) takie były drewniane. Nó ji puźni postoło, styngło sie, to było dobre potym masło.

A jak się u Was nazywają części maśnicy / kierzónki?

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Za późnośmy się w Polsce wzięli do zapisywania zasobów pamięci „zwykłych ludzi”. Zresztą, takie zapisywanie od razu pokazuje, że zazwyczaj są to ludzie pod wieloma względami niezwykli, a na pewno jedyni w swoim rodzaju.

Wanda Traczyk-Stawska opowiada

Każde świadectwo osoby, która uczestniczyła w wielkich historycznych wydarzeniach jest wartościowe. Pomyślałem więc o pewnym śląskim śladzie w polskim powstaniu warszawskim 1944 roku. Wanda Traczyk-Stawska, pseudonim „Pączek” opowiedziała jedno ze swych przeżyć, o tyle istotne, że mogła wówczas stracić życie. Pojawia się tu wątek śląski.

Miałam kolegę ze Śląska, żandarma, którego wzięliśmy do niewoli. Nazywał się Wilhelm Janek, był plutonowym u Bortnowskiego [generał Władysław Bortnowski], a Niemcy siłą wsadzili go do swego wojska. Był kierowcą w żandarmerii, nie strzelał. Przydzielono go do naszego oddziału, ale nikt mu nie dowierzał. Szedł za mną, bo ja zawsze ostatnia. Miałam przykazane zastrzelić go, gdyby próbował uciekać.  
Na samym początku powstania mieliśmy zdobyć punkt w Alejach Jerozolimskich. Był tam sklep tylko dla Niemców, w piwnicy magazyn. Po drodze była dziura w murze zrobiona przez nasze minerki. Chłopcy, wszyscy wysocy, przeskakiwali. Janek też przeskoczył i czekał, aż dołączę. A ja mała wskoczyłam w brzuch zabitego Niemca, który tam od kilku dni leżał. I tak fuknęło, że zalało mi całą twarz i oczy. Straciłam kierunek. Zamiast biec za kolegami, instynktownie pobiegłam do budynku, żeby obmyć twarz wodą.  
A tam byli Niemcy. Dostaliśmy taki ogień. Janek, zamiast biec za kolegami, został, żeby mnie ratować z opresji. Dzięki niemu żyję.
Miałam dwa handgranaty za pasem i krótki pistolet. On, doświadczony żołnierz, zdołał zastopować Niemców tymi granatami. Hałas sprawił, że koledzy zorientowali się, dlaczego za nimi nie idziemy, i pobiegli z drugiej strony. Wzięliśmy Niemców w dwa ognie i bez trudu zdobyliśmy obiekt. Nikt nie został ranny.  
Ale skończyło się jak samo powstanie – źle. Dowódca powiedział, że Janek popełnił samobójstwo. A już po powstaniu okazało się, że jako jeniec został oddany Niemcom. Nie można było wziąć go do nas, bo gdyby ktokolwiek go zdradził, to byłby rozstrzelany, a wcześniej torturowany za zdradę. Próbowałam go odszukać po wojnie za pośrednictwem radia, ale nie było śladu. Prawdopodobnie wysłali go na Wschód i tam poległ.  

Źródło: https://wyborcza.pl/7,82983,26169675,wanda-traczyk-stawska-tak-czesto-bylam-zalana-krwia-kolegow.html#S.strefa_ogladania-K.C-B.3-L.1.videogruby

Sytuację tę opisała W. Traczyk-Stawska także w 2011 r. w warszawskim wydaniu serwisu wyborcza.pl:

Tomasz Urzykowski: Słynne zdjęcie z Powstania Warszawskiego: Chmielną maszeruje powstańczy oddział, z balkonu na rogu Szpitalnej patrzą mieszkańcy. Scenę utrwalił fotoreporter Sylwester Braun „Kris”.

W pierwszej parze sierż. podch. Bogdan Dąbrowski i kpr. podch. Janusz Szatkowski, potem plut. podch. Adam Porawski i w hełmie strzelec Krzysztof Porwit, syn pułkownika broniącego Woli w 1939 r. Z plutonu żyjemy już tylko on i ja. Wymieniam kolejnych: kpr. podch. Boguś Kryś “Marcinkowski” i plut. podch. Andrzej Bobrowski, dowódca drużyny, który płakał na widok niszczonych domów. Omal nie zginął, ratując obraz Malczewskiego, po wojnie został rzeźbiarzem, zaprojektował Krzyż AK. Dalej widać kpr. Zygmunta Łukasiewicza i prawdopodobnie kpr. podch. Heńka Gutowskiego. Na końcu maszerują st. sierż. Wilhelm Janek – żandarm, którego wzięliśmy do niewoli, mój przyjaciel plut. podch. Zdzisław Mroczkowski “Wrona”, najlepszy strzelec wyborowy w oddziale, st. strzelec Jerzy Rutkowski i kapr. podch. Stefan Basak, żartowniś i podrywacz, ale – jak wszyscy w oddziale – bardzo dobry żołnierz.

Żandarm Wilhelm Janek był Niemcem?

– Ślązakiem. Do niewoli wzięty chyba 4 sierpnia. Kierował “wanną” [niemieckim transporterem]. Okazało się, że w 1939 r. służył u gen. Bortnowskiego, walczył nad Bzurą, potem wrócił do domu i Niemcy wcielili go do swojej armii. W oddziale najpierw chodził przede mną bez broni. Przy próbie ucieczki miałam go zastrzelić. Ale już 6 sierpnia uratował mi życie w czasie ataku na niemiecki sklep Meindla.

Jednostkowy los, rodzina, bliscy, miejscowość?

Wiele już opowiedziano dowcipów (ależ oczywiście), wylano łez i wycierpiano, wspominając udział członków rodzin w wojnie lub „wizytę” wojny w czyimś domu. Może profesjonalni historycy zdołaliby dowiedzieć się czegoś o wspominanym przez weterankę Górnoślązaku? Przepadł bez wieści czy tylko nie umieliśmy dobrze poszukać, np. zamieniając nazwisko z imieniem. A może da się gdzieś sprawdzić składy osobowe jednostek niemieckich, z którymi mógł mieć kontakt pierwszy pluton Oddziału Osłonowego Wojskowych Zakładów Wydawniczych?

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Wszystkie portale deklarują, że dostarczają informację i rozrywkę na dobrym poziomie. Chcę w to wierzyć. Ale co do Bydgoszczy — w Onecie bezsensowne uproszczenie:

Mieszkańcy Bydgoszczy i okolic mają swoją własną gwarę. Jest to mieszanka gwary kujawskiej oraz języka niemieckiego. Są w niej mi.in. takie słowa jak: bryle – okulary, luj, rojber – chuligan, bajzel – bałagan, szneka z glancem – drożdżówka z lukrem, bamber – prostak, drachel – parasol, ajnfach – po prostu.

Żródło: https://wiadomosci.onet.pl/kraj/bydgoszcz-najwazniejsze-informacje-i-ciekawostki/h5v5dgg

Chodzi oczywiście o gwarę miejską Bydgoszczy — miasta ciekawie położonego geograficznie, z bogatą i wielojęzyczną oraz wielodialektalną historią. To nie jest żadna mieszanka, a już zwłaszcza nie należy mylić obecności słownictwa pochodzenia niemieckiego z systemem językowym niemieckim.

Drachel

Kiedy się już pozłościłem, na spokojnie powiem, że nie ma tak krótkich i nawet zawierających błędy omówień gwar, w których by się coś ciekawego nie znajdowało. Tu ciekawe jest słowo drachel. W dawniejszych badaniach gwar wiejskich było ono zanotowane w Słowniku chełmińsko-dobrzyńskim J. Maciejewskiego (1969) z Siemonia w powiecie toruńskim w znaczeniu LATAWIEC. Wcześniej, już w 1879 roku, podał to znaczenie Antoni Krasnowolski w słowniczku

Słowniczek prowincyalizmów zebranych w ziemi chełmińskej i świeckiej

zamieszczonym w dziele

Album uczącej się młodzieży polskiej poświęcone Józefowi Ignacemu Kraszewskiemu…

Tak, tak, album było wtedy rodzaju nijakiego, dlatego poświęcone.

Drach więc jest słowem zapożyczanym z niemczyzny w różnych regionach Rzeczypospolitej, wystarczy wspomnieć powieść Szczepana Twardocha pt. Drach, którą przełożył na śląski Grzegorz Kulik. Albo o wierszu Schillera tłumaczonym trochę na szpas na północnośląską gwarę okolic Kluczborka:

Wracajmy do słowa drachel. Nowe (czy na pewno nowe?) znaczenie parasol widzę w Słowniku gwary używanej w Chełmży i okolicach (tzw. gwara chełmińska), którego autorem jest Dariusz Meller (Chełmża 2002):

drachel – 1. latawiec: Jidziem puszczać drachel? 2. parasolka: Pado, wezna drachel. (s. 29)

Być może przez skojarzenie parasola targanego wiatrem i latawca powstało nowe znaczenie i tak się urodził bydgoski regionalizm.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Dopiero co uczestniczył Profesor Ziejka w inauguracji roku akademickiego, a dziś smutna wiadomość. Umarł historyk literatury, aktywny działacz społeczny, znakomity nauczyciel, erudyta, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego czasu jubileuszu 600-lecia jego odnowienia, miłośnik i znawca Krakowa.

Franciszek Ziejka, Karol Musioł, 1 października 2019

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0

Brzmi ten frazeologizm nieco knajacko (cokolwiek to znaczy, ale kto użyje tego słowa, momentalnie staje po stronie kultury i tradycji), lecz z upodobaniem korzystają z niego liczni dyskutanci twitterowi i publicyści o szerszym zasięgu tudzież horyzontach.
Stare czy nowe? Lwowskie czy warszawskie? A jakie jest Wasze zdanie, Szanowni Słuchający?

Rozmawiałem o darciu łacha z Panem Redaktorem Pawłem Sołtysikiem w Radiu Kraków. Zapraszam.

Wyczesane rozmowy, Radio Kraków, czwartki, ok. 9.40

Raz po raz ktoś z kogoś łacha drze, więc żeby nie było aktualnych odniesień, zerknijmy na wpis blogowy sprzed siedmiu lat.

Źródło: https://www.salon24.pl/u/ryszardczarnecki/527498,rycerze-jedi-kontra-matolki

Ponieważ autor, Ryszard Czarnecki, to w jakimś stopniu Dolnoślązak, a przy tym użył regionalnego lwowskiego czasownika bałakać, to ktu wi, czy ni un to przyniósł do Warszawy.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0 0